Na strychu wnuk znalazł rzutnik i pudła slajdów. W sobotę: prześcieradło na ścianie, stukot karuzelki, my nad Soliną w latach siedemdziesiątych. Wnuki nie wierzyły: „babciu, to TY?!". Ja. „A kto robił zdjęcia?" Dziadek - dlatego go nie widać: zawsze fotografował innych. Następna sobota: część druga. Bilety: kompot.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w sobotę. Zaczęła się trzy tygodnie wcześniej, kiedy Kacper - najstarszy wnuk, dwanaście lat, rude włosy po tacie i ciekawość po mnie - wlazł na strych po piłkę plażową i wrócił bez piłki, za to z pudłem zakurzonym tak, że kichał przez pół godziny.

- Babciu, co to jest? - postawił pudło na kuchennym stole, prosto na ceracie w słoneczniki. Obok leżały jeszcze rachunki za wodę i reszta chleba od śniadania.

Otworzyłam wieko i poczułam zapach, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Stary karton, kurz i coś jeszcze - coś, co pachniało latami siedemdziesiątymi, choć brzmi to absurdalnie.

Slajdy. Setki slajdów w plastikowych ramkach, ułożone w kartonowych kasetach, każda podpisana ręką Zbyszka. Drobne, pochyłe literki. „Solina 1974". „Zakopane, sylwester 1976". „Działka, lato 1978". „Komunia Małgosi".

Małgosia to moja córka. Ma teraz czterdzieści osiem lat i mieszka w Krakowie. Kacper to jej syn. Ja mam siedemdziesiąt jeden lat, nazywam się Halina, całe życie przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej w Poznaniu, a Zbyszek - mój mąż - odszedł pięć lat temu. Rak trzustki. Szybko i bez ostrzeżenia, jakby ktoś zgasił światło w pokoju.

- A to co? - Kacper wyciągnął z drugiego pudła rzutnik. Ciężki, metalowy, z karuzelką na slajdy. Praktol - tak się chyba nazywał ten model. Zbyszek kupił go w komisie w siedemdziesiątym trzecim roku, jeszcze przed naszym ślubem, i był z niego dumny jak z samochodu, którego nigdy nie mieliśmy.

- To rzutnik do slajdów - powiedziałam. - Dziadek nim wyświetlał zdjęcia na ścianie.

- Na ścianie? Jak projektor?

- Dokładnie jak projektor.

Kacper obracał karuzelkę w rękach. Patrzył na nią tak, jakby trzymał artefakt z innej epoki. Bo właściwie trzymał.

- Babciu - powiedział powoli - a moglibyśmy to odpalić?

Nie odpowiedziałam od razu. Trzymałam w dłoni slajd podpisany „Solina 74" i patrzyłam pod światło. Maleńki prostokącik, a w nim - ja. Młoda, w kostiumie kąpielowym w czerwone paski, z włosami do ramion, na pomoście nad wodą. Uśmiechnięta tak, jakby cały świat był dobry.

Odłożyłam slajd. Ręce mi drżały i sama nie wiedziałam dlaczego.

- Zobaczymy - powiedziałam. - Najpierw muszę sprawdzić, czy ten rzutnik jeszcze działa.

Działał. Zbyszek konserwował swoje rzeczy jak chirurg narzędzia. Żarówka się zapaliła, karuzelka obrócła z tym samym ciężkim, metalowym stukotem co czterdzieści lat temu. Przez sekundę miałam wrażenie, że zaraz usłyszę jego głos: „Halinka, zgaś górne światło".

W sobotę przyszli wszyscy. Małgosia z Kacprem i młodszą Zuzią. Syn Tomek z Warszawy - przyjechał specjalnie, choć normalnie nie wyrywał się na wizyty. Jego żona Ania. Ich dwójka, Olek i Marta. Pięcioro wnuków, dwoje dorosłych dzieci i ja.

Prześcieradło przypiąłem do ściany w dużym pokoju spinaczami do bielizny. Zasłoniłam rolety. Nalałam kompot z wiśni do dzbanków - bo co innego podać na seans filmowy u babci?

Pierwszy slajd. Stukot karuzelki. Na białym prześcieradle pojawiła się Solina - turkusowa woda, zielone wzgórza, drewniane pomosty. I ja, dwudziestotrzyletnia, w tych czerwonych paskach, z ręką osłaniającą oczy od słońca.

Cisza. A potem Zuzia, ośmiolatka z warkoczykami:

- Babciu, to TY?!

- Ja - powiedziałam.

- Ale byłaś... wow.

Małgosia się zaśmiała. Tomek też. Ale jakoś inaczej - cieplej niż zwykle. Klikałam kolejne slajdy. Namiot nad Soliną. Ognisko. Ja w kwiecistej sukience na tle zapory. Koleżanka Krysia - nie żyje od dwóch lat - w wielkim kapeluszu, z butelką oranżady. Zbyszek nigdzie.

- A kto robił zdjęcia? - zapytał Kacper.

- Dziadek - odpowiedziałam. - Dlatego go nie widać. Zawsze fotografował innych.

Kacper zmarszczył brwi. Olek, starszy o rok, pochylił się do niego i szepnął coś. Kacper pokiwał głową. Nie wiem, co sobie powiedzieli, ale widziałam, że obaj patrzą na kolejne slajdy z inną uwagą. Jakby szukali na nich kogoś, kto tam był, ale kogo nie widać.

Bo Zbyszek zawsze tak miał. Stał z boku. Organizował, pakował, gotował na kempingu, naprawiał linkę od namiotu, a jak przychodziło do zdjęcia - brał aparat. „Zbyszek, daj komuś i stań z nami" - prosiłam. „Następnym razem" - odpowiadał. I nigdy tego następnego razu nie było.

Przez godzinę przeglądaliśmy slajdy. Zakopane. Działka ROD - ta pod Poznaniem, którą sprzedaliśmy w dziewięćdziesiątym piątym. Komunia Małgosi - biała sukienka, tiulowa kokarda, tort z kremem, Małgosia z brakiem dwóch przednich zębów. Tomek na rowerze, pięć lat, kolana w zielonym od trawy. Wigilia - stół zastawiony talerzami, opłatek, barszcz, ryba po grecku.

Na każdym zdjęciu była rodzina. Na żadnym nie było Zbyszka.

Kiedy skończyliśmy pierwszą kasetę, Małgosia miała mokre oczy. Tomek siedział sztywno, z rękami na kolanach. Ania trzymała go za łokieć.

- Mamo - odezwał się Tomek, pierwszy raz od godziny - jest więcej?

- Cztery pudła - powiedziałam.

- To może następna sobota?

Spojrzałam na niego. Mój syn, który dzwoni raz na dwa tygodnie, który na pogrzebie ojca stał jak słup i nie uronił ani łzy, który potem powiedział mi: „Mamo, tata był dobrym człowiekiem, ale my nigdy nie byliśmy blisko" - ten syn właśnie poprosił o następną sobotę.

- Następna sobota - potwierdziłam. - Część druga. Bilety: kompot.

Zuzia klasnęła w dłonie. Kacper zaczął pakować slajdy z powrotem do kasety - ostrożnie, jak Zbyszek by to zrobił.

W nocy nie mogłam spać. Leżałam w naszej sypialni - mojej sypialni, od pięciu lat już tylko mojej - i myślałam o tych slajdach. O Zbyszku, który jest na każdym z nich, choć na żadnym go nie widać. O Tomku, który go szukał w tych zdjęciach i chyba znalazł. O tym, że przez trzydzieści osiem lat małżeństwa nigdy nie powiedziałam mężowi: „Daj ten aparat, teraz ja zrobię zdjęcie tobie".

Dlaczego nie powiedziałam? Bo tak było wygodnie? Bo taki był układ - on patrzył na nas, a my pozowaliśmy? Bo wydawało mi się, że to będzie zawsze i zdążymy?

Wstałam o czwartej, zapaliłam lampkę w kuchni i zrobiłam sobie herbatę z cytryną. Usiadłam przy stole i wzięłam slajd, ten pierwszy - Solina, ja na pomoście. Patrzyłam pod światło żarówki. Tam, w prawym dolnym rogu, na deskach pomostu, był cień. Długi, wyraźny cień mężczyzny trzymającego aparat przy twarzy.

Zbyszek.

Jedyne jego zdjęcie.

Odłożyłam slajd i piłam herbatę, aż za oknem zrobiło się szaro, potem różowo, potem jasno. Pomyślałam, że w następną sobotę wezmę ze sobą mały aparat cyfrowy. Że tym razem zrobię zdjęcie wszystkim - Kacprowi, Zuzi, Olkowi, Marcie, Małgosi, Tomkowi. I że poproszę kogoś, żeby na jednym zdjęciu była też ja.

Albo nie. Może właśnie tak to powinno wyglądać - ktoś zawsze stoi za aparatem. Ktoś zawsze jest tym, który patrzy na innych z miłością, której nie widać na żadnej fotografii, ale która trzyma każdą z nich w kadrze.

Nie wiem, czy Zbyszek żałował tych zdjęć, których z nim nie ma. Nigdy go nie zapytałam. Teraz już nie zapytam.