Córka przyszła w sobotę z „koleżanką z pracy". Koleżanka obeszła pokoje, zajrzała do łazienki, pytała o czynsz i czy piwnica sucha. W przedpokoju szepnęła do córki: „po odświeżeniu spokojnie pójdzie za tysiąc osiemset".
Stałam trzy metry dalej, w kuchni, z czajnikiem w ręku. Słyszałam każde słowo. Koleżanka miała głos pewny i rzeczowy, taki, jakim się mówi o metrażu, nie o czyimś domu. „Po odświeżeniu" - jakby to mieszkanie było starą szafą do wystawienia na Allegro.
Nie odezwałam się. Zalałam herbatę, postawiłam na tacy dwa kubki i talerzyk z sernikiem. Wyszłam do salonu z uśmiechem. Koleżanka - Paulina czy Patrycja, nie zapamiętałam - chwyciła kubek i powiedziała: „O, jaki ładny widok z okna". Moja córka Renata unikała mojego wzroku.
Wiedziałam już wtedy, że ta kobieta nie jest żadną koleżanką z pracy. To była agentka nieruchomości. A moja córka przyszła wycenić mieszkanie, w którym mieszkam od trzydziestu czterech lat.
To trzypokojowe na Ochocie, czwarte piętro, z windą. Przeprowadziliśmy się tu z Andrzejem w osiemdziesiątym dziewiątym, kiedy Renata miała rok, a ja właśnie zaczynałam pracę w księgowości w fabryce kabli na Kamionku. Andrzej pracował wtedy jako elektryk w spółdzielni. Wykombinował to mieszkanie przez znajomego. Sześćdziesiąt dwa metry, balkon na południe, ciepłe nawet w styczniu. Nasz mały cud.
Andrzej odszedł sześć lat temu. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Renata miała wtedy trzydzieści lat, mieszkała już ze swoim Tomkiem w nowym bloku na Białołęce, spłacali kredyt. Zostałam sama. To nic nadzwyczajnego - pół osiedla to samotne kobiety po sześćdziesiątce, spotykamy się na ławce, na cmentarzu, w Biedronce. Życie toczy się dalej.
Ale po tej sobotniej wizycie coś we mnie pękło. Nie dramatycznie, nie z trzaskiem. Cicho, jak pękają stare rury gdzieś w ścianie - nie widać, ale wilgoć powoli rozlewa się po tynku.
W niedzielę zadzwoniłam do Renaty. Myślałam, że powie mi wprost. Że powie: „Mamo, posłuchaj, mam pomysł" albo nawet: „Mamo, potrzebuję pieniędzy". Ale ona rozmawiała jakby nigdy nic. Pytała, czy wzięłam leki na ciśnienie. Czy oglądam ten nowy serial na Jedynce. Czy chcę, żeby przywiozła mi jarmuż z Makro, bo teraz jest w promocji.
Ani słowa o koleżance. Ani słowa o mieszkaniu.
- Renata - powiedziałam w końcu - ta twoja koleżanka, ta Paulina, to miła dziewczyna.
Cisza. Słyszałam, jak Tomek w tle mówi coś do ich syna Kuby.
- Patrycja - poprawiła mnie córka. - Tak, fajna jest. Pracujemy razem w dziale.
- W jakim dziale? - zapytałam, choć znałam odpowiedź.
- No, w marketingu, mamo. Mówiłam ci.
Nie drążyłam. Odłożyłam słuchawkę i usiadłam w fotelu Andrzeja, tym bordowym, który on kochał, a ja zawsze uważałam za brzydki. Teraz nie potrafiłam się z niego ruszyć.
Tydzień później Renata przyjechała sama. Przywiozła jarmuż i dwa słoiki dżemu truskawkowego od Tomkowej matki. Usiadła przy kuchennym stole, patrzyła, jak kroję chleb.
- Mamo, mogę cię o coś zapytać?
- Możesz.
- Nie myślałaś nigdy, żeby się przeprowadzić? To mieszkanie jest za duże dla jednej osoby. Trzy pokoje. Ile ty właściwie płacisz czynszu?
Nóż zatrzymał się w połowie kromki.
- Tysiąc sto czterdzieści - odpowiedziałam. - A ty wiesz, ile płacę, bo pytałaś w zeszłym roku.
Renata spuściła wzrok na dżem.
- Bo Tomek stracił zlecenia, mamo. Dwa duże kontrakty padły. Mamy ratę trzy tysiące sześćset, a ja na tym marketingu dostaję cztery i pół. Nie wyrabiamy się. Kuba idzie do pierwszej klasy we wrześniu, potrzebuje plecaka, mundurka, tych wszystkich zeszytów…
Słuchałam. Oczywiście, że słuchałam. Znam ten ton - taki sam miała, kiedy w liceum przychodziła po pieniądze na wyjazd klasowy. Lekko błagalny, lekko zawstydzony, ale z kalkulacją w oczach. Moja córka odziedziczyła po Andrzeju zdolności techniczne, a po mnie głowę do cyfr.
- Renata, o czym ty właściwie mówisz? - zapytałam spokojnie.
- Gdybyś się przeniosła do czegoś mniejszego… Kawalerka, mamo, albo dwa pokoiki na Ursusie, byłoby taniej, a te pieniądze ze sprzedaży… Ja bym ci oddała, mamo, każdą złotówkę, jak tylko Tomek stanie na nogi.
Odłożyłam nóż. Wytarłam ręce w ścierkę. Usiadłam naprzeciwko niej.
- Znaczy chcesz, żebym sprzedała mieszkanie, w którym umarł twój ojciec, żebyście mogli spłacić kredyt za swoje?
- Mamo, to nie tak…
- A ta Patrycja to agentka nieruchomości, prawda?
Renata poczerwieniała. Nie od wstydu - od złości. Poznałam tę czerwień. Widziałam ją, kiedy miała czternaście lat i nakryłam ją z papierosem na balkonie.
- Tak, jest agentką. Chciałam tylko wiedzieć, ile to mieszkanie jest warte, zanim w ogóle zacznę rozmowę. Żeby mieć konkrety, a nie gadać w próżnię.- Konkrety miałaś mieć beze mnie?
- Bo wiedziałam, że zareagujesz dokładnie tak!
Krzyczałyśmy obie. Potem siedziałyśmy w ciszy. Czajnik ostygł. Dżem stał nieotwarty.
Renata wyszła pierwsza. W drzwiach odwróciła się i powiedziała cicho:
- Mamo, ja nie chcę ci niczego zabierać. Ale Kuba nie ma gdzie odrabiać lekcji, bo w jego pokoju jest mój komputer do pracy. Tomek nie śpi po nocach. Ja biorę nadgodziny i i tak nie starcza. Nie wiem, co robić. Pomyślałam, że ty może… - urwała.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Patrzyłam na przedpokój - wieszak z kurtką Andrzeja, którą wciąż tam trzymam, półkę z butami, z których połowa jest do wyrzucenia, lustro, w którym widziałam kobietę z siwymi włosami i podkrążonymi oczami.
Sześćdziesiąt dwa lata. Trzy pokoje. Jedna osoba.
Tysiąc osiemset - tyle by ktoś płacił za moje trzydzieści cztery lata. Za bordowy fotel. Za ślad po framudze, którą Andrzej wymieniał sam, przeklinając pod nosem. Za balkon, na którym hodowałam pelargonie i piłam kawę, patrząc na dach szkoły Renaty.
Przez następne dni chodziłam po pokojach jak po muzeum. Dotykałam ścian, liczyłam kroki od kuchni do łazienki, wdychałam zapach, który pewnie tylko ja potrafiłam rozpoznać - mieszankę starego drewna, kawy i czegoś, co zostaje po człowieku, gdy go już nie ma.
W piątek otworzyłam szufladę w komodzie. Pod rachunkami za prąd leżał zeszyt, w którym Andrzej zapisywał wydatki - jeszcze ołówkiem, jeszcze w starych złotych. Na ostatniej stronie, już drżącym pismem z czasów choroby, jedno zdanie: „Mieszkanie przepisać na Renatę, jak będzie trzeba".
Wiedział. Wiedział, że kiedyś przyjdzie taki moment.
Podniosłam słuchawkę. Wybrałam numer córki. Czekałam na trzeci sygnał, jak zawsze - bo Renata nigdy nie odbiera od razu.
- Mamo?
- Przyjedź w sobotę - powiedziałam. - Sama, bez Patrycji. Musimy porozmawiać.
Nie powiedziałam, o czym. Sama jeszcze nie wiedziałam, co jej powiem. Czy pokażę zeszyt Andrzeja, czy schowam go z powrotem pod rachunki. Czy powiem „biorę się za pakowanie", czy „to mój dom i tu umrę". Położyłam słuchawkę i usiadłam w bordowym fotelu.
Za oknem kwitły kasztany. Pelargonie na balkonie potrzebowały podlania.