Córka ogłosiła „nowoczesne święta": składka po sto złotych od osoby na catering, „żeby nikt nie stał przy garach". Stówkę wzięli też ode mnie. Tydzień przed Wigilią poprosili, żebym „tylko ulepiła uszka, bo te z cateringu jak guma". Lepiłam dwa dni, sto dwadzieścia sztuk. Stówki nikt nie oddał.
Siedziałam wtedy w kuchni, dwudziestego trzeciego grudnia o jedenastej w nocy, z bolącymi palcami i miską farszu grzybowego, który pachniał dokładnie tak samo jak ten mojej matki. Liczyłam uszka rozłożone na deskach wyłożonych ściereczkami - sto osiemnaście, sto dziewiętnaście, sto dwadzieścia. I pomyślałam sobie: Bożena, ty stara głupia babo, co ty właściwie robisz.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w grudniu. Zaczęła się w październiku, kiedy Kasia - moja córka, czterdzieści dwa lata, menadżerka w firmie logistycznej we Wrocławiu - zadzwoniła do mnie z tym swoim tonem. Znacie ten ton? Taki wesoły, energiczny, ale pod spodem twarda jak beton. Ton, którym mówi się rzeczy, które nie podlegają dyskusji.
- Mamo, mam pomysł na tegoroczną Wigilię. Nowoczesne święta. Koniec z tym, że ktoś haruje trzy dni w kuchni, a reszta tylko je i narzeka.
- Nikt nigdy nie narzekał na moje jedzenie - powiedziałam, ale ona już jechała dalej.
- Zamawiamy catering z Zielonej Kuchni, taka firma, super opinie. Dwanaście potraw, wszystko wegańskie i tradycyjne do wyboru. Składka po stówce od osoby, sprawiedliwie. Nikt nie stoi przy garach, wszyscy siedzą i rozmawiają. Jak rodzina.
Jak rodzina. To mnie uderzyło. Jakbyśmy dotąd nie byli rodziną, kiedy ja stałam przy tych garach.
Nie protestowałam. Nauczyłam się nie protestować, bo Kasia ma taki sposób, że jak się sprzeciwisz, to mówi „mamo, ty zawsze musisz mieć kontrolę" albo „to nie jest zdrowe, że twoja wartość zależy od gotowania". Kiedyś podesłała mi artykuł o „syndromie matki-męczennicy". Przeczytałam. Płakałam. Nie powiedziałam jej o tym.
Więc powiedziałam: dobrze, Kasiu. Przelałam sto złotych na konto, które mi podała. Zięć Tomek - dobry chłopak, cichy, pracuje jako elektryk - napisał mi SMS-a z podziękowaniem i uśmiechniętą buźką. Wnuki, Zosia i Franek, nic nie napisały, ale to normalne, piętnaście i trzynaście lat, w tym wieku telefon służy do TikToka, nie do pisania babci.
Przez następne tygodnie przygotowywałam się do tego, żeby nie przygotowywać świąt. To brzmi absurdalnie, ale tak właśnie było. Sześćdziesiąt trzy lata na świecie, czterdzieści lat robienia Wigilii - najpierw z mamą, potem sama, potem dla Kasi, potem dla Kasi z Tomkiem, potem z wnukami. Czterdzieści lat krojenia grzybów, cedzenia barszczu, pieczenia makowca według przepisu babci Jadzi z Kłodzka. Nagle miałam siedzieć i czekać na catering.
Próbowałam się cieszyć. Naprawdę próbowałam. Koleżanka Lucyna z mojego bloku na Gaju powiedziała: „Bożena, kochana, toż to luksus! Ja bym oddała nerkę, żeby ktoś mi święta zrobił". Może miała rację. Może powinnam się cieszyć.
A potem, szesnastego grudnia, zadzwonił Tomek.
- Mamo - bo mówi do mnie mamo, od zawsze, i za to go lubię - mamo, mam prośbę. Wie mama, ten catering, wszystko super, ale Kasia próbowała u nich uszka i mówi, że to jest guma. No i wiadomo, na Wigilii muszą być uszka do barszczu. A mama robi najlepsze uszka na świecie. Mogłaby mama zrobić, no powiedzmy, ze sto dwadzieścia? Będzie dwanaście osób, po dziesięć na głowę.
Sto dwadzieścia uszek. Kto nigdy nie lepił uszek, ten nie rozumie. To nie jest obieranie ziemniaków. Każde jedno trzeba wyciąć, nałożyć farsz, zawinąć, ścisnąć brzegi tak, żeby się nie rozkleiły w gotowaniu. Farsz trzeba dzień wcześniej przygotować - grzyby namoczyć, ugotować, zemleć, podsmażyć z cebulką. Ciasto wyrobić, cienko rozwałkować. Przy stu dwudziestu sztukach to jest minimum dwa dni roboty dla jednej osoby z artretyzmem w prawym nadgarstku.
Powiedziałam: dobrze, Tomku.
Dlaczego powiedziałam dobrze? Bo jestem głupia? Bo jestem tą „matką-męczennicą" z artykułu Kasi? A może dlatego, że kiedy Tomek powiedział „mama robi najlepsze uszka na świecie", coś we mnie zadrżało. Coś, co przez te tygodnie nowoczesnych świąt skuliło się i siedziało cicho w kącie - poczucie, że jestem komuś potrzebna.
Lepiłam dwudziestego drugiego i dwudziestego trzeciego. Namaczałam grzyby dwudziestego pierwszego wieczorem. Bolały mnie ręce, bolały mnie plecy, ale pachniało świętami i czułam się bardziej sobą niż przez cały poprzedni miesiąc. Układałam uszka na deskach wyłożonych czystymi ściereczkami, równiutko, jedno przy drugim, jak żołnierzyki. Jak robiła mama. Jak robiła babcia Jadzia.
W Wigilię przyjechałam do Kasi z dwoma wielkimi pojemnikami. Catering już stał na stole - ładne pudełeczka, eleganckie etykietki. Kasia uścisnęła mnie i powiedziała: „Mamo, super, że zrobiłaś te uszka, wszyscy się cieszą". Zosia nawet nie podniosła głowy znad telefonu. Franek pomógł mi zdjąć kurtkę.
Usiedliśmy. Barszcz był z cateringu - niezły, choć za słodki. Uszka zniknęły w piętnaście minut. Tomek wziął dokładkę. Siostra Kasi, Agnieszka, która przyjechała z Poznania z mężem Grzegorzem i ich dwiema córkami, powiedziała z pełnymi ustami: „Ciociu Bożeno, to jest poezja, nie uszka". Kasia się uśmiechnęła, ale nic nie powiedziała.
Potem były prezenty, potem kolędy z telefonu podłączonego do głośnika, potem wnuki poszły do swoich pokojów. Gdzieś koło dziesiątej zostałyśmy z Kasią same w kuchni. Zmywałam naczynia, bo odruch silniejszy niż wola. Kasia patrzyła na mnie, oparta o blat.
- Mamo, fajnie było, prawda? Bez stresu, bez tego całego maratonu.
- Fajnie - powiedziałam.
- No widzisz. Mówiłam.
Chciałam wtedy powiedzieć wiele rzeczy. Że ta stówka to nie była sprawiedliwa składka, bo ja jedyna płaciłam i gotowałam. Że „żeby nikt nie stał przy garach" oznaczało tak naprawdę „żeby mama nie stała przy garach", bo i tak nikt inny nigdy nie stał. Że te uszka to były dwa dni mojego życia, które nikt nie policzył, nie docenił i nie zaproponował nawet oddania tych stu złotych, skoro i tak gotowałam. Że ta cała nowoczesność polegała na tym, że zamieniono moją pracę na niewidoczną zamiast widocznej.
Nie powiedziałam tego. Powiedziałam:
- Kasiu, a tę stówkę to może mi oddacie, skoro i tak uszka robiłam?
Kasia popatrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała coś niestosownego. Jakbym przy wigilijnym stole wspomniała o pieniądzach. Jakbym była małostkowa.
- Mamo, naprawdę? O stówkę ci chodzi?
Nie. Nie o stówkę mi chodziło. Ale skąd miałam wziąć słowa na to, o co mi naprawdę chodziło, skoro córka podsyłała mi artykuły o syndromie matki-męczennicy, a ja nawet nie wiedziałam, czy to, co czuję, jest prawdziwe, czy to jest właśnie ten syndrom?
Wróciłam do domu autobusem nocnym. W bloku na klatce schodowej pachniało czyimś bigosem. Otworzyłam drzwi, zdjęłam buty, usiadłam w kuchni przy tym samym stole, na którym dwa dni temu lepiłam uszka. Na blacie został ślad od mąki, którego nie doczyszczałam w pośpiechu.
Przetarłam go ściereczką. Wolno, dokładnie, jak każde z tych stu dwudziestu uszek.
W styczniu Kasia zadzwoniła, wesoła jak zawsze. Opowiadała o sylwestrze, o planach na ferie z dziećmi. Pod koniec rozmowy powiedziała lekko:
- Mamo, a na Wielkanoc to może znowu catering? Tak się sprawdziło.
Milczałam chwilę. Dłuższą chwilę niż zwykle.
- Muszę pomyśleć, Kasiu - odpowiedziałam.
I do dziś myślę.