Wigilię mam „przełożoną": u mnie dwudziestego trzeciego, bo w sam wieczór „wypada być u rodziców Magdy". Trzeci rok łamię się opłatkiem dzień za wcześnie, bez pasterki, przy telewizorze. W tym roku ogłosiłam: u mnie dwudziestego czwartego, o siedemnastej. Kto przyjdzie, ten przyjdzie.

Powiedziałam to Tomkowi przez telefon w środę, trzeciego grudnia. Cisza trwała tak długo, że sprawdziłam, czy się nie rozłączył. W końcu usłyszałam: „Mamo, ale ty wiesz, że Magda ma już wszystko zaplanowane?".

Wiedziałam. Od trzech lat wiedziałam, że Magda ma wszystko zaplanowane. Magda zawsze ma wszystko zaplanowane - i jakoś tak wychodzi, że w tych planach moje mieszkanie na Gocławiu pojawia się jako punkt do odhaczenia, nie jako dom, w którym mój syn spędził trzydzieści dwa Bożych Narodzenia.

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od pięciu jestem wdową. Andrzej odszedł nagle, wylew w warsztacie, między naprawą skrzyni biegów a kawą z termosu. Zostałam z trzypokojowym mieszkaniem, emeryturą po dwudziestu ośmiu latach w księgowości fabryki kabli i jednym synem, który kiedyś dzwonił codziennie, a teraz dzwoni, kiedy Magda mu przypomni.

Nie chcę być niesprawiedliwa. Magda nie jest złą kobietą. Jest po prostu kobietą, która dokładnie wie, czego chce, i nie widzi powodu, żeby ustępować. Ma mocny głos, stanowcze zdania i rodziców w dużym domu w Konstancinie. Dom z ogrodem, garażem, pokojem gościnnym - a u mnie blok, trzecie piętro, winda co drugi dzień nie działa. Rozumiem, dlaczego Tomek tam woli jechać. Ale rozumienie i akceptacja to dwie różne rzeczy.

Pierwszy rok po śmierci Andrzeja Tomek jeszcze przyjechał na Wigilię sam, bez Magdy - ona poleciała do swoich. Siedzieliśmy we dwójkę przy stole, na którym stało dwanaście potraw, bo nie umiałam inaczej. Tomek jadł barszcz i mówił, że będzie dobrze, że musi się tylko poukładać. Łamaliśmy się opłatkiem i oboje płakaliśmy, bo pusty fotel Andrzeja przy stole krzyczał głośniej niż kolędy z radia.

Drugi rok Magda powiedziała, że „trzeba zacząć budować wspólne tradycje". Tomek zadzwonił w połowie grudnia z propozycją: dwudziesty trzeci u mnie, dwudziesty czwarty u jej rodziców. „Tak będzie sprawiedliwie, mamo." Sprawiedliwie. Jakby Wigilia była czymś, co można podzielić na pół jak sernik.

Zgodziłam się, bo co miałam zrobić? Pokłócić się? Powiedzieć: ja albo oni? Andrzej zawsze powtarzał, żebym nie robiła synowi wyrzutów, że przyjdzie czas, kiedy sam zrozumie. Ale Andrzeja już nie było, a ja stałam w kuchni dwudziestego trzeciego, robiąc barszcz na dzień za wcześnie, i czułam się jak aktorka w próbie generalnej, po której nigdy nie będzie premiery.

Bo czym jest Wigilia dwudziestego trzeciego? Karpiem bez pasterki. Opłatkiem bez gwiazdy na niebie. Kolędami, które brzmią jak piosenki z odtwarzacza, nie jak modlitwa. Siadaliśmy z Tomkiem do stołu o szesnastej, żeby zdążył wrócić do Warszawy i rano pojechać do Konstancina. Puste krzesło Andrzeja dalej stało. Teraz doszło drugie puste - Magdy, która „nie chciała się narzucać".

Trzeci rok był najgorszy. Tomek przyjechał spóźniony, z telefonem przyklejonym do ucha. Magda dzwoniła trzy razy podczas kolacji, pytając, o której wyjedzie. Gdy łamaliśmy się opłatkiem, syn trzymał mnie jedną ręką, a drugą pisał SMS-a. Zjadł talerz barszczu, kawałek karpia, powiedział „mamo, jest pyszne", i o dziewiętnastej już zakładał kurtkę.

Stałam w przedpokoju, z resztkami opłatka w dłoni, i patrzyłam, jak zapina buty. Powiedział: „Następnym razem posiedzę dłużej, obiecuję". Zamknęły się drzwi. Wróciłam do kuchni, dwanaście potraw ledwo tknięte, i usiadłam przed telewizorem. Leciał jakiś film świąteczny, szczęśliwa rodzina, wielki stół, śnieg za oknem. Wyłączyłam pilota i siedziałam w ciemności, słuchając, jak sąsiadka z góry śpiewa „Bóg się rodzi" z wnukami.

Tamtej nocy podjęłam decyzję. Nie od razu - najpierw przeszłam przez złość, potem przez żal, potem przez etap, w którym obwiniałam siebie. Może powinnam być bardziej wylewna? Może moje mieszkanie jest za małe, za ciasne, za smutne bez Andrzeja? Może Magda ma rację, że jej dom jest wygodniejszy, że tam jest ogród, że tam dziecko - bo Magda jest w ciąży, o czym Tomek poinformował mnie SMS-em w styczniu, przepraszam, SMS-em - będzie miało więcej miejsca?

Ale potem przyszła Wielkanoc i znów usłyszałam: „Mamo, a może u ciebie w sobotę, a w niedzielę u rodziców Magdy?". I coś we mnie pękło. Cicho, bez trzasku, jak nitka w swetrze, którego nie naprawisz, bo dziura rozchodzi się szybciej, niż zdążysz łatać.

Zadzwoniłam do Bożeny, koleżanki z dawnej pracy. Opowiedziałam jej wszystko. Bożena słuchała, piła herbatę - słyszałam łyżeczkę o szklankę - i na końcu powiedziała jedno zdanie: „Krysia, a ty go kiedyś wprost zapytałaś, czemu tak robi?".

Nie zapytałam. Nigdy nie zapytałam. Bo bałam się odpowiedzi.

Przez lato myślałam. Chodziłam na działkę, podlewałam pomidory Andrzeja, siadałam na ławce pod jabłonią i rozmawiałam z nim w myślach. „Andrzej, co bym mu powiedziała? Że mi przykro? Że jestem samotna? Że czuję się jak dodatkowe danie, które trzeba zjeść, zanim przejdzie się do głównego stołu?". Andrzej by pewnie powiedział: „Powiedz mu prawdę, Kryśka. Gorzej nie będzie".

Trzeciego grudnia zadzwoniłam. Tomek zaczął jak zwykle: „Mamo, to jak, dwudziestego trzeciego? Magda mówi, że moglibyśmy przyjechać koło piętnastej i…". Przerwałam mu. Głos mi się trząsł, ale powiedziałam: „Tomek, w tym roku Wigilia u mnie jest dwudziestego czwartego. O siedemnastej. Jak zawsze było. Kto przyjdzie, ten przyjdzie".

„Ale mamo…"

„Nie kończę" - powiedziałam, choć serce waliło mi jak młotem. „Nie proszę cię, żebyś wybierał. Nie proszę, żebyś się kłócił z Magdą. Mówię ci tylko, kiedy u mnie jest Wigilia. Bo to jest mój dom i to jest mój wieczór. I albo przy tym stole siądzie mój syn, albo będzie puste krzesło. Ale to krzesło będzie stało dwudziestego czwartego, nie trzeciego."

Tomek milczał. Słyszałam w tle telewizor, jakieś dziecięce reklamy. W końcu powiedział cicho: „Porozmawiam z Magdą".

„Porozmawiaj" - odpowiedziałam i się rozłączyłam.

Minęły trzy tygodnie. Grudzień szedł swoim rytmem - kupiłam karpia, zrobiłam kutię, ulepałam uszka jak co roku, tylko mniej, bo ręce już nie te. Na stole położyłam siano pod obrus, wyciągnęłam serwis po mamie, ten z niebieskim wzorkiem. Postawiłam pięć nakryć: dla mnie, dla Tomka, dla Magdy, jedno dla Andrzeja i jedno wolne - dla kogokolwiek, kto zapuka.

Dwudziestego czwartego o szesnastej trzydzieści stałam przy oknie. Na osiedlu zapaliły się lampki na balkonie sąsiadów. Na dole ktoś niósł choinkę - za późno, ale co kto lubi. Pachniało barszczem i grzybami. Za ścianą sąsiadka znów zbierała wnuki do kolęd.

O szesnastej pięćdziesiąt pięć zadzwonił domofon. Nie spojrzałam na ekran. Nacisnęłam guzik.

Usłyszałam kroki na klatce schodowej. Jedne czy dwoje - nie byłam pewna. Serce mi biło tak mocno, że musiałam oprzeć się o framugę.

Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Tomka. Stał z torbą w jednej ręce, w drugiej trzymał butelkę wina, a za nim - ale nie, nie będę tego opowiadać tak, jak chciałabym, żeby było. Opowiem, jak było naprawdę.

Za nim nie stała Magda. Za nim była pusta klatka schodowa, pachwiowy zapach farby i światło jarzeniówki na piętrze. Syn patrzył na mnie i wyglądał, jakby właśnie zrobił coś, czego jeszcze nie do końca rozumie.

- Magda pojechała do Konstancina - powiedział. - Jest na mnie wściekła.

- Wejdź - odpowiedziałam.

Usiedliśmy przy stole. Zapaliliśmy świeczkę. Wyciągnęłam opłatek. Tomek wziął go oburącz, jak kiedyś, gdy był mały, i złamał. Połowę dał mi. Pochylił głowę i powiedział bardzo cicho: „Przepraszam, mamo. Za te trzy lata".

Nie odpowiedziałam. Przyciągnęłam go do siebie i trzymałam długo, dłużej niż wypadało, a barszcz na kuchence znów kipiał.

Nie wiem, co będzie jutro. Nie wiem, jak Magda zareaguje, czy Tomek nie wycofa się pod jej naciskiem, czy za rok znów nie usłyszę o „sprawiedliwym podziale" świąt. Nie wiem nawet, czy dobrze zrobiłam, stawiając warunek, który mógł rozłożyć mu małżeństwo. Może powinnam była znów ustąpić. Może matkę stać na nieskończone ustępstwa.

Ale tej nocy, po raz pierwszy od trzech lat, poszłam na pasterkę. Tomek szedł obok mnie przez osiedle, śnieg prószył, a z otwartych okien leciały kolędy. I choć wiedziałam, że rano zacznie się trudna rozmowa z Magdą, z jej rodzicami, ze światem, w którym każdy ciągnie w swoją stronę - tej jednej nocy miałam Wigilię we właściwym dniu.

Czasem się zastanawiam, czy miłość matki to jest coś, na co trzeba zasłużyć terminarzem. I czy postawienie granicy to odwaga, czy egoizm. Odpowiedzi nie znam do dziś.