Syn nie odzywał się pięć lat - poszło o działkę. W czwartek stanął w drzwiach z walizką: „Beata mnie wyrzuciła". Wpuściłam, pościeliłam w jego dawnym pokoju. Nie zapytał, jak przeżyłam te lata - ja zapytam, jutro.
Ale jutro przyszło i minęło. I kolejne jutro. I jeszcze jedno. Grzegorz siedzi u siebie w pokoju - wciąż mówię „u siebie", choć dawno przestał tu mieszkać - je śniadania, które mu robię, i ogląda coś na telefonie. Czasem kichnie i wtedy słyszę, że żyje. A ja czekam na moment, który wciąż nie nadchodzi.
Mam na imię Krystyna, chociaż to akurat nieważne. Ważne jest to, co czuję, stojąc nad garnkiem zupy pomidorowej, którą on zjada bez słowa, bo wie, że to jego ulubiona, ale nie powie „dziękuję" ani „pamiętasz, że lubiłem gęstszą". Sześćdziesiąt trzy lata. Czterdzieści lat na poczcie w Poznaniu, teraz trzeci rok na emeryturze. Duże mieszkanie na Ratajach - trzy pokoje, za duże dla jednej osoby, ale za małe, żeby zmieścić pięć lat milczenia i jednego dorosłego syna, który wrócił jak mokry kot.
Ta działka. Boże, ta przeklęta działka na ROD-zie przy Strzeszyńskiej. Dwieście metrów kwadratowych, altanka, którą Henryk - mój mąż, niech odpoczywa - stawiał przez trzy weekendy, i grządki, na których rosły pomidory malinowe takie, że sąsiedzi prosili o nasiona. Henryk umarł siedem lat temu. Zawał, na tej samej działce, przy tych pomidorach. Pogotowie przyjechało za dwadzieścia minut. Za szesnaście minut za dużo.
Grzegorz chciał działkę sprzedać. Ja nie chciałam. I tyle.
Znaczy - to nie było „tyle". To było dużo więcej. Były słowa, których nie powinien był mówić. „Trzymasz się tego skrawka ziemi jak pomnika dla ojca, a on by ci powiedział: sprzedaj i jedź do sanatorium". Może i by powiedział. Ale to ja miałam zdecydować, nie Grzegorz. Nie Grzegorz, który przyjeżdżał na działkę raz do roku i zawsze narzekał na komary.
A potem weszła w to Beata. Synowa. Kiedyś lubiłam ją bardzo - pracowita, konkretna, księgowa w firmie budowlanej. Ale to ona zaczęła liczyć. Że działka warta sześćdziesiąt tysięcy. Że za te pieniądze mogliby wymienić samochód. Że ja jestem sentymentalna i nieracjonalna. Grzegorz dzwonił coraz rzadziej. Potem przestał dzwonić w ogóle.
Pamiętam ostatnią rozmowę. Dzień Matki, pięć lat temu. Zadzwonił, złożył życzenia - takie odczytane z kartki, czułam to w głosie. Powiedziałam: „Synku, może wpadniecie w niedzielę? Upiekłam sernik". A on na to: „Mamo, jeśli nie chcesz o działce rozmawiać, to o czym mamy gadać?". Odłożyłam słuchawkę. Nie zadzwoniłam. On też nie.
Pięć lat. Ludzie nie rozumieją, jak to jest. „Ale to twój syn" - mówiła Jola z klatki obok, kiedy wynosiłam śmieci i ona wynosiła śmieci, i było widać, że chce rozmawiać, a ja nie chciałam. „Zadzwoń do niego, odpuść". Jakby to było takie proste. Jakby chodziło o dumę. Nie chodziło o dumę. Chodziło o to, że mój syn powiedział mi, że nie mamy o czym rozmawiać, jeśli nie dam mu pieniędzy. I to bolało bardziej niż cokolwiek.
Przez te pięć lat spędziłam trzy Wigilie sama. Na pierwszą ugotowałam barszcz i uszka, nakryłam dwa talerze - jeden pusty, jak tradycja każe - i płakałam nad pierogami z kapustą. Na drugą pojechałam do kuzynki Danuty pod Gniezno, ale tam taki hałas, że wróciłam jeszcze bardziej samotna. Na trzecią, czwartą i piątą robiłam sobie herbatę z cytryną, włączałam telewizor i udawałam, że to zwykły wieczór.
Działkę w końcu i tak straciłam. Nie sprzedałam - po prostu nie dałam rady. Plecy, kolana, dojazd autobusem. Dwa lata temu zrezygnowałam. Zarząd przydzielił ją komuś innemu. Nie powiedziałam nikomu, bo nie miałam komu powiedzieć. Grzegorzowi na pewno nie - przecież nie mogłam do niego napisać: „Miałeś rację". Nie dlatego, że miał. Dlatego, że nikt nie powinien tak traktować matki, nawet jeśli ma rację.
A w czwartek - zwykły czwartek, byłam w dresie, miałam na kolanach kota Filipa i oglądałam program o ogrodach, ironicznie - zadzwonił domofon. „Mamo, to ja". Trzy sekundy. Tyle mi wystarczyło, żeby wstać, zrzucić kota i nacisnąć guzik. Nawet nie zapytałam, po co przyszedł. Wiedziałam, że otwieram.
Stał na klatce z tą samą walizką, z którą wyjeżdżał na studia dwadzieścia pięć lat temu. Granatowa, z pękniętym zamkiem. Postarzał się - ma czterdzieści dwa lata, ale wyglądał na więcej. Podkrążone oczy, za duża kurtka. Powiedział tylko: „Beata mnie wyrzuciła. Mogę tu zostać parę dni?".
Nie zapytałam o szczegóły. Nie zapytałam, dlaczego wyrzuciła. Nie zapytałam, czy próbował ją przeprosić, czy ma gdzie indziej iść, czy pomyślał, że dzwoni do matki, z którą nie rozmawiał pięć lat. Powiedziałam: „Wejdź. Zrobię ci herbatę".
Pościeliłam mu w dawnym pokoju. Plakat Legii wciąż nad łóżkiem, chociaż dawno wyblakł. Poszedł spać bez kolacji. Ja nie spałam do trzeciej.
To było cztery dni temu. Przez te cztery dni Grzegorz zjadł dwa garnki zupy, jedną patelnię jajecznicy i pół sernika. Powiedział mi łącznie może czterdzieści słów. Głównie: „dzięki, mamo", „nie, niczego nie potrzebuję" i „jest Wi-Fi?". Tak, jest Wi-Fi. Założyłam dwa lata temu, żeby rozmawiać z kuzynką Danutą przez ten cały WhatsApp.
Nie zapytał, jak przeżyłam te pięć lat. Nie zapytał o moje kolano, o operację, którą miałam w zeszłym roku. Nie zapytał o kota - nie wie nawet, że mam kota. Nie zapytał o działkę. Może się domyśla, że jej nie ma, a może mu to obojętne - teraz, kiedy i tak nie dostanie tych pieniędzy.
Jola z klatki widziała go na schodach i potem zapukała do mnie: „O, Grzegorz wrócił? No to dobrze, w końcu!". Uśmiechnęłam się. Nie powiedziałam, że wcale nie wiem, czy to dobrze. Nie powiedziałam, że leżę nocami i myślę: on nie wrócił do matki. On wrócił do mieszkania, w którym jest darmowy pokój.
A może jestem niesprawiedliwa. Może on po prostu nie umie. Henryk też nie umiał. Dwadzieścia osiem lat małżeństwa i ani razu nie powiedział „przepraszam" - nie dlatego, że był złym człowiekiem, tylko dlatego, że w jego rodzinie tego słowa nie używano. Może Grzegorz jest taki sam. Może to cisza jest jego sposobem na powiedzenie: jestem tutaj, potrzebuję cię.
Albo może po prostu nie ma gdzie pójść.
Obiecałam sobie, że zapytam. Jutro. Usiądę naprzeciwko niego przy kuchennym stole, naleję herbaty do tych kubków w kwiatki, które pamięta z dzieciństwa, i powiem: „Grzegorz, porozmawiajmy. Nie o działce. O nas. O tych pięciu latach. O tym, czy ty wróciłeś do mnie, czy tylko pod mój dach".
Ale teraz jest noc, Filip mruczy mi na kolanach, a z pokoju syna słychać ciszę. I ja nie wiem, czy jutro rzeczywiście zapytam. Bo jeśli usłyszę złą odpowiedź - to co wtedy? Znowu zostanę sama, tylko że tym razem będę wiedzieć na pewno.
A dopóki nie pytam, mogę jeszcze udawać, że syn wrócił do domu.