Ogłosiłam w parafii: „Wigilia dla tych, którzy będą sami - świetlica, osiemnasta". Bałam się, że przyjdą trzy osoby. Przyszło dwadzieścia siedem. Barszcz gotowałyśmy w trzech kuchniach, opłatek dał proboszcz, kolędy poprowadził pan Edward. Moje dzieci świętowały „każde u siebie". A ja pierwszy raz od lat miałam pełny stół.
Pomysł przyszedł mi do głowy w październiku, kiedy stałam przed tablicą ogłoszeń w kościele na Bielanach i czytałam kartkę o zbiórce karmy dla schroniska. Pomyślałam wtedy: zbieramy jedzenie dla psów, a ile osób w tej parafii spędzi Wigilię w samotności? Łącznie ze mną.
Bo ja bym ją spędziła sama. Trzeci rok z rzędu. Od kiedy Tomek odszedł - nie umarł, po prostu odszedł, do Bożeny z pracy - moje Wigilie wyglądały tak samo. Stolik w kuchni przykryty białym obrusem, talerz dla mnie, talerz pusty „dla wędrowca", barszcz z kartonu, trzy uszka z mrożonek. Kolędy z radia. I cisza.
Moje dzieci? Agnieszka mieszka w Gdańsku z mężem i jego rodziną. Krzysztof w Poznaniu. Oboje dzwonili dwudziestego trzeciego: „Mamo, w tym roku nie damy rady, ale w styczniu na pewno cię odwiedzimy". Styczeń, luty, marzec - jakoś nigdy się nie składało. Nie winię ich. Mają swoje rodziny, swoje teściowe, swoje tradycje. Tylko że ja z tych tradycji wypadłam jak sernik z formy - po cichu, niezauważalnie.
Mam na imię Halina, sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat pracy w księgowości zakładów mięsnych, od dwóch lat na emeryturze. I to właśnie na tej emeryturze okazało się, że bez biura, bez ludzi, bez codziennego „dzień dobry, pani Halino" - jestem nikim dla nikogo.
Do proboszcza poszłam w listopadzie. Ksiądz Marek słuchał, kiwał głową, a potem powiedział: „Pani Halino, to piękna inicjatywa, ale kto to zorganizuje?". Spojrzałam na niego. „Ja" - odpowiedziałam, choć sama nie wierzyłam w to, co mówię.
Zaczęłam od kartki na tablicy. Starannie napisałam flamastrem: „Wigilia dla samotnych - świetlica parafialna, 24 grudnia, godzina 18:00. Zapisy u pani Haliny - telefon poniżej". Przez tydzień nikt nie zadzwonił. Myślałam już, że to był głupi pomysł, że ludzie się wstydzą, że nikt nie chce przyznać, że jest sam w Wigilię.
Pierwsza zadzwoniła pani Wiesława z trzeciego bloku. Siedemdziesiąt osiem lat, mąż nie żyje od sześciu, syn w Anglii. „Pani Halino, ja to bym przyszła, ale czy to nie będzie takie... smutne?" - zapytała cicho. „Nie, jeśli pani przyniesie swojego śledzia w śmietanie, bo słyszałam, że robi pani najlepszego na osiedlu" - odpowiedziałam. Przez telefon usłyszałam, jak się śmieje. Dawno nie słyszałam takiego śmiechu.
Potem zaczęli dzwonić kolejni. Pan Edward, emerytowany nauczyciel muzyki - wdowiec od dwóch lat. Pani Zofia z wnuczką Olą, bo córka Zofii pracuje na święta w szpitalu. Pan Bogdan, który się nie przedstawił, tylko powiedział: „Czy mogę przyjść, bo ja tu nikogo nie znam, przeprowadziłem się w sierpniu". Pani Lucyna, która uprzedziła, że jest na wózku. Państwo Jabłońscy - oboje po osiemdziesiątce, żadnych dzieci, żadnej rodziny.
Do dwudziestego grudnia miałam dwadzieścia trzy nazwiska. A ja nie miałam barszczu na dwadzieścia trzy osoby. Nie miałam nawet garnka na tyle porcji.
Wtedy zdarzyło się coś, czego nie planowałam. Pani Wiesława powiedziała, że ugotuje barszcz u siebie - ma dwudziestolitrowy garnek po mężu, który był myśliwym i gotował na polowania. Pani Danuta, o której istnieniu nie wiedziałam, choć mieszka piętro pode mną, zaproponowała kuchnię na pierogi. Ja zajęłam się uszkami i kompotem. Gotowałyśmy dwudziestego trzeciego, każda w swoim mieszkaniu, i dzwoniłyśmy do siebie co godzinę: „Halina, ile soli do barszczu?", „Danuta, ciasto na pierogi mi się klei!", „Wiesława, masz jeszcze suszone grzyby?".
Dwudziestego czwartego rano przyszedł SMS od Agnieszki: „Mamo, wesołych świąt! Tęsknimy!". Odpisałam: „Wzajemnie, kochanie". Nic więcej. Co miałam napisać? Że organizuję Wigilię dla obcych ludzi, bo własne dzieci mnie nie zaprosiły? To brzmiało jak wyrzut. A ja nie chciałam robić wyrzutów. Chciałam robić barszcz.
O szesnastej przyszłam do świetlicy. Stoły pożyczone z sali katechetycznej, obrusy przyniesione przez pięć osób - żaden nie pasował do drugiego, ale wszystkie były białe. Ksiądz Marek przyniósł opłatek i szopkę. Pan Edward rozłożył nuty na małym pianinie, które stało w kącie świetlicy od lat. „Czy to gra?" - zapytałam. Uderzył kilka klawiszy. „Dwa są rozstrojone, ale kolędy wytrzymają" - uśmiechnął się.
O osiemnastej w świetlicy było dwadzieścia siedem osób. Cztery ostatnie przyszły bez zapisów - po prostu zobaczyły światło w oknach i weszły. Pani na wózku - Lucyna - siedziała przy drzwiach i każdemu podawała opłatek. „Łamcie się ze mną, bo ja do was nie dojadę" - mówiła i ludzie się śmiali, a niektórzy mieli łzy w oczach, i nie było w tym nic dziwnego.
Pan Bogdan - ten, który się przeprowadził w sierpniu - okazał się byłym kucharzem z restauracji. Kiedy zobaczył nasze pierogi, pokręcił głową i powiedział: „Piękne. Tylko farszu następnym razem trochę mniej, to się lepiej zamkną". „Następnym razem?" - powtórzyłam. Wzruszył ramionami. „No bo będzie następny raz, prawda?".
Jedliśmy, dzieliliśmy się opłatkiem, śpiewaliśmy. Pan Edward grał, a my fałszowaliśmy, ale nikt się z nikogo nie śmiał. Pani Zofia płakała, bo „Bóg się rodzi" przypominało jej męża. Państwo Jabłońscy siedzieli obok siebie i trzymali się za ręce jak nastolatki. Mała Ola, wnuczka Zofii, chodziła od stołu do stołu i każdemu dawała rysunki choinek.
O dwudziestej pierwszej, kiedy prawie wszyscy wyszli, a ja zmywałam talerze z panią Wiesławą, zadzwonił telefon. Krzysztof.
„Mamo, jak tam twoja Wigilia? Sama?".
„Nie, synku. Nie sama".
„A z kim?".
Zawahałam się. „Z rodziną" - powiedziałam w końcu.
Cisza. „Jaką rodziną, mamo?".
„Nową".
Nie odpowiedział od razu. Potem odchrząknął i powiedział coś o tym, że w styczniu przyjedzie na pewno. Może nawet z żoną i Mateuszkiem. Że tęskni. Że przeprasza.
Słuchałam, stojąc przy zlewie z gąbką w jednej ręce i telefonem w drugiej. Pani Wiesława dyskretnie wyszła do drugiego pokoju. Barszcz na blacie stygł w garnku. Za oknem świetlicy ktoś odpalał zimne ognie.
„Dobrze, synku" - powiedziałam. „Przyjedź".
Ale kiedy się rozłączyłam, nie poczułam ulgi. Ani radości. Poczułam coś dziwnego - jakby moje dwa światy się zderzyły i nie wiedziałam, w którym chcę zostać. W tym starym, gdzie czekam na telefon od dzieci i udaję, że mi to wystarcza? Czy w tym nowym, gdzie dwudziestego trzeciego grudnia trzy kobiety dzwonią do siebie z pytaniem o sól do barszczu?
Pani Wiesława wróciła z tamtego pokoju. „Halina, a wiesz co? Może byśmy na Wielkanoc też tak zrobiły?".
Stałam z tą gąbką w ręku i myślałam o Krzysztofie, który może przyjedzie w styczniu. Albo nie przyjedzie. I o panu Bogdanie, który powiedział „następnym razem". I o dwudziestu siedmiu krzesłach przy stole, którego nigdy nie miałam.
„Zrobimy" - odpowiedziałam.
I nie byłam pewna, czy to jest początek czegoś pięknego, czy przyznanie, że tamta rodzina - ta z krwi - gdzieś mi się skończyła.