Przy mnie rozmawiają głośno i o wszystkim - „mama i tak nie słyszy". Aparat, który kupiła mi wnuczka, działa lepiej, niż im powiedziałam. Wiem o kredycie, o Grecji na wrzesień i o „wkładzie z mieszkania mamy". Słucham dalej.
To się zaczęło w marcu, kiedy Kasia - moja wnuczka, dwadzieścia trzy lata, jedyna osoba w tej rodzinie, która pyta mnie o zdanie - przyszła z pudełeczkiem od audioprotetyka. „Babciu, to nowy model, Bluetooth, podłączę ci do telewizora." Ustawiła mi wszystko, pokazała, jak ładować. A ja następnego dnia, kiedy Renata z Dariuszem wpadli na obiad, po prostu nie powiedziałam, że słyszę lepiej. Nie z premedytacją. Po prostu Renata weszła i od razu rzuciła do męża: „Mów normalnie, ona i tak nic nie łapie" - i coś we mnie się zatrzasnęło. Pomyślałam: dobrze. Niech gadają.
Mam na imię Halina, w sierpniu skończę siedemdziesiąt sześć lat. Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Grochowie, trzecie piętro, bez windy. Schody robią się coraz dłuższe, ale to moje mieszkanie - własnościowe, spłacone trzydzieści lat temu, kiedy z moim Tadeuszem jeszcze oboje pracowaliśmy w fabryce kabli na Kamionku. Tadeusz umarł osiem lat temu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Zostałam z emeryturą, z tym mieszkaniem i z dwójką dorosłych dzieci, które odwiedzają mnie w zasadzie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują.
Renata ma pięćdziesiąt dwa lata, jest księgową w firmie budowlanej. Dariusz, jej mąż - elektryk, własna działalność. Mam jeszcze syna, Grzegorza, czterdzieści osiem lat, kierowca TIR-a, prawie zawsze w trasie. Grzegorz dzwoni w niedziele, krótko, „cześć mamo, zdrowa? to dobrze, lecę". Renata przynajmniej przychodzi. Ale od marca wiem, po co.
Pierwszy raz usłyszałam coś ważnego w Wielkanoc. Siedzieliśmy przy stole - Renata, Dariusz, Kasia i ja. Kasia poszła do kuchni po szarlotkę, a Renata nachyliła się do Dariusza i powiedziała półgłosem, który dla mojego nowego aparatu był jak normalna rozmowa: „Pamiętaj, żeby w maju złożyć te papiery, bo jak poczekamy, to ktoś nam podskoczy z wyceną."
Dariusz zerknął na mnie. Siedziałam z zamkniętymi oczami, jak to ja - drzemka po obiedzie, nic nowego. „Spokojnie - mruknął - mama śpi. A poza tym ona nawet z aparatem ledwo słyszy dzwonek do drzwi."
Nie spałam. Trzymałam się kurczowo widelczyka od ciasta i nie otwierałam oczu, bo wiedziałam, że gdybym je otworzyła, zobaczyliby we mnie coś, co by ich zaniepokoiło.
W maju przyszli częściej niż zwykle. Renata przyniosła mi sernik, poprawiła firankę w sypialni, nawet kupiła nowy czajnik - ten stary faktycznie się psul. Byłam prawie wzruszona. Prawie. Bo za każdym razem, kiedy wychodziłam do łazienki albo udawałam, że oglądam telewizor, słyszałam fragmenty. Puzzle, które tydzień po tygodniu układały się w obraz.
Kredyt. Wzięli kredyt na remont łazienki i nową kuchnię. Sto dwadzieścia tysięcy. Rata - dwa tysiące trzysta. Dariusz stracił dużego klienta w styczniu, firma ledwo się spinała. Renata mówiła: „Damy radę, jak sprzedamy to mieszkanie, to spłacimy od ręki i jeszcze zostanie."
To mieszkanie. Moje mieszkanie.
W czerwcu, w sobotę, Renata przyszła sama. Przyniosła truskawki i śmietanę. Siedziałyśmy w kuchni, ja kroiłam truskawki, ona przeglądała telefon. W pewnym momencie odebrała i rozmawiała z koleżanką. Głośno, swobodnie, bo przecież - mama nie słyszy.
„Nie, to jeszcze nie teraz, ale myślimy o wrześniu, Grecja, Kreta, znalazłam świetny hotel za cztery i pół tysiąca od osoby. Dariusz mówi, że nas nie stać, ale ja mu tłumaczę - jak się ogarnie sprawa z mieszkaniem mamy, to będziemy mieli poduszkę. Mama i tak na trzecim piętrze nie daje rady, to jest dla jej dobra, rozumiesz? Powiemy jej, że przenosimy ją do tego DPS-u na Gocławiu, tam jest ładnie, zielono, ona się przyzwyczai."
Truskawka wyślizgnęła mi się z palców. Renata nawet nie zauważyła. Gadała dalej.
„Wkład z mieszkania mamy pokryje kredyt i jeszcze zostanie na Grecję i może nowy samochód, Dariusz jeździ tym Passatem już osiem lat. Grzegorz? A co Grzegorz, Grzegorz jest w trasie, podpisze co mu damy, on się nie interesuje."
Podniosłam truskawkę z podłogi. Umyłam ją pod kranem. Wróciłam do krojenia. Ręce mi drżały, ale nóż trzymałam pewnie, tak jak Tadeusz mnie nauczył - palce pod kłykcie, ostrze blisko deski.
Tej nocy nie spałam. Chodziłam po mieszkaniu w ciemności, dotykałam ścian, meblościanki, w której stoją kryształowe kieliszki ze ślubu, ramki ze zdjęciami wnuczki z komunii, Tadeusza w mundurze z wojska. Czterdzieści trzy lata w tych ścianach. Tu urodziłam Renatę - dosłownie, bo karetka nie zdążyła i sąsiadka, pani Władzia, przyjmowała poród na dywanie w dużym pokoju. I teraz Renata chce to sprzedać, żeby pojechać na Kretę.
Przez tydzień nic nie robiłam. Gotowałam, oglądałam telewizję, podlewałam pelargonie na balkonie. Myślałam. Nie o Renatie - o sobie. O tym, że przez ostatnie lata stawałam się w ich oczach przedmiotem. Mieszkanie mamy. Wkład z mieszkania mamy. Mama i tak nie słyszy. Mama się przyzwyczai.
W piątek zadzwoniłam do Kasi. „Kasiu, potrzebuję adresu do notariusza. Dobrego. Takiego, co wytłumaczy starej kobiecie, jak spisać testament, żeby nikt go nie podważył."
Kasia milczała przez chwilę. Potem powiedziała cicho: „Babciu, coś się stało?"
„Nic się nie stało, dziecko. Po prostu chcę mieć porządek."
Kasia nie pytała dalej. Następnego dnia przysłała mi namiar na kancelarię na Saskiej Kępie. Umówiłam się na wtorek.
W poniedziałek przyszła Renata z Dariuszem. Przynieśli mi folder. Kolorowy, błyszczący. „Dom Seniora Zielony Zakątek". Na okładce uśmiechnięta staruszka w ogrodzie, jakby jej właśnie powiedzieli, że wygrała los na loterii.
- Mamo, popatrz, jakie to ładne - Renata mówiła głośno i wyraźnie, jak do dziecka. - Byłaś tam, gdzie pani Kowalska z parteru? Ona mówi, że super.
Pani Kowalska z parteru umarła w grudniu. Ale nie poprawiłam Renaty. Wzięłam folder, przekartkowałam. Dariusz stał przy oknie i patrzył na mnie z tym swoim wyrazem twarzy, który miał chyba wyrażać troskę, a wyrażał niecierpliwość.
- Pomyślę - powiedziałam.
- Mamo, nie ma co myśleć, te schody cię wykończą! - Renata złapała mnie za rękę. - My chcemy dla ciebie jak najlepiej.
Pokiwałam głową. Uśmiechnęłam się nawet. Odprowadzili się sami do drzwi.
We wtorek byłam u notariusza. Miła pani, młoda, cierpliwa. Wszystko mi wytłumaczyła. Wróciłam do domu i po raz pierwszy od tygodni spałam spokojnie.
Teraz jest lipiec. Siedzę na balkonie z herbatą, pelargonie kwitną na czerwono, z dołu słychać dzieci na podwórku. Renata zadzwoniła rano, że wpadnie w sobotę „pogadać o przyszłości". Wiem, co to znaczy. Położą przede mną jakieś dokumenty, będą mówić głośno i powoli, a ja będę stara, głucha mama, która podpisze co trzeba.
Tylko że ja już podpisałam. Co innego. U notariusza na Saskiej Kępie.
Nie powiedziałam im jeszcze. Nie wiem, czy powiem w sobotę. Może poczekam. Może chcę jeszcze trochę posłuchać, jak planują moje życie beze mnie. A może po prostu chcę zobaczyć twarz Renaty, kiedy w końcu się dowie, że matka - ta głucha, stara matka z trzeciego piętra - słyszała każde słowo.
Kasia dzwoniła wczoraj wieczorem. Pytała, jak się czuję. Powiedziałam: „Dobrze, dziecko. Lepiej niż myślisz." I to była prawda.
Aparat działa doskonale. Słyszę wszystko. Czasem żałuję, że słyszę.