Klucz do ich mieszkania mam „służbowy": wpuścić hydraulika, odebrać pralkę, poczekać na pomiar okien. W tym roku - jedenaście dyżurów, rekord: cztery godziny w cudzej kuchni, bo „nie częstuj się, mamo, wiesz". W grudniu oddałam klucz: „fachowców przyjmuję u siebie - kawą i rozmową. U was: stawka godzinowa". Pralkę odebrali sami. Dało się.

Ten klucz leżał w mojej torebce od trzech lat. Między legitymacją emeryta a kartą do Biedronki. Płaski, niklowany, z niebieskim plastikowym uchwytem, na którym Krysia - moja synowa - napisała markerem „mama B". Mama B. Jak jakaś kategoria usługowa. Nie „teściowa", nie „babcia Ela" - mama B. Bo mama A to jej matka, Wiesława, która nigdy nie dyżuruje, bo „mieszka za daleko". Czterdzieści minut tramwajem. Ja mam dwadzieścia pięć. Więc ja.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od klucza. Zaczęła się od pralki.

Zadzwonił Tomek - mój syn, czterdzieści jeden lat, inżynier w firmie budowlanej we Wrocławiu. Zadzwonił w poniedziałek o dziewiątej rano, a ja wiedziałam, że to nie jest telefon „cześć mamo, co słychać". Tomek dzwoni rano tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuje. Kiedy chce pogadać, dzwoni wieczorem, z balkonu, po papierosie, którego oficjalnie nie pali.

- Mamo, w czwartek przywożą pralkę, ale my z Krysią oboje w pracy. Mogłabyś posiedzieć u nas ze dwie godzinki? Przyjadą między dziesiątą a drugą.

Między dziesiątą a drugą. Cztery godziny. Ale Tomek mówi „dwie godzinki", bo tak brzmi lepiej. Bardziej niewinnie. Jakby prosił o drobnostkę.

Mogłam powiedzieć: nie mogę. Miałam wizytę u dentysty, umówioną od miesiąca. Ale powiedziałam: dobrze. Odwołałam dentystę. Wsiadłam w autobus 145, przejechałam dwanaście przystanków, weszłam po schodach na trzecie piętro - winda znowu zepsuta - otworzyłam drzwi niebieskim kluczem i usiadłam w kuchni. Ich kuchni.

Ładna kuchnia. Biała, z drewnianym blatem, z ziołami w doniczkach, które podlewam ja, kiedy wyjeżdżają na urlop. Na lodówce magnes z Krety, gdzie byli w sierpniu - beze mnie, bo „mamo, ty nie lubisz latać". Lubię. Po prostu nikt nie zapytał.

Pralkę przywieźli o trzynastej czterdzieści. Dwóch chłopaków, młodych, sprawnych. Wnieśli, podłączyli, zostawili gwarancję. Dwadzieścia minut. Czekałam trzy godziny i czterdzieści minut na dwadzieścia minut roboty. Zrobiłam sobie herbatę - z mojej torebki, bo ich herbatę czułam się niezręcznie ruszać. „Nie częstuj się, mamo, wiesz, Krysia lubi mieć porządek w kuchni" - Tomek powiedział kiedyś, niby żartem. Ale ja słyszałam Krysię między tymi słowami. I nie tknęłam nawet cukru.

To nie tak, że Krysia jest złą osobą. Jest porządna, pracowita, kocha Tomka na swój sposób. Ale ja jestem w jej życiu jak szuflada, którą otwiera się, kiedy trzeba coś schować, i zamyka, kiedy nie pasuje do wystroju. Potrzebujesz kogoś w środę na trzy godziny? Teściowa. Trzeba odebrać Zosię z przedszkola, bo macie spotkanie? Teściowa. Ale Wigilia - to u Wiesławy. Komunia Zosi - lista gości układana „wspólnie", czyli ja dowiadywałam się ostatnia, że mogę przyprowadzić koleżankę. Nie przyprowadziłam. Poszłam sama.

Przez trzy lata policzyłam: dwadzieścia osiem dyżurów. Hydraulik dwa razy. Elektryk raz. Pomiar okien, pomiar drzwi, pomiar łazienki. Kurier z meblami - czekanie pięć godzin, bo „okno dostawy" było od rana do wieczora. Gazownik. Kominiarze. Facet od internetu. Za każdym razem to samo: „mamo, mogłabyś?".

Mogłabym. Pytanie, czy chcę.

To pytanie zadałam sobie dopiero w listopadzie, kiedy siedziałam w ich przedpokoju na taborecie - bo w salonie jest nowy dywan i Krysia prosi, żeby nie wchodzić w butach, a kapci mi nie zaproponowała - i czekałam na fachowca od rolet. Za oknem padał deszcz. Miałam przy sobie książkę, termos z kawą i kanapkę. Swoje. Jak na dyżur. Bo to był dyżur. Jedenaście w tym roku. Rekord.

Zadzwoniłam do Bożeny, mojej siostry w Poznaniu. Bożena jest trzy lata starsza, ma dwie córki i doświadczenie życiowe szersze niż Wisła pod Krakowem.

- Ela - powiedziała - ty jesteś im potrzebna jak dozorczyni, nie jak matka. Kiedy ostatnio Tomek zaprosił cię na obiad? Nie po to, żebyś coś pilnowała, tylko tak, na rosół i pogadanie?

Nie pamiętałam. I to chyba było gorsze niż gdybym pamiętała i powiedziała „dawno".

- Oddaj klucz - powiedziała Bożena.

- Ale jak? Pomyślą, że się obrażam.

- A obrażasz się?

Milczałam. Bo odpowiedź brzmiała: tak. I nie. Bardziej mnie bolało niż złościło. Bolało, że syn nie widzi różnicy między matką a serwisem. Że Krysia nigdy nie powiedziała „dziękuję" bez dodania kolejnej prośby. Że Zosia, moja jedyna wnuczka, pięć lat, rysuje „familię" w przedszkolu - mama, tata, kot - i babci na rysunku nie ma. Bo babcia przychodzi, kiedy nikogo w domu nie ma.

W grudniu przyszedł kolejny telefon. Tomek, rano, dziewiąta piętnaście.

- Mamo, w piątek przyjeżdża facet od pomiarów na szafy do sypialni. Mógłbyś...

- Nie - powiedziałam.

Cisza. Tomek nie był przyzwyczajony do „nie" z mojej strony. Nikt z nas nie był. Moja matka nigdy nie mówiła „nie". Ja przez sześćdziesiąt dwa lata prawie nigdy. Halina Borkowska, emerytowana księgowa z wrocławskiego Kozanowa, zawsze dyspozycyjna, zawsze pod telefonem.

- Jak to nie? Coś się stało?

- Nic się nie stało. Ale fachowców od teraz przyjmuję u siebie - kawą i rozmową. U was: stawka godzinowa.

Powiedziałam to lżej, niż czułam. Z uśmiechem w głosie, żeby nie zabrzmiało jak ultimatum. Ale w środku miałam sucho w gardle i mokre dłonie.

- Mamo, no co ty...

- Klucz podrzucę w niedzielę. Przy okazji, chciałabym zabrać Zosię na lody. Sama. Jak babcia, nie jak dozorczyni.

Nie czekałam na odpowiedź. Rozłączyłam się, czego nie robiłam nigdy w życiu, a potem usiadłam na fotelu w swoim salonie, w swoim mieszkaniu, przy swojej herbacie - i płakałam. Nie z żalu. Raczej z ulgi. I ze strachu, że może właśnie straciłam syna. Bo tak to działa w naszej rodzinie: kto stawia granice, ten jest „trudny". Kto mówi „nie", ten się obraża. Kto prosi o szacunek, ten rozbija rodzinę.

Klucz oddałam w niedzielę. Krysia otworzyła drzwi, wzięła go bez słowa i powiedziała: „Tomek, twoja mama przyszła". Twoja mama. Nie „teściowa", nie „proszę, wejdź" - twoja mama. Jakbym była przesyłką, którą trzeba odebrać.

Tomek wyszedł z salonu z Zosią na rękach. Zosia miała czekoladę na brodzie i powiedziała: „babciu, chodź do mnie, narysujemy kota!". I poszłam. Rysowałyśmy kota. Krysia nie wyszła z kuchni. Tomek siedział obok, ale milczał. Czułam, że chce coś powiedzieć - może przeprosić, a może wytłumaczyć, że przesadzam - ale nie powiedział nic.

Pralkę - następną, bo się zepsuła ta, na którą czekałam tamtego czwartku - odebrali sami. W lutym. Tomek wziął dzień wolnego. Dało się.

Zawsze się dało. Tylko trzeba było, żebym przestała być pod ręką.

Teraz jest kwiecień. Zosia była u mnie w sobotę, sama, na naleśniki. Tomek dzwoni rzadziej, ale wieczorami. Krysia wysłała mi SMS na Dzień Kobiet - pierwszy od pięciu lat. Cztery słowa: „Wszystkiego dobrego, mamo B". I nie wiem, czy to żart, czy nawyk, czy początek czegoś. Nie odpisałam. A może powinnam była.