Wigilię robię w tym roku „dla dorosłych bez przydziału": Teodora, Lusia, pan Marian, studentka bez dojazdu do domu. Rodzina oburzona: „a MY?!" - a wy macie swoją, u teściów, jak co roku. Dwanaście potraw, osiem osób, zero obowiązku. Kolędował cały parter. Rodzina przyjechała nazajutrz - na resztki i z ciekawości. Resztek nie było.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w grudniu. Zaczęła się w sierpniu, na ławce przed blokiem, kiedy siedziałam z kubkiem kawy i patrzyłam, jak pan Marian z czwórki podlewa pelargonie na parapecie.
Podlewał je codziennie, rano i wieczorem, z takim skupieniem, jakby od tego zależało wszystko. Kiedyś pomachałam mu i krzyknęłam: - Pięknie kwitną! - A on popatrzył na mnie i powiedział cicho: - Bo nie mam z kim innym rozmawiać, to gadam do kwiatów.
Mam na imię Bożena. Sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana księgowa, trzydzieści osiem lat w jednej firmie, dwadzieścia siedem lat na tym samym osiedlu w Poznaniu. Blok z wielkiej płyty, trzecie piętro, widok na plac zabaw i parking.
Dwoje dorosłych dzieci - Marek z żoną Agnieszką i córeczką Zuzią, i Kasia z mężem Tomkiem. Oboje mieszkają po drugiej stronie miasta, oboje mają teściów, oboje od lat spędzają Wigilię u tamtej rodziny. Ja jeżdżę do nich dwudziestego szóstego. Tak się ułożyło. Nie pytajcie, kiedy.
Przez lata robiłam Wigilię sama. Dla siebie. Dwanaście potraw, obrus z koronkowym brzegiem po mamie, świeczki, opłatek. Jedno nakrycie więcej - dla nieoczekiwanego gościa, jak nakazuje tradycja. Ten gość nigdy nie przyszedł. Jadłam barszcz z uszkami, zjadałam trzy pierogi, resztę pakowałam do lodówki, włączałam telewizor i słuchałam kolęd z Krakowa. O dziesiątej szłam spać.
W tamten sierpniowy wieczór wróciłam na górę i długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o panu Marianie i jego pelargoniach. O Teodorze z szóstki, którą widywałam zawsze z ciężkimi reklamówkami z Biedronki, zawsze samą. O Lusi z parteru, która miała osiemdziesiąt cztery lata i od śmierci męża trzy lata temu nie wychodziła dalej niż do skrzynki na listy. O tym, ilu nas jest - dorosłych bez przydziału. Ludzi, którzy przy wigilijnym stole nie mają „swojego" miejsca, bo dzieci pojechały, bo mąż umarł, bo rodzina się pokłóciła, bo po prostu - nie ma do kogo.
Pomysł przyszedł nagle, gdzieś w październiku, kiedy w Lidlu pojawiły się już pierwsze pierniki. Stanęłam przy regale z przyprawami korzennymi i pomyślałam: a gdybym zrobiła Wigilię dla nas? Dla tych bez przydziału?
Zaczęłam od pana Mariana. Zapukałam do czwórki, otworzyły mi pelargonie w oknie i zapach kawy zbożowej. Pan Marian, siedemdziesiąt osiem lat, emerytowany kolejarz, wdowiec od pięciu lat, miał oczy jak przestraszony ptak. Nikt do niego nie pukał. - Ja tylko chciałam zapytać - zaczęłam - czy ma pan plany na Wigilię? Patrzył na mnie dobrą minutę, zanim odpowiedział: - Pani Bożenko, ja od trzech lat jem karpia z słoika od Marinusa i oglądam Kevina.
Potem poszłam do Teodory. Teodora miała sześćdziesiąt siedem lat, była emerytowaną krawcową, rozwiedzioną od dwudziestu lat. Córka wyjechała do Irlandii i dzwoniła raz w miesiącu, w niedzielę o jedenastej. - Wigilia? - Teodora uniosła brwi. - Ja to chyba ostatnią porządną Wigilię miałam w dziewięćdziesiątym szóstym. Potem to już tylko pozory.
Lusia przyjęła zaproszenie natychmiast, bez wahania. Złapała mnie za rękę i powiedziała: - Dziecko, ja myślałam, że już nikt. Po prostu nikt. - Jej głos się nie załamał. Był twardy, suchy. Gorszy niż płacz.
Czwartą znalazłam przypadkiem. Ania, studentka drugiego roku farmacji, wynajmowała kawalerkę na parterze od września. Dwudziestego grudnia spotkałam ją na klatce schodowej z plecakiem. - Na święta do domu? - zapytałam. - Nie dam rady - powiedziała. - Biłgoraj, cztery przesiadki, ostatni bus o czternastej, a ja mam egzamin dwudziestego trzeciego do szesnastej. Nie zdążę. - Jej oczy były czerwone. Dwadzieścia lat i sama na święta w obcym mieście.
Kiedy powiedziałam dzieciom, rozpętała się burza.
Kasia zadzwoniła pierwsza: - Mamo, jak to robisz Wigilię dla obcych ludzi? A my?
- A wy macie swoją - powiedziałam spokojnie. - U teściów. Jak co roku.
- Ale to chodzi o zasadę! - Kasia podniosła głos. - To nasza mama robi Wigilię i nas nie zaprasza?
- Kasiu, od ośmiu lat wy mnie nie zapraszacie. To ja siedzę sama. I nic. Przeżyłam. Ale teraz postanowiłam, że nie będę siedzieć sama. Ani ja, ani oni.
Cisza w słuchawce trwała tak długo, że sprawdziłam, czy się nie rozłączyła.
Marek zareagował inaczej. Krótko: - Mamo, to trochę dziwne. Co ludzie powiedzą? - Że ugotowałam barszcz, synu - odpowiedziałam. - Co strasznego.
Dwudziestego trzeciego grudnia gotowałam od szóstej rano. Barszcz z uszkami, karp w galarecie i karp smażony, pierogi z kapustą i grzybami, kutia, kompot z suszu, sałatka jarzynowa, ryba po grecku, śledzie w śmietanie, groch z kapustą, łazanki z makiem i sernik na zimno. Dwanaście. Teodora przyszła o trzeciej pomagać lepić pierogi. Jej ręce pamiętały. Lepiła szybciej ode mnie, z taką wprawą, że mogłabym patrzeć godzinami. - Nie gap się, lepiej ciasto wałkuj - mruknęła, ale widziałam, że się uśmiecha.
Wigilia. Dwudziesty czwarty. Stół rozłożony na całą długość salonu, obrus po mamie, świeczki w mosiężnych świecznikach z pchlego targu, talerze z serwisu, który kupiłam dwadzieścia lat temu na Zielonym Rynku i używałam może pięć razy. Osiem nakryć - sześć dla gości, moje i jedno dodatkowe, dla nieoczekiwanego. O siedemnastej zapukał pan Marian. Miał na sobie garnitur. Wyprasowany. Pachniał wodą kolońską, którą pewnie trzymał od lat w łazience na specjalne okazje. - Nie wiedziałem, czy krawat - powiedział przepraszająco. - Założyłem na wszelki wypadek.
Lusia przyszła z własnym opłatkiem - miała go jeszcze z kościoła, schowanego od zeszłego roku. Teodora przyniosła domowy makowiec, o którym mi nie powiedziała, i postawiła go na stole z miną osoby, która właśnie zrobiła coś wielkiego. Ania przyszła ostatnia, niepewna, w swetrze z reniferem, z butelką soku jabłkowego. - Nie wiedziałam, co przynieść - szepnęła. - Siebie - powiedziałam.
Łamaliśmy się opłatkiem. Pan Marian płakał. Nie chował się z tym - stał i płakał, i mówił: - Zdrowia życzę pani, pani Bożenko. Po prostu zdrowia. - Lusia trzymała moją twarz w obu dłoniach i nic nie mówiła, tylko patrzyła. Teodora życzyła Ani zdanego egzaminu. Ania życzyła Teodorze, żeby córka zadzwoniła częściej. Zrobiło się cicho. A potem zaczęliśmy jeść.
Jedliśmy powoli. Bez pośpiechu. Nikt nie patrzył na zegarek, nikt nie musiał jechać do drugiej rodziny. Pan Marian opowiadał o nocnych kursach pociągów do Przemyśla. Lusia opowiadała o swoim mężu, który tańczył walca w kuchni po kieliszku wiśniówki. Teodora milczała i słuchała, i pierwszy raz od lat widziałam, że jej twarz jest miękka, odprężona. Ania wysłała zdjęcie stołu mamie do Biłgoraja. Po kolacji pan Marian zaproponował kolędy. - Ja zaczynam, a wy dołączajcie - powiedział i zaczął „Wśród nocnej ciszy" głosem czystym jak u ministranta, chociaż miał siedemdziesiąt osiem lat i chrząkał przy każdym wejściu na klatkę schodową. Potem przyszła sąsiadka z dwójki, bo usłyszała śpiewanie. Potem sąsiad z trójki z żoną. Kolędował cały parter.
O północy poszli do siebie. Stół był pusty. Dwanaście potraw - zmiecione. Sernik Teodory - nawet okruszki zniknęły. Zmywałam naczynia do drugiej w nocy i nie włączyłam telewizora. Nie potrzebowałam.
Dwudziestego piątego, koło południa, zadzwonił domofon. Marek z Agnieszką, Zuzią i torbą prezentów. Za nimi Kasia z Tomkiem. - Przyjechaliśmy na resztki! - oznajmił Marek z progu. Stanął w kuchni, zajrzał do lodówki, otworzył garnki. Nic. Pusto. Kasia patrzyła na mnie z mieszaniną urazy i czegoś, czego nie umiałam nazwać. Może podziwu? Może zazdrości? - Nawet sernika nie zostawiłaś? - zapytała. - Nie było czego zostawiać - powiedziałam.
Usiedli w salonie. Marek milczał. Kasia kręciła się po kuchni, jakby szukała dowodów na coś. W końcu usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała: - Mamo, mogłaś nas zaprosić. Chociaż powiedzieć wcześniej.
- Mówiłam. W październiku, w listopadzie i w grudniu. Za każdym razem słyszałam, że jedziecie do teściów.
- Ale jakbyś nalegała...
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na obrus po mamie, na którym jeszcze stały świeczniki z wczorajszej nocy, i myślałam o tym, że przez osiem lat nie nalegałam i nikt tego nie zauważył. A wystarczyło jedno zaproszenie do obcych ludzi, żeby moje dzieci nagle poczuły, że coś im się należy.
Marek w końcu odezwał się cicho: - To jak było? Naprawdę fajnie?
- Naprawdę - powiedziałam. - Kolędowaliśmy.
Kasia wstała, podeszła do okna, a potem odwróciła się i zapytała: - A w przyszłym roku? Też tak zrobisz?
Nie odpowiedziałam od razu. Bo właśnie to było pytanie, nad którym myślałam od rana. Czy powtórzyć? Czy zaprosić i rodzinę, i „moich bezprzydziałowych"? A może, jeśli zaproszę wszystkich, zniknie to coś, co wczoraj było w tym pokoju - ta lekkość, ta wdzięczność za samo bycie razem, bez obowiązku, bez „bo wypada"? Może to, co sprawia, że Wigilia smakuje, to właśnie to, że nikt przy tym stole nie musiał przyjść - a każdy chciał?
Powiedziałam: - Zobaczymy, Kasiu. Do grudnia jeszcze daleko.
Ale kiedy wychodzili, widziałam, jak Kasia zatrzymuje się na klatce i czyta karteczkę, którą pan Marian przyczepił do moich drzwi rano. Było na niej jedno słowo, napisane drżącą ręką dużymi literami: DZIĘKUJĘ.
Moja córka stała nad tą karteczką i milczała. I ja nie wiem, co sobie pomyślała. Ale wiem, że przez chwilę nie odchodziła.