Pierwsze święta w sanatorium - harmonogram rodzinny ułożono bez nas: „skoro babcia wybrała Ciechocinek...". W Wigilię recepcjonistka: „goście do państwa". W holu, przy sanatoryjnej choince: dzieci, wnuki, opłatek w serwetce, kompot z suszu w słoiku po ogórkach. Staliśmy w płaszczach i łamaliśmy się po kolei. Przyjechali poza harmonogramem. Najlepszy punkt programu - nieplanowany.
Ale zanim opowiem o tamtej Wigilii, muszę wyjaśnić, jak w ogóle trafiłam do Ciechocinka w grudniu. Bo nikt normalny nie jedzie do sanatorium na święta z własnej woli. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Skierowanie dostałam w październiku. Doktor Wierzbicka w przychodni na Pradze popatrzyła na moje wyniki, na ten cholesterol, na ciśnienie, które skakało jak szalone, i powiedziała krótko: „Pani Grażyno, albo pani jedzie, albo ja za siebie nie ręczę".
Termin wypadł na grudzień. Dwudziestego do czwartego stycznia. Kiedy zobaczyłam datę, powiedziałam mężowi: „Ryszard, to obejmuje święta". A Ryszard, mój Ryszard od czterdziestu lat, odłożył gazetę i odparł: „To jedź. Zdrowie ważniejsze niż karp".
Łatwo mu było powiedzieć. On miał swoje piwo, swój fotel, swój telewizor. A ja miałam Wigilię - od trzydziestu ośmiu lat nieprzerwaną tradycję dwunastu potraw w naszym mieszkaniu na Bródnie, w bloku przy Kondratowicza.
Trzydzieści osiem lat, odkąd po ślubie przejęłam pałeczkę po mojej mamie. Pierogi z kapustą i grzybami robiłam z zamkniętymi oczami. Barszcz klarowałam trzy dni. Kutię przygotowywałam z makiem mielonym w babcinym garnuszku, który pamiętał jeszcze PRL.
- Mamo, jedź spokojnie - powiedziała Jolka, moja starsza córka, przez telefon. - Zrobimy Wigilię u nas w tym roku. Będzie fajnie, zobaczysz. Znaczy... nie zobaczysz, ale będzie fajnie.
Ewa, młodsza, napisała SMS-a. Trzy słowa: „Trzymam kciuki, mamuś". Ani słowa o tym, że będzie jej brakowało. Ani słowa o tym, że to pierwsze święta bez mnie od jej urodzenia.
Ryszard odwiózł mnie do Ciechocinka dziewiętnastego grudnia. Sanatorium pachniało chlorem, solanką i mandarynkami, które ktoś porozkładał na parapetach przy recepcji. Pokój był mały, ale czysty. Dwa łóżka, szafka nocna, widok na park zdrojowy. Współlokatorka - Halina z Kutna, sześćdziesiąt osiem lat, po dwóch zawałach. Powiedziała mi na dzień dobry: „Ja tu już trzeci raz na święta. Pierwszy raz płakałam. Drugi piłam wino z kubka po herbacie. Za trzecim razem człowiek się przyzwyczaja".
Nie chciałam się przyzwyczajać.
Pierwsze dni mijały na zabiegach. Inhalacje solankowe o ósmej, kąpiel perełkowa o dziesiątej, gimnastyka w basenie po południu. Wieczorami siedziałyśmy z Haliną w świetlicy i oglądały telewizję. Dwudziestego drugiego zadzwoniła Jolka. Słyszałam w tle głos mojego zięcia Tomka: „Powiedz matce, że karp już kupiony, niech się nie martwi". Jolka się zaśmiała. „Słyszałaś? Tomek robi karpia. Pierwszy raz w życiu".
Powinnam się ucieszyć. Zamiast tego poczułam coś dziwnego. Jakby ktoś mi powiedział, że mój pociąg odjechał, a ja stoję na peronie i nie bardzo wiem, co dalej.
Dwudziestego trzeciego wieczorem zadzwonił Ryszard. Krótko, bo Ryszard zawsze krótko.
- Grażyna, u Jolki będzie Wigilia. Ewa przyjeżdża z Darkiem i Olą. Wszystko ogarnięte.
- A ty?
- A ja też tam będę. Co, mam sam siedzieć?
Więc harmonogram rodzinny ułożono beze mnie. Sprawnie, szybko, bez wahania. Jakby moja nieobecność była drobnym problemem logistycznym do rozwiązania, a nie wyrwą w trzydziestoośmioletniej tradycji. Nikt nie powiedział: „Mamo, bez ciebie to nie to samo, może zrezygnuj z sanatorium". Nikt nawet nie zaproponował, żeby przyjechać tu, do Ciechocinka.
W Wigilię sanatorium zorganizowało kolację. Stół nakryto białym obrusem, postawiono nawet dodatkowe nakrycie dla nieobecnych. Był barszcz z uszkami - z proszku, niestety, ale podany w ładnych miseczkach. Był karp, suchy jak podeszwa. Była kutia, w której nie poznałam żadnego ze składników. Halina z Kutna łamała się ze mną opłatkiem i powiedziała: „Następnym razem to ja ci kupię porządny mak". Uśmiechnęłam się, ale pod stołem zgniatałam serwetkę w kulkę.
O wpół do ósmej poszłam do pokoju. Zadzwoniłam do Jolki - nie odbierała. Zadzwoniłam do Ewy - zajęte. Zadzwoniłam do Ryszarda.
- Grażyna, czekaj, bo tu szum, wyjdę na klatkę. Wesołych świąt, kochanie.
- Wesołych - powiedziałam i się rozłączyłam, bo gdybym powiedziała cokolwiek więcej, tobym się rozpłakała.
Usiadłam na łóżku. Za oknem Ciechocinek był cichy i ciemny, tylko latarnie w parku zdrojowym robiły żółte kręgi na śniegu. Pomyślałam: sześćdziesiąt trzy lata. Dwoje dzieci. Troje wnuków. Czterdzieści lat małżeństwa. I siedzę sama w sanatorium, a oni jedzą karpia Tomka i jakoś dają radę.
Właśnie wtedy ktoś zapukał do drzwi pokoju. Halina otworzyła. Na korytarzu stała recepcjonistka, ta młoda, z warkoczem.
- Pani Grażyno, goście do pani. Czekają w holu.
Włożyłam kapcie, narzuciłam sweter i zeszłam na dół. Przy sanatoryjnej choince - tej z bombkami z papieru i łańcuchem z bibuły, który pewnie robiły kuracjuszki na zajęciach plastycznych - stali. Wszyscy.
Ryszard w tej swojej kurtce, co to mu mówiłam, żeby wyrzucił. Jolka z Tomkiem. Ewa z Darkiem. Ola, moja najmłodsza wnuczka, w czapce z pomponem, trzymała słoik - poznałam go od razu, bo to był ten po ogórkach korniszonach, z naklejką „Społem". W środku kompot z suszu. Kuba, wnuk, miał w rękach serwetkę złożoną w trójkąt. Wiedziałam, że w środku jest opłatek, bo Jolka zawsze tak pakuje opłatek - w serwetkę, w trójkąt, jak moja mama ją nauczyła.
Stałam w tych kapciach, w swetrze, z nieumytą głową, i patrzyłam na nich.
- Przyjechaliście - powiedziałam głupio, bo nic mądrzejszego nie przychodziło mi do głowy.
- A co, myślałaś, że zjemy karpia Tomka bez ciebie? - powiedziała Ewa. - Spróbowałyśmy. Jest niejadalny.
- Hej! - oburzył się Tomek, ale się uśmiechał.
Łamaliśmy się opłatkiem po kolei. W holu sanatorium, przy choince z bibuły, w płaszczach i kurtkach, bo nikt się nie rozebrał. Kompot z suszu piliśmy z plastikowych kubeczków, które przyniosła recepcjonistka. Ola powiedziała mi „wesołych świąt, babciu" i przytuliła się tak mocno, że aż zachwiałam się na tych kapciach.
Ryszard stał z boku i patrzył. Kiedy podeszłam do niego z opłatkiem, złapał mnie za rękę i powiedział cicho: „Przepraszam, że powiedziałem, żebyś jechała".
Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo on miał rację - zdrowie było ważniejsze niż karp. Ale ja przez te trzy dni przed Wigilią czułam się jak mebel, który ktoś przestawił do innego pokoju. Potrzebny, ale nie na swoim miejscu.
Zostali czterdzieści minut, bo Ryszard martwił się o drogę powrotną. Kiedy wychodzili, Jolka odwróciła się jeszcze w drzwiach i powiedziała: „Mamo, twoja kutia jest lepsza. To nie był komplement - to był fakt". Tomek za nią pokiwał głową z rezygnacją.
Wróciłam do pokoju. Halina nie spała - siedziała na łóżku i czytała książkę.
- I co? - zapytała.
- Przyjechali. Wszyscy.
- A widzisz - powiedziała Halina i przewróciła stronę. - Do mnie nigdy nie przyjechali. Ale za czwartym razem to już naprawdę się przyzwyczaiłam.
Położyłam się i patrzyłam w sufit. Za oknem padał śnieg. Czułam jeszcze na policzku zimny nos Oli i zapach kompotu z suszu. I myślałam o Halinie, która leżała dwa metry ode mnie i czytała książkę, jakby to był zwykły wieczór. Cztery Wigilie w sanatorium. Ani jedna wizyta.
Zasnęłam z pytaniem, na które do dziś nie znam odpowiedzi: czy oni przyjechali dlatego, że mnie kochają, czy dlatego, że karp Tomka był naprawdę niejadalny. I czy to w ogóle ma znaczenie.