Poleciałyśmy z Ireną do jej syna do Anglii - obie pierwszy raz w życiu w samolocie. Pasek, buty do kuwety, bramka piszczy na broszkę. Przy starcie trzymałyśmy się za ręce jak w pierwszej klasie. Nad chmurami Irena szepnęła: „Stefan i mój Władek by nie uwierzyli". Uwierzyliby. Zawsze mówili, że jesteśmy do wszystkiego zdolne.

Ale zanim opowiem o tym locie, muszę cofnąć się do dnia, kiedy wszystko się zaczęło. Do środowego popołudnia, kiedy Irena zadzwoniła i powiedziała głosem, jakiego nigdy u niej nie słyszałam: „Bożena, Darek chce, żebym do niego przyjechała. Ale ja nie dam rady sama".

Irena i ja znamy się czterdzieści jeden lat. Od dnia, kiedy wprowadziłam się z moim Stefanem do bloku na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu, a ona stała na klatce schodowej z garnkiem bigosu i powiedziała: „Jestem z czwartego. Wiem, że przeprowadzka to głód i nerwy, więc przyniosłam jedno i drugie - bigos i siebie". Stefan się śmiał, że Irena to najlepsza inwestycja, jaką zrobiliśmy kupując to mieszkanie.

Nasze dzieci razem chodziły na podwórko, razem do szkoły, razem na komunię. Moja Ania i jej Darek przez trzy lata siedzieli w jednej ławce. Potem Ania wyszła za mąż, za Tomka z Grodziska, urodziła bliźniaki, mieszka dwadzieścia minut ode mnie.

A Darek - Darek wyjechał do Anglii piętnaście lat temu. Najpierw „na chwilę, mamo, zarobić na samochód". Potem na mieszkanie. Potem poznał Karen, ożenił się, urodziło im się dwójka dzieci, które po polsku mówią ze śmiesznym akcentem i Irenę nazywają „babciu" z takim angielskim „u" na końcu, że Irena za każdym razem się wzrusza i złości jednocześnie.

Irena nigdy do niego nie pojechała. Władek - jej mąż, najspokojniejszy człowiek, jakiego znałam - zawsze mówił: „Pojedziemy, jak odłożymy". Ale nie odkładali, bo emerytura Władka z fabryki mebli i Ireny ze szkoły, gdzie była przez trzydzieści lat bibliotekarką, starczała na życie, rachunki i działkę ROD, która była ich światem. A potem Władek dostał wylewu. Trzy lata pielęgnowała go w domu, trzy lata myłam jej okna i robiłam zakupy, bo ona nie chciała zostawiać go na dłużej niż pół godziny. Władek odszedł cztery lata temu, w marcu, cicho, we śnie. Mój Stefan - dwa lata później, na serce, w sobotę rano, w kuchni, przy kawie. Nawet kubek nie zdążył wystygnąć.

Zostałyśmy obie. Dwie wdowy na czwartym i trzecim piętrze. Herbata o szesnastej, spacer na rynek, w niedzielę msza w kościele na Ratajach, potem sernik u mnie albo szarlotka u niej. Życie ułożone, spokojne, przewidywalne jak rozkład jazdy autobusu linii pięćdziesiąt trzy. I nagle ten telefon.

Darek zaprosił Irenę na swoje czterdzieste urodziny. Przysłał pieniądze na bilet. Karen napisała maila, którego Irena przyniosła mi do odczytania, bo po angielsku umie tylko „thank you" i „I love you". Karen pisała, że dzieci pytają o babcię, że przygotowali pokój, że Darek bardzo tęskni, choć nie umie tego powiedzieć.

Irena siedziała u mnie w kuchni z tym wydrukiem i płakała.

- Bożena, ja nie wsiądę w samolot sama. Ja w życiu nie latałam. Ja nawet pociągiem dalej niż do Kołobrzegu nie jeździłam.

- To jedź pociągiem do Kołobrzegu - powiedziałam, żeby rozładować napięcie.

Nie pomogło. Irena patrzyła na mnie tymi swoimi jasnymi oczami i ja wiedziałam, czego chce. Ale czekałam, aż powie.

- Poleć ze mną.

Miałam sześćdziesiąt pięć lat, dwie sztuczne korony, ból w lewym kolanie i zero doświadczenia z lotniskami. Ostatni raz byłam dalej niż Bałtyk w osiemdziesiątym siódmym roku, z Zakładami Mechanicznymi na wycieczce w Bułgarii - autokarem, trzy dni w jedną stronę, Stefan przeklinał na granicy rumuńskiej, bo celnik chciał łapówkę.

- Irena, ja nie mam pieniędzy na bilet do Anglii.

- Darek mówi, że kupi dwa. Zapytałam go, zanim do ciebie zadzwoniłam.

Czyli było już postanowione. Irena mnie znała. Wiedziała, że nie odmówię, jeśli będzie się bała. A ja wiedziałam, że ona naprawdę się boi - ale nie samolotu. Bała się tego, co zobaczy. Że Darek jest bardziej angielski niż polski. Że wnuki nie będą jej rozumiały. Że ta Karen to obca kobieta, z którą nie zamieni dwóch zdań. Że przyjedzie i okaże się, że jej syn ma życie, w którym nie ma na nią miejsca.

Nie powiedziała tego. Ale ja to widziałam, jak widzę, kiedy moja Ania kłóci się z Tomkiem i mówi „wszystko w porządku, mamo" - po czterdziestu latach przyjaźni wiesz, co znaczą milczenia drugiej osoby.

Na lotnisku w Ławicy byłyśmy dwie godziny za wcześnie. Irena miała na sobie swój najlepszy żakiet i broszkę po matce - złoty listek z małym rubinkiem, pamiątka z lat pięćdziesiątych. Ja włożyłam buty na niskim obcasie, bo Ania powiedziała, że na lotnisku dużo się chodzi. Miała rację.

Pasek w kuwecie, buty w kuwecie, Irena w kuwecie prawie sama weszła, bo nie rozumiała, że trzeba tylko rzeczy położyć. Bramka zapiszczała na broszkę. Ochroniarz - młody chłopak, może dwadzieścia pięć lat - wyjaśnił spokojnie, żeby ją odpiąć. Irena odpiętymi palcami - bo ręce jej się trzęsły - wrzuciła broszkę do plastikowej miseczki. Patrzyłam, jak ta broszka jedzie na taśmie przez prześwietlarkę, i pomyślałam: jedzie kawałek Ireninej matki, kawałek PRL-u, kawałek naszego osiedla - przez maszynę, która sprawdza, czy nie jest bombą.

W samolocie Irena wzięła miejsce przy oknie. Ja wolałam środek, bo bałam się patrzeć. Kiedy silniki zawyły, chwyciłyśmy się za ręce. Mocno. Jak w pierwszej klasie, kiedy pani kazała iść parami na wycieczkę do parku i trzeba się było trzymać, żeby nie zgubić. Tyle że my w pierwszej klasie nie chodziłyśmy razem - ja chodziłam z Kasią Nowacką, a Irena z jakąś dziewczynką, której imienia nie pamięta. To my się znalazłyśmy później. Lepiej późno niż wcale.

Nad chmurami było biało i cicho. Irena pochyliła się do mnie i szepnęła: „Stefan i mój Władek by nie uwierzyli".

Uwierzyliby. Wiem to na pewno. Stefan powiedziałby: „Bożena, nareszcie coś mądrego zrobiłaś, zamiast siedzieć przed telewizorem". A Władek by pokiwał głową i dodał coś cichego, bo Władek zawsze mówił cicho.

Na lotnisku w Birmingham czekał Darek. Wysoki, trochę przytyły, w dżinsowej kurtce. Obok Karen - drobna blondynka z uśmiechem, który wyglądał na szczery. I dwójka dzieci: Lily, lat osiem, i Jakub, lat pięć, którego wszyscy wołają Jake.

Irena zatrzymała się dwa metry przed nimi. Po prostu stanęła. Darek zrobił krok. Potem drugi. Potem przytulił ją tak, że żakiet się pogniotł, a broszka wbiła mu się pewnie w brodę. Lily powiedziała coś po angielsku, a mały Jake pociągnął Irenę za rękaw i powiedział jedyne polskie zdanie, które znał: „Babciu, cukierek?".

Irena roześmiała się i rozpłakała jednocześnie. Ja stałam z boku i trzymałam obie nasze torebki, i myślałam, że mogłam tu stać ze Stefanem. Że mogliśmy tu przyjechać razem, wszystko czworo, jak zawsze. Ale Stefan leży na Miłostowie, a Władek obok, bo Irena kupiła miejsca koło siebie - mówi, że „chłopy muszą mieć towarzystwo".

Tydzień w Anglii minął szybko. Karen okazała się ciepła, choć rozmowy szły przez Darka albo przez Google na telefonie, co wyglądało komicznie. Irena piekła pierogi w angielskiej kuchni, a Lily mówiła „more, more" i Irena nie potrzebowała tłumaczenia. Ja chodziłam po okolicy, patrzyłam na angielskie trawniki, angielskie niebo, angielskie skrzynki pocztowe i myślałam o naszym osiedlu.

Ostatniego wieczoru Darek odwiózł mnie do pokoju gościnnego i powiedział cicho:

- Pani Bożeno, ja chcę, żeby mama tu zamieszkała. Na stałe. Pokój jest, Karen się zgadza, dzieci ją kochają. Tylko mama się nie zgodzi, jeśli pani jej nie powie, że to dobry pomysł.

Leżałam potem w ciemności i słuchałam, jak za ścianą Irena śpieje cicho Jakubowi „Aaaa, kotki dwa". I wiedziałam, że Darek ma rację - Irena mogłaby tu być szczęśliwa. Ale wiedziałam też, co to znaczy dla mnie: herbata o szesnastej sam na sam z ciszą, spacer na rynek bez nikogo, niedzielny sernik zjedzony w pojedynkę.

Rano Irena zapytała mnie przy kawie, patrząc gdzieś w bok:

- Darek ci mówił, prawda?

Kiwnęłam głową.

- I co myślisz?

Piłam tę angielską kawę, za słabą i za dużą, i szukałam słów. Bo jest takie zdanie, które jest prawdziwe i jednocześnie mnie kosztuje więcej, niż mogę sobie pozwolić. I jest takie drugie zdanie, które jest egoistyczne, ale ludzkie.

Nie powiedziałam ani jednego, ani drugiego. Powiedziałam: „Irena, to ty musisz wiedzieć".

Wróciłyśmy razem do Poznania. Broszka przeszła przez bramkę bez piszczenia - Irena schowała ją do torebki. W samolocie nie trzymałyśmy się za ręce. Każda patrzyła w swoją stronę.

Na klatce schodowej, na trzecim piętrze, Irena postawiła walizkę i powiedziała: „Dam ci znać". Drzwi się zamknęły. Weszłam na czwarte piętro, do pustego mieszkania, w którym wszystko pachniało dokładnie tak, jak zostawiłam - zamkniętymi oknami i lawendą w szafie. Postawiłam wodę na herbatę i usiadłam przy stole, przy którym mieściły się dwa krzesła, choć od dwóch lat siedziałam tylko na jednym.

Irena jeszcze nie zadzwoniła. Minął tydzień.