Wnuk poszedł do prywatnego przedszkola i przestałam być potrzebna - synowa napisała, że „teraz mają wszystko zorganizowane". Dzwonią tylko wtedy, kiedy mały ma gorączkę i nie mogą go tam zaprowadzić. W tym miesiącu dzwonili dwa razy, oba razy z gorączką.
Za drugim razem stałam już w butach przy drzwiach, zanim Tomek skończył mówić. Telefon włożyłam do kieszeni, torebkę złapałam z wieszaka i zbiegłam na dół po schodach, bo winda w naszym bloku na Gocławiu znów się zacięła. Dopiero w autobusie zorientowałam się, że nie wzięłam lekarstw na ciśnienie.
Kubuś miał trzydzieści osiem i trzy. Leżał na kanapie pod kocem z dinozaurami, z noskiem czerwonym jak truskawka, i kiedy mnie zobaczył, wyciągnął ręce. „Babciu, poczytaj mi o koparce." Nie o mamie pytał, nie o tacie. O koparce. Taką mamy z nim książkę, kupioną na Alejach Jerozolimskich w antykwariacie - trochę już podklejaną taśmą, ale Kubuś nie chce innej.
Synowa - Paulina - stała w przedpokoju już ubrana, z laptopem pod pachą. „Dzięki, mamo, muszę lecieć, mam prezentację o trzeciej. Syrop malinowy jest w lodówce, paracetamol dałam o dwunastej, następną dawkę najwcześniej o szóstej." Wyrecytowała to jednym tchem, jakby odczytywała instrukcję obsługi pralki. Pocałowała Kubusia w czoło, mnie kiwnęła głową i zniknęła za drzwiami. Nawet się nie obejrzała.
Usiadłam na brzegu kanapy, pogłaskałam wnuka po spoconej główce i pomyślałam: dwa lata temu byłam tu codziennie. Codziennie od siódmej rano do piątej po południu. Kubuś chodził jeszcze w pieluszce, a ja znałam każdy jego gest, każdy grymas przed płaczem, każdą ulubioną piosenkę. Robiłam mu klopsiki z indyka, bo innych nie jadł. Uczyłam kolorów na klockach. Czytałam o tej koparce tyle razy, że mogłabym ją wyrecytować od tyłu.
A potem, we wrześniu, przyszedł ten SMS od Pauliny. Pamiętam każde słowo, bo przeczytałam go chyba dwadzieścia razy: „Mamo, od poniedziałku Kubuś idzie do Tęczowej Krainy, prywatne przedszkole na Saskiej Kępie. Teraz mamy wszystko zorganizowane. Dzięki za pomoc!"
Dzięki za pomoc. Z wykrzyknikiem. Jakby zamykała wątek w mailu służbowym.
Nie zadzwoniłam tego dnia do Tomka. Nie chciałam płakać w słuchawkę i być tą matką - wiecie, tą, co się wtrąca, co robi synowi wyrzuty, co nie umie puścić. Wiedziałam, że Paulina ma prawo decydować o swoim dziecku. Wiedziałam to głową. Ale brzuch - brzuch wiedział co innego.
Mój mąż Ryszard, Boże świeć nad jego duszą, umarł sześć lat temu na zawał. Pięćdziesiąt osiem lat miał. Od tego czasu żyłam właściwie dla dwóch rzeczy: dla emerytury, którą wydawałam głównie na leki, i dla Kubusia. Kiedy Tomek zadzwonił w grudniu dwa lata temu i powiedział, że Paulina jest w ciąży, poczułam, jakby ktoś otworzył okno w zaduszonym pokoju.
Byłam księgową w firmie budowlanej przez dwadzieścia sześć lat. Trzy lata temu poszłam na emeryturę. Mieszkanie na Gocławiu, dwa pokoje z kuchnią, blok z wielkiej płyty - pustawe bez Ryszarda, pustawe bez sensu. A tu nagle - Kubuś. Malutki, pomarszczony, pachnący jak nic na świecie. I potrzebujący mnie.
Paulina na początku była wdzięczna. Naprawdę. Przynosiła mi czasem ciasto z tej cukierni na Francuskiej, pytała o zdrowie, raz nawet zaproponowała, żebym pojechała z nimi nad morze do Łeby. Nie pojechałam, bo akurat miałam wizytę u kardiologa, ale sam fakt, że zapytała - to dużo dla mnie znaczyło.
Nie wiem, kiedy się zaczęło zmieniać. Może kiedy Paulina dostała awans i zaczęła więcej zarabiać. Może kiedy jej matka - pani Krystyna z Piaseczna - zasugerowała, że Kubuś „powinien się socjalizować z rówieśnikami, a nie siedzieć cały dzień z babcią". Tomek mi to powtórzył niechcący, przy niedzielnym obiedzie, a potem się zaczerwienił i zmienił temat. Ale ja usłyszałam. Usłyszałam każde słowo.
„Siedzieć z babcią." Jakbym była meblościanką. Jakbym nie uczyła tego dziecka liczyć do dziesięciu, nie pokazywała mu, jak rosną pomidory na mojej działce na ROD-zie przy Wale Miedzeszyńskim, nie tłumaczyła cierpliwie, że mrówki nie gryzą, tylko się bronią.
Po tym SMS-ie od Pauliny zadzwoniłam dopiero po trzech dniach. Do Tomka, nie do niej. „Synku, a ja to co teraz?" - zapytałam i od razu pożałowałam, bo w słuchawce zapadła ta specyficzna cisza, którą znam od lat. Cisza, która oznacza, że syn szuka słów, żeby mnie nie zranić, ale jednocześnie nie podpaść żonie.
„Mamo, przecież nic się nie zmienia. Będziesz go widywać w weekendy. A jak zachoruje, to do ciebie pierwszych dzwonimy."
Jak zachoruje. Czyli jestem planem awaryjnym. Rezerwą z ławki, jak mówił Ryszard, kiedy oglądał mecze.
Weekendy - tak, weekendy się zdarzały. Na początku prawie co tydzień. Potem co dwa. Potem „mamo, ten weekend jedziemy do Piaseczna do rodziców Pauliny". Potem „mamo, Kubuś ma urodzinki w przedszkolu, wie pani, cała organizacja". Pani. Synowa raz powiedziała do mnie „pani" przez telefon i chyba nawet nie zauważyła.
Nie jestem głupia. Wiem, że ludzie mają swoje życie. Wiem, że synowa nie musi mnie kochać. Wiem, że przedszkole to dobre miejsce dla dziecka - nauka, rówieśnicy, pani logopeda. Wszystko wiem. Ale kiedy siedzę wieczorem w kuchni i piję herbatę z cytryną, i patrzę na lodówkę, na której magnesem przyczepiony jest rysunek Kubusia - jakiś niebieski kształt, który on nazywa „babcia na rowerze" - to nie potrafię się z tym pogodzić.
Dziś, po tym drugim telefonie w tym miesiącu, kiedy Kubuś zasnął z głową na moich kolanach, a ja głaskałam go po włoskach i słuchałam, jak chrapie przez zatkany nosek, zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Wzięłam telefon i napisałam do Pauliny. Nie SMS, tylko na tym ich komunikatorze, którego mnie nauczył Tomek.
„Paulina, chciałabym zabierać Kubusia w środy po przedszkolu. Mogę go odebrać o 15 i przyprowadzić wam do 19. Będziemy chodzić na działkę albo do parku. Proszę, pomyśl o tym."
Długo nie odpowiadała. Kubuś zdążył się obudzić, wypić pół kubka bulionu i znowu zasnąć. Tomek wrócił z pracy o siódmej, podziękował mi w drzwiach, wcisnął mi do ręki słoik miodu - „mamo, to od kolegi z firmy, akacjowy" - i zamknął drzwi.
Odpowiedź przyszła, kiedy jechałam autobusem do domu. Dwa słowa i emoji, którego nie do końca umiem odczytać. „Pomyślimy, mamo" i ta żółta buźka, która chyba się uśmiecha, ale może też nie.
Wysiadłam na swoim przystanku, weszłam po schodach na trzecie piętro, otworzyłam drzwi do pustego mieszkania. Na wieszaku wisiała jeszcze kurteczka Kubusia, ta zielona z kapturem, którą zostawił u mnie w zeszłym roku. Za mała na niego, ale nie potrafię jej odnieść.
Postawiłam wodę na herbatę i pomyślałam, że „pomyślimy" to może znaczyć tak, a może nie. Że mogę czekać na tę środę albo mogę się jej nigdy nie doczekać. I że najbardziej boli nie to, że jestem potrzebna tylko przy gorączce - ale to, że przy gorączce jestem potrzebna natychmiast, bez pytania, bez wahania. Jakby ta miłość, którą wkładam w to dziecko, liczyła się tylko wtedy, kiedy nikt inny nie ma czasu.
Kurteczka wisi na wieszaku. Czajnik zaczął gwizdać. Nie wiem, co odpiszą.