W bloku obok spalił się dach; na klatce wisiała zbiórka. Rodzina ostrzegała: „nie dawaj, na pewno ściema". Dałam dwieście złotych i trzy koce. W grudniu pani Wanda ze spalonego mieszkania przyniosła mi pierniki: „od tych, co pamiętają". Ściema pachniała cynamonem.
Ale zanim opowiem o tych piernikach, muszę wrócić do września. Do tego wieczoru, kiedy stałam na balkonie z kubkiem herbaty i zobaczyłam pomarańczową łunę nad dachem bloku obok. Nie płomienie - łunę. Taką, jakby ktoś zapalił za dużo świeczek na urodzinowym torcie. Dopiero potem usłyszałam syreny.
Mieszkam na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu od trzydziestu dwóch lat. Przeprowadziłam się tu z Andrzejem zaraz po ślubie, do dwupokojowego mieszkania na trzecim piętrze. Andrzej umarł siedem lat temu - wylew, w warsztacie, między rozłożonym silnikiem a kalendarzem z dziewczyną w bikini, który wisiał tam od lat osiemdziesiątych.
Został mi ten balkon, widok na identyczny blok naprzeciwko i praca w księgowości firmy transportowej, którą ciągnę do dziś, choć mam sześćdziesiąt jeden lat i nogi odmawiają posłuszeństwa po ośmiu godzinach przy biurku.
Tamtego wieczoru ogień strawił poddasze bloku numer siedemnaście. Trzy rodziny z ostatniego piętra straciły mieszkania. Reszta lokatorów wróciła po kilku dniach, kiedy straż dała zgodę, ale ci z góry - nie mieli do czego wracać. Na naszej klatce ktoś powiesił kartkę A4 w koszulce foliowej: „Zbiórka dla pogorzelców z bloku 17. Pieniądze, koce, ubrania, środki czystości. Kontakt: Lucyna Majewska, mieszkanie 12". Obok koszulki wisiała przezroczysta skarbonka przyklejona taśmą do ściany.
Zadzwoniłam do córki. Kasia mieszka we Wrocławiu, pracuje w banku, ma męża informatyka i dwójkę dzieci, które widuję co drugi miesiąc, jeśli dobrze pójdzie. Powiedziałam jej o pożarze i że chcę dać dwieście złotych.
- Mamo, ty chyba żartujesz - odpowiedziała. - Dwieście złotych? Przy twojej emeryturze?
- Mam jeszcze pensję, Kasiu.
- Ale nie wiesz, kto to zbiera. Może ta Lucyna to jakaś naciągaczka. Pamiętasz, jak na Facebooku zbierali na dziecko, a potem się okazało, że żadnego dziecka nie było?
Pamiętałam. Ale pamiętałam też zapach spalenizny, który wchodził przez okna przez trzy dni po pożarze. I panią z ostatniego piętra, którą widziałam raz w sklepie - siwą, drobną, kupowała chleb tostowy i najtańsze masło. Nie znałam jej nazwiska. Nie wiedziałam, czy to ta sama, która straciła dach nad głową. Ale wiedziałam, że dwieście złotych to nie jest kwota, po której pójdę z torbami.
Szwagierka Renata zadzwoniła jeszcze tego samego dnia. Renata to siostra Andrzeja - kobieta o złotym sercu, ale takim, które zawsze wie lepiej, gdzie ma bić.
- Bożena, słyszałam od Kasi. Nie dawaj na tę zbiórkę.
- Dlaczego?
- Bo ludzie są źli, Bożenka. Bo wykorzystują. Pamiętasz tę powódź w dziewięćdziesiątym siódmym? Zbierali, zbierali, a połowa kasy rozpłynęła się jak ta woda.
Renata miała swoje racje. Zawsze miała. Problem polegał na tym, że jej racje były jak parasol - chroniły przed deszczem, ale zasłaniały niebo.
Następnego dnia zeszłam z dwustu złotymi w kopercie i trzema kocami, które leżały w szafie od lat - dwa polarowe, jeden wełniany, jeszcze z wyprawki. Zapukałam do mieszkania numer dwanaście. Otworzyła mi kobieta mniej więcej w moim wieku, ze zmęczonymi oczami i farbowanymi na rudy włosami z odrostami.
- Przyniosłam na zbiórkę - powiedziałam.
Lucyna wzięła kopertę i koce, zapisała coś w zeszycie w kratkę, podziękowała. Nie było wzruszeń, nie było łez - była kobieta z listą potrzeb i zeszyt, w którym prowadziła rachunki. To mnie uspokoiło bardziej niż jakiekolwiek zapewnienia. Oszuści nie prowadzą zeszytów w kratkę.
Tygodnie mijały. Październik, listopad. Na cmentarzu Pierwszego Listopada zapaliłam znicz Andrzejowi i rodzicom. Wracając, zobaczyłam blok siedemnaście - z dachem przykrytym folią i rusztowaniami. Prace szły powoli. Na klatce nikt nie wieszał aktualizacji. Zbiórka zniknęła ze ściany, skarbonka też. Pomyślałam, że pewnie Kasia miała rację. Że koce trafiły na Allegro, a dwieście złotych na czyjeś zakupy w Biedronce.
Nie żałowałam. Ale czułam to dziwne ukłucie - nie złości, nie zawodu - raczej zmęczenia własną naiwnością. „Bożena, ty się nigdy nie nauczysz" - powiedziałby Andrzej. Albo nie. Andrzej pewnie dałby pięćset i nawet by się tym nie chwalił.
Grudzień przyszedł z mrozem i zapachem mandarynek na klatce schodowej. W sobotę przed świętami ktoś zadzwonił do drzwi. Nie domofon - do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam ją. Drobna, siwa kobieta w za dużym zimowym płaszczu. Trzymała plastikową tackę owiniętą folią aluminiową.
- Dzień dobry. Pani Bożena, prawda? Jestem Wanda Krawczyk. Z siedemnastki, z ostatniego piętra. Lucyna mi powiedziała, kto dał koce.
Stałam w drzwiach w kapciach i swetrze po Andrzeju, który nigdy nie trafił do worka z ubraniami do oddania.
- Proszę, to od tych, co pamiętają - powiedziała pani Wanda i podała mi tackę.
Pod folią leżały pierniki. Małe, krzywe, nierówno polane lukrem - takie, jakie robi się w kuchni, nie w cukierni. Pachniały cynamonem, imbirem i czymś jeszcze - czymś, co rozpoznałam dopiero potem, kiedy siedziałam sama przy stole i jadłam je po jednym, powoli. Pachniały domem. Nie moim. Domem, który ktoś próbuje odbudować.
Pani Wanda opowiedziała mi, stojąc w progu - bo nie chciała wejść, bo „nie będę przeszkadzać" - że dostała tymczasowe mieszkanie z gminy. Że jej córka przyjechała z Gdańska i pomogła złożyć papiery do ubezpieczyciela. Że koce - moje koce - miał jej wnuk Olek, bo w zastępczym mieszkaniu kaloryfery grzeją słabo. Mówiła szybko, jakby chciała mi udowodnić, że nic nie poszło na marne.
Nie musiała.
Zadzwoniłam do Kasi wieczorem. Opowiedziałam o piernikach. W słuchawce była cisza, a potem córka powiedziała:
- No dobrze, mamo. Ale miałaś szczęście. Następnym razem może nie trafisz na uczciwych ludzi.
I miała rację. Mogłam nie trafić. Dwieście złotych mogło zniknąć, a koce wylądować w kontenerze. Lucyna mogła być oszustką. Pani Wanda mogła nie istnieć. Świat mógł być dokładnie taki, jaki opisywała Renata - pełen ludzi, którzy wykorzystują.
Ale wtedy siedziałam w kuchni z piernikiem w ręku i myślałam o Andrzeju. O tym, jak dwadzieścia lat temu oddał swój kombinezon narciarski przypadkowemu facetowi na parkingu pod Zakopanem, bo tamtemu skradziono bagaż. Wróciłam wtedy do auta wściekła. „Po co mu oddałeś? Nawet go nie znasz!" A Andrzej wzruszył ramionami: „No właśnie dlatego".
Nigdy nie zrozumiałam, co miał na myśli. Może teraz zaczynam.
Renata dzwoni co tydzień. Kasia co drugi dzień. Obie mnie kochają. Obie uważają, że jestem naiwna. I pewnie mają trochę racji - bo naiwność to nie jest coś, z czego się wyrasta. To coś, na co się decyduje. Za każdym razem od nowa, wrzucając kopertę do cudzej skarbonki, nie wiedząc, co z tego wyniknie.
Na parapecie w kuchni stoi pusta tacka po piernikach pani Wandy. Powinnam ją oddać. Umyłam ją, wytarłam, owinęłam w czystą ścierkę. Mogłabym zanieść jutro. Mogłabym przy okazji zapytać, czy Olek ciągle potrzebuje koców, bo znalazłam jeszcze jeden na antresoli.
Albo mogłabym posłuchać Kasi i nie angażować się. Nie pukać do obcych drzwi. Nie dawać rzeczy ludziom, których nie znam.
Tacka stoi na parapecie trzeci dzień. Cynamonem pachnie już tylko wspomnienie.