Kiedy córka mieszkała klatkę obok, internet szedł z mojego abonamentu - „po co dwa, mamo". W maju się wyprowadzili i zabrali router, „bo sprzęt nasz". Mnie została umowa do marca: sześćdziesiąt dziewięć złotych miesięcznie za nic. Wypowiedzenie? Kara: czterysta.

Czterysta złotych. Tyle kosztuje lekcja, którą córka mi dała za darmo.

Zadzwoniłam do operatora dzień po przeprowadzce. Miła pani z infolinii potwierdziła: umowa na czas określony, do marca następnego roku. Rozwiązanie wcześniej - kara umowna. Nie, nie ma znaczenia, że nie mam routera. Nie, nie mogą mi przysłać nowego za darmo. Mogę dokupić - sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych. Odłożyłam słuchawkę i długo patrzyłam na ścianę, na tapetę w drobne kwiatki, którą Kasia jeszcze jako nastolatka ze mną wybierała w Castoramie. Siedemnaście lat temu. Wydawało mi się wtedy, że takie rzeczy - wspólne zakupy, wspólne obiady, wspólny abonament - to cement, który nie pęka.

Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w zakładzie mięsnym pod Poznaniem. Mąż Andrzej zmarł osiem lat temu - wylew, nagle, w niedzielę po obiedzie. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem na Ratajach i córką Kasią, która wtedy akurat szukała czegoś blisko, bo spodziewała się Olka.

To ja znalazłam im to mieszkanie, klatkę obok. Dosłownie - wychodziłam na korytarz, skręcałam w prawo, cztery kroki i byłam pod ich drzwiami. Kasia z mężem Darkiem i małym Olkiem. Pomagałam z dzieckiem, gotowałam rosół w poniedziałki, odbierałam ze żłobka, potem z przedszkola. Kiedy Olek zaczął szkołę, Kasia powiedziała: „Mamo, weź internet na siebie, po co nam dwa abonamenty, ściana w ścianę mieszkamy, router dobije". Wzięłam. Sześćdziesiąt dziewięć złotych, podpisałam na dwa lata. Logiczne, prawda?

Potem minął rok. Darek dostał awans, Kasia zaczęła mówić o większym mieszkaniu. „Olek potrzebuje swojego pokoju, mamo, sam rozumiesz." Rozumiałam. Oczywiście, że rozumiałam. Każda matka chce, żeby dziecku było lepiej.

W maju pakowali się trzy weekendy z rzędu. Pomagałam - składałam ubrania Olka w pudła, zawijałam talerze w gazetę. W ostatni weekend Darek odłączył router od gniazdka, zwinął kabel i włożył do reklamówki z Biedronki. Stałam w ich pustym już przedpokoju i patrzyłam na to białe urządzenie z antenkami, jak znika w torbie.

- Darek, ale ten router szedł z mojego abonamentu - powiedziałam.

Spojrzał na mnie tym swoim sposobem, jakby tłumaczył coś dziecku.

- Teściowa, ale sprzęt to nasz, kupiony osobno, pamięta pani? Abonament to abonament, a router to router.

Nie pamiętałam. Może miał rację, może nie. W tamtym momencie nie chciałam się kłócić. Kasia stała za nim z Olkiem na ręku, Olek machał mi ręką na pożegnanie, mówił „pa, babciu" i to „pa, babciu" zamknęło mi usta skuteczniej niż jakikolwiek argument.

Dopiero wieczorem, w pustym mieszkaniu, przy herbacie z cytryną, zrozumiałam, co się właściwie stało. Mam umowę. Nie mam routera. Nie mam internetu. Płacę sześćdziesiąt dziewięć złotych miesięcznie za kabel sterczący ze ściany, który prowadzi donikąd.

Zadzwoniłam do Kasi następnego dnia.

- Kasiu, mogłabyś z Darkiem porozmawiać? O tym routerze? Ja nie mam teraz internetu, a płacę co miesiąc...

Cisza. Potem westchnienie, takie charakterystyczne - znałam je od lat, Kasia tak wzdychała, kiedy uważała, że przesadzam.

- Mamo, to naprawdę nie jest nasz problem. Umowę ty podpisałaś. My routera potrzebujemy, bo tu dopiero zakładamy internet, a nie będziemy nowego kupować, skoro mamy swój. Zadzwoń do operatora, na pewno coś wymyślą.

Nie wymyślili. Zadzwoniłam, usłyszałam to, co już wiedziałam. Kara czterysta złotych albo dziesięć miesięcy płacenia po sześćdziesiąt dziewięć. Policzyłam na kartce, ołówkiem, tak jak kiedyś w księgowości: sześćset dziewięćdziesiąt złotych do marca albo czterysta teraz. Wybrałam płacenie. Bo czterysta naraz to moja emerytura na dwa tygodnie z groszami.

Ale nie o pieniądze tu tak naprawdę chodzi. Pieniądze policzyłam, pieniądze jakoś znajdę. Gorzej z tym, czego policzyć się nie da.

W czerwcu Kasia zaprosiła mnie do nowego mieszkania na Winogradach. Ładne, jasne, balkon na południe. Olek miał swój pokój, z tapetą w dinozaury. Router stał na komodzie w salonie, ten sam, z mojego korytarza. Mrugał zielonymi diodami. Jadłam sernik, który Kasia upiekła, piłam kawę i patrzyłam na to urządzenie jak na zdrajcę.

- Wszystko dobrze, mamo? - zapytała Kasia.

- Wszystko dobrze - odpowiedziałam.

Bo co miałam powiedzieć? Że mnie boli? Że czuję się wykorzystana? Że przez pięć lat podawałam im internet, odbierałam dziecko, gotowałam obiady, a kiedy się wyprowadzili, zabrali nawet router i zostawili mnie z rachunkiem? Powiedziałaby, że przesadzam. Że robię z igły widły. Że „to tylko internet, mamo".

Tylko że to nie jest tylko internet.

To jest schemat, który widzę dopiero teraz, po sześćdziesięciu dwóch latach. Kiedy Kasia potrzebowała samochodu na ślub koleżanki - mój fiat. Kiedy potrzebowali kaucji za tamto mieszkanie - moje oszczędności, trzy tysiące, nigdy nie oddane, nigdy nie wspomniane. Kiedy Olek był chory i potrzebował antybiotyku w nocy - moje nogi w klapkach biegły do apteki całodobowej. Wszystko to było naturalne, oczywiste, bo „mamo, jesteś najbliżej", „mamo, dla kogo oszczędzasz", „mamo, przecież rodzina".

Sąsiadka Lucyna z parteru, siedemdziesiąt lat, ostrzejszy język niż nóż do chleba, powiedziała mi kiedyś przy suszarce na pranie: „Bożena, ty dla tej Kasi jesteś jak bankomat. Tyle że bankomat przynajmniej piszczy, jak mu pieniądze się kończą."

Wściekłam się wtedy na Lucynę. Teraz, w lipcu, siedząc w mieszkaniu bez internetu, z rachunkiem za sześćdziesiąt dziewięć złotych na stole, pomyślałam, że Lucyna może nie jest taka złośliwa. Może jest po prostu uczciwa.

We wrześniu Kasia zadzwoniła, żebym w piątek wzięła Olka, bo z Darkiem idą na wesele kolegi. Osiem lat temu powiedziałabym „oczywiście" zanim skończyłaby zdanie. Tym razem zawiesiłam się. Milczałam tak długo, że Kasia powiedziała „halo?".

- Kasiu - zaczęłam i sama nie wiedziałam, co powiem - wezmę Olka. Ale porozmawiajmy o tym abonamencie. Płacę od maja za coś, czego nie mam. Chciałabym, żebyście pokrywali te rachunki do końca umowy. To wasze korzystanie, wasza decyzja o zabraniu routera.

Znów to westchnienie.

- Mamo, czy ty serio chcesz się kłócić o sześćdziesiąt złotych? Po tym wszystkim, co dla ciebie robimy? Darek ci pralkę podłączał w zeszłym miesiącu!

Pralkę podłączał. Dwadzieścia minut. Za sześćset dziewięćdziesiąt złotych to drogi hydraulik.

Nie powiedziałam tego na głos. Wzięłam Olka, zrobiłam mu naleśniki z dżemem truskawkowym, czytałam mu „Pana Tadeusza" dla dzieci, położyłam spać o ósmej. Rano, kiedy Kasia go odbierała, stałam w drzwiach i patrzyłam na swoją córkę - zmęczoną, z resztkami makijażu pod oczami, piękną, moją - i myślałam: czy ja ją tak wychowałam? Czy to ja nauczyłam ją, że mama to jest za darmo?

Jest październik. Dwa dni temu przyszła faktura, sześćdziesiąt dziewięć złotych, szósty miesiąc z rzędu. Do marca zostało pięć. Mogę zapłacić. Mogę się nie kłócić. Mogę dalej odbierać Olka, piec sernik na Wigilię, podawać rękę Darkowi i udawać, że router to był drobiazg.

Albo mogę powiedzieć na głos to, co Lucyna z parteru wie od dawna.

Tylko że wtedy - kto przyjdzie z Olkiem na Dzień Babci?