W przychodni pani spytała wnuka, jak babcia ma na imię - potrzebne do karty. Ośmiolatek, bystry, zawahał się i spojrzał na mnie. Podpowiedziałam: Jadwiga. „Babciu, ty naprawdę masz imię?".
Olek patrzył na mnie wielkimi oczami, jakby właśnie odkrył, że jestem kosmitką. Pielęgniarka za okienkiem uśmiechnęła się, bo dla niej to był zabawny moment. Taki z gatunku: „co te dzieci powiedzą". Ale ja tam stałam i nie potrafiłam się uśmiechnąć. Bo nagle zrozumiałam, że mój wnuk - jedyna istota na świecie, którą kocham bezwarunkowo i do bólu - nie zna mojego imienia. I że to nie jest jego wina.
To jest moja.
Albo nie. Może nie moja. Może to wina czegoś, co narastało przez trzydzieści osiem lat, powoli jak kamień na kamieniu, aż powstał mur, za którym zniknęła Jadwiga, a została tylko „babcia", „mama", „teściowa" i „proszę pani".
Wracaliśmy z Olkiem z przychodni pieszo, bo majowe słońce grzało i szkoda było wsiadać w autobus. Trzymał mnie za rękę i gadał o dinozaurach. Ja szłam i myślałam o tym, kiedy ostatni raz ktoś powiedział do mnie „Jadwiga" - nie w urzędzie, nie na poczcie, nie przy okienku ZUS-u, tylko tak po prostu, z ciepłem. I nie mogłam sobie przypomnieć.
Mąż mówił na mnie „matka". Przez ostatnie piętnaście lat życia - „matka". „Matka, ugotuj". „Matka, podaj". Czasem „stara", ale to rzadko, bo Henryk nie był złośliwy. On był po prostu zmęczony. Zmęczony mną, sobą, tą kawalerką na Gocławiu, w której mieszkaliśmy od siedemdziesiątego dziewiątego roku, a potem blokiem na Bródnie, do którego się przeprowadziliśmy, kiedy Renata miała cztery latka.
Henryk umarł sześć lat temu. Zawał w warsztacie, przy tokarce. Powiedzieli mi przez telefon, a ja akurat smażyłam kotlety. Pamiętam, że wyłączyłam gaz, wytarłam ręce w ścierkę i usiadłam na taborecie. Nie płakałam. Płakałam potem, przez tygodnie, ale wtedy nie. Wtedy pomyślałam: „Nikt już nie powie matka". I poczułam coś okropnego - ulgę.
Nie mówię tego z radością. Mówię to tak, jak było.
Henryk nie był złym człowiekiem. Zarabiał, nie pił za dużo, nie podnosił ręki. Ale gdzieś w tym małżeństwie, między remontem łazienki a komunią Renaty, między nocnymi dyżurami w warsztacie a weekendami na działce ROD, ja zniknęłam. Nie dramatycznie. Nie z krzykiem. Cicho, jak powietrze z balonu.
Jadwiga Korecka, absolwentka technikum ekonomicznego, która w siedemdziesiątym szóstym roku wygrała konkurs recytatorski w Domu Kultury na Pradze i dostała w nagrodę tomik Szymborskiej z dedykacją jury. Jadwiga, która marzyła o studiach zaocznych i pisała wiersze do szuflady. Jadwiga, która na zabawie w remizie strażackiej w Pułtusku tańczyła z Henrykiem oberka i pomyślała: „ten to jest mężczyzna".
Ta Jadwiga. Gdzieś zginęła.
Renata urodziła się w osiemdziesiątym pierwszym, w grudniu, tydzień przed stanem wojennym. Karmiłam ją przy świetle latarki, bo prąd wyłączali. Potem wychowywałam, dorabiałam szyciem na maszynie, robiłam na drutach czapki na sprzedaż. Nie narzekałam - nikt wtedy nie narzekał, wszyscy tak żyli. Ale kiedy Renata poszła do szkoły, zauważyłam, że nauczycielka mówi do mnie „proszę pani", sąsiadka - „pani Korecka", Henryk - „matka", a Renata - „mamo". I żadne z nich nie wie, jak wygląda mój charakter pisma. Bo nie miałam do kogo pisać.
Lata leciały. Renata skończyła studia, wyszła za Dariusza, urodziła Olka. Zamieszkali w Warszawie, dwadzieścia minut autobusem ode mnie. Blisko i daleko jednocześnie. Renata dzwoniła co drugi dzień: „Mamo, jak się czujesz? Mamo, byłaś u lekarza? Mamo, może wpadnę w sobotę?". Zawsze „mamo". Kocham to słowo, naprawdę. Ale czasem, wieczorem, kiedy siedzę sama w kuchni i piję herbatę z cytryną z tego samego kubka co od pięciu lat, myślę sobie: a może kiedyś powiedz „Jadwiga". Raz. Żebym pamiętała, że to ja.
Nie powiedziałam tego Renacie nigdy. Bo jak to powiedzieć? „Córko, mów do mnie po imieniu"? Pomyślałaby, że postradałam rozum. Albo że jestem niewdzięczna. Albo, co gorsza, poczułaby się winna. A Renata jest dobrą córką. Naprawdę dobrą. Taką, co przynosi leki, woła hydraulika, zabiera na Boże Narodzenie do siebie. Nie chcę jej ranić.
Ale tamtego dnia w przychodni, kiedy Olek spojrzał na mnie tymi swoimi oczami i powiedział: „Babciu, ty naprawdę masz imię?" - coś we mnie pękło. Nie na zewnątrz. W środku. Taka cieniutka ściana, za którą trzymałam te wszystkie lata rezygnacji.
Wieczorem zadzwoniłam do Renaty. Normalnie pogadałyśmy - co Olek, co Dariusz, czy ciśnienie mi nie skacze. A potem, już na koniec, powiedziałam:
- Renata, czy ty wiesz, że ja kiedyś pisałam wiersze?
Cisza. Długa, niezręczna.
- Wiersze? Ty, mamo?
- Ja. Jadwiga. Pisałam wiersze. Miałam nawet taki gruby zeszyt w kratkę, w niebieskiej okładce.
- Nigdy mi nie mówiłaś.
- Nigdy nie pytałaś.
To nie był wyrzut. A może był, nie wiem. Renata zamilkła na chwilę, a potem powiedziała cicho:
- Mamo, masz jeszcze ten zeszyt?
- Nie. Wyrzuciłam przy przeprowadzce na Bródno. Henryk powiedział, że nie ma miejsca na graty.
Renata nie skomentowała. Tylko zapytała, czy przyjdę w niedzielę na obiad. Powiedziałam, że przyjdę.
W niedzielę Olek otworzył mi drzwi i krzyknął: „Babcia Jadwiga przyszła!". Spojrzałam na Renatę. Stała w przedpokoju z takim dziwnym wyrazem twarzy - jakby jednocześnie chciała się uśmiechnąć i przeprosić. Dariusz wychylił się z kuchni: „Dzień dobry, pani Jadwigo, rosół za dwadzieścia minut!".
Pani Jadwigo. Przez osiem lat mówił do mnie „mamo" albo „babciu Olka". Pani Jadwigo.
Usiadłam przy stole. Renata postawiła przede mną herbatę i powiedziała:
- Kupiłam ci zeszyt. W kratkę, niebieska okładka. Nie wiem, czy jeszcze piszesz, ale...
Nie dokończyła. Wzięłam ten zeszyt. Był tani, z marketu, z plastikową okładką, nie taką tekturową jak tamten sprzed lat. Ale był niebieski.
Wróciłam do domu wieczorem. Położyłam zeszyt na stole w kuchni, obok kubka z herbatą. Otworzyłam na pierwszej stronie. Długo siedziałam tak, z długopisem w ręku.
Napisałam jedną linijkę: „Mam na imię Jadwiga i mam sześćdziesiąt trzy lata".
Potem zamknęłam zeszyt. Nie wiem, czy go jutro otworzę. Nie wiem, czy jest jeszcze we mnie ta dziewczyna z Pragi, która wygrywała konkursy i tańczyła oberka. Ale wiem, że Olek zapamięta. Że babcia ma imię.
Może to wystarczy. A może nie.