Pierwszy raz od śmierci Stefana nie robię Wigilii. Wykupiłam pokój w pensjonacie w Wiśle - z kolacją wigilijną, opłatkiem i kolędami przy kominku. Córka złapała się za głowę: „mamo, co ludzie powiedzą?". Zadatek już wpłaciłam.
Trzysta pięćdziesiąt złotych. Tyle kosztował zadatek za trzy doby w pensjonacie „Pod Jodłą" - z kolacją wigilijną w cenie. Kiedy wpisywałam numer konta w przelewie, palce mi się trzęsły, ale nie ze strachu. Z ulgi. Po raz pierwszy od czterdziestu lat nie musiałam się zastanawiać, czy kupić karpia na sucho, czy w galarecie, i czy barszcz będzie z uszkami, czy z paszteczikami - bo Stefan wolał pasztecikami, a Marta uszkami, i co roku robiłam i jedno, i drugie.
Stefan odszedł w marcu. Rak trzustki - trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Szybko, jak mówili lekarze. Jakby to było pocieszenie. Czterdzieści jeden lat małżeństwa i trzy miesiące na pożegnanie. Nawet nie zdążyłam się z nim porządnie pokłócić na koniec, a przecież umiałam to robić jak mało kto.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i całe dorosłe życie spędziłam w Bielsku-Białej. Pracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej - dwadzieścia osiem lat przy tych samych fakturach. Stefan był elektrykiem, dorabiał po godzinach, bo z jednej pensji nie było lekko. Mamy córkę Martę - trzydzieści osiem lat, mieszka w Katowicach z mężem Darkiem i dwójką dzieci. I to właśnie Marta zadzwoniła do mnie w ubiegłą środę, żeby ustalić menu wigilijne.
- Mamo, to w tym roku u ciebie czy u nas? - zapytała tym swoim organizatorskim tonem, jakby planowała zebranie rodziców w szkole.
- Nigdzie - odpowiedziałam. - Jadę do Wisły.
Cisza trwała może pięć sekund, ale wystarczyła, żebym usłyszała, jak Marta oddycha nosem. Tak robi, kiedy się powstrzymuje od krzyku. Znam ten oddech od jej czternastego roku życia.
- Do jakiej Wisły? Co ty mówisz?
- Do pensjonatu. Trzy doby, od dwudziestego trzeciego do dwudziestego szóstego. Kolacja wigilijna w cenie, opłatek, kolędy przy kominku. Pokój z widokiem na góry.
- Mamo, co ludzie powiedzą?
I właśnie to zdanie - „co ludzie powiedzą" - trafiło mnie jak kubeł zimnej wody. Bo to było zdanie mojej teściowej. Świętej pamięci Genowefy, która przez czterdzieści lat pilnowała, żeby wszystko wyglądało tak, jak powinno. Żeby barszcz był na stole o osiemnastej zero zero. Żeby sianko pod obrusem. Żeby dwanaście potraw, ani jednej mniej - nawet jak nikt nie tknął tych śledzi w śmietanie i kutii, która w Wigilię pachniała jak mokry cement. I żeby po kolacji wszyscy siedzieli przy stole i udawali, że im dobrze.
Genowefa umarła dwanaście lat temu, ale jej zasady żyły dalej. W Stefanie. W Marcie. We mnie - bo ja je wykonywałam. Przez czterdzieści lat kroiłam, gotowałam, nakrywałam, zmywałam. Siadałam do stołu ostatnia i wstawałam pierwsza. Stefan mówił „pyszny barszcz, Halinko", a potem szedł na kanapę i zasypiał przy telewizji. Marta od kilku lat przyjeżdżała z Darkiem i dziećmi, ale właściwie to siedziała z telefonem i komentowała, że kutia jest za słodka i czemu nie kupię normalnych serwetek zamiast tych papierowych.
Kochałam tę Wigilię. Naprawdę. A może kochałam ideę tej Wigilii - przekonanie, że jeśli barszcz będzie gorący, a opłatek łamany z uśmiechem, to znaczy, że jesteśmy rodziną. Że wszystko jest dobrze.
W marcu, kiedy Stefan leżał w szpitalu, powiedział mi coś, co zapamiętałam. Mówił już cicho, ledwo go słyszałam, pochylona nad łóżkiem. „Halinko, ty nigdy nie robiłaś nic dla siebie. Zrób coś. Obiecaj mi." Obiecałam. Jak się obiecuje umierającemu - z rozpaczą, nie myśląc, co to znaczy.
Potem był pogrzeb. Stypa w domu - sama zrobiłam dwadzieścia pięć porcji bigosu. Potem były sprawy w ZUS-ie, przepisywanie rachunków, wymiana zamka w drzwiach, bo Stefan miał klucz na tym swoim wielkim kółku i jakoś nie umiałam patrzeć na to kółko wiszące na haku w przedpokoju. Potem lato - puste, gorące, bez sensu. Sąsiadka Krysia z drugiego piętra zaciągała mnie na spacery nad Białkę. „Halina, ty musisz chodzić, bo jak staniesz, to cię przyciągnie do ziemi" - powtarzała. Miała rację.
We wrześniu zobaczyłam w gazecie ogłoszenie. „Wigilia w górach - tradycyjna kolacja, ciepła atmosfera, spokój." Pensjonat „Pod Jodłą" w Wiśle. Zdjęcie kominka, choinka, stolik nakryty białym obrusem. I pomyślałam: a gdybym tak usiadła do Wigilii i nie musiała wstawać po barszcz? Gdybym po prostu siedziała, jadła, słuchała kolęd i patrzyła na ogień?
Zadzwoniłam. Pani Bożena, właścicielka, miała taki ciepły, spokojny głos. Powiedziała, że przyjeżdża sporo osób samotnych - wdów, wdowców, ludzi, którzy nie mają do kogo jechać albo nie chcą. „Nikt tu nikogo nie ocenia, proszę pani. Każdy przychodzi ze swoją historią." Zarezerwowałam od razu.
Marta zadzwoniła następnego dnia. I dnia kolejnego. I jeszcze w niedzielę. Każda rozmowa zaczynała się od argumentów, a kończyła na krzykach.
- A dzieci? Zuzia ma osiem lat, pytała, czy babcia zrobi sernik. Co mam jej powiedzieć?
- Powiedz jej, że babcia pojechała odpocząć.
- Odpocząć? Od czego? Od własnej rodziny?
Chciałam powiedzieć: tak, właśnie od tego. Od trzydziestu lat robienia serniku, którego i tak nikt nie doceniał, dopóki nie zabrakło tego, kto go robił. Ale nie powiedziałam. Bo Marta nie zrozumiałaby. Jeszcze nie teraz.
W poniedziałek zadzwonił Darek. Zięć, który normalnie odzywa się do mnie dwa razy w roku - na imieniny i na Wigilię. Mówił spokojnie, dyplomatycznie, jakby negocjował kontrakt w swojej firmie logistycznej.
- Mamo, Marta się martwi. Może by pani - znaczy, może byś do nas przyjechała? Zrobimy Wigilię u nas, ty nie musisz gotować.
- Darek, ja nie chcę nie gotować u was. Ja chcę nie być nigdzie, gdzie muszę.
Znowu cisza. Darek chyba nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Pożegnał się uprzejmie i odłożył słuchawkę.
Krysia z drugiego piętra powiedziała, że jej się podoba. „Jedź, Halina. Ja bym sama pojechała, ale mnie Rysiek nie puści." Potem dodała ciszej: „Wiesz, Marta się boi. Nie o ludzi. O siebie. Bo jak ty zmienisz zasady, to ona musi się zastanowić nad swoimi."
Krysia jest mądrzejsza, niż myślą sąsiadki, które widzą tylko jej różowe kapcie i dresy.
Dzisiaj jest szesnasty grudnia. Za tydzień wyjeżdżam. Walizka stoi w sypialni - jeszcze pusta, ale już ją wyciągnęłam. Kupiłam nową piżamę, taką flanelową, w drobne gwiazdki. Głupota, ale sprawia mi radość. Stefan by się uśmiechnął.
Marta nie dzwoni od trzech dni. To albo bardzo dobry, albo bardzo zły znak. Znam swoją córkę - albo się pogodziła, albo szykuje ostateczną ofensywę. Może przyjedzie pod pensjonat z dziećmi i będzie stała pod drzwiami z wyrzutem w oczach. A może po prostu zrobi swoją Wigilię w Katowicach i zrozumie, że to nie jest koniec świata.
A może - i tego boję się najbardziej - może zadzwoni w Wigilię i powie „wesołych świąt, mamo" takim głosem, z którego usłyszę, że coś między nami pękło.
Patrzę na puste krzesło Stefana przy kuchennym stole. Czterdzieści lat stało w tym samym miejscu. Nawet po jego śmierci nie przesunęłam go ani o centymetr. Teraz podchodzę i odsuwam je lekko. Na próbę. Żeby zobaczyć, jak wygląda kuchnia z krzesłem w innym miejscu.
Wygląda inaczej. Nie lepiej, nie gorzej. Po prostu inaczej.
Za tydzień w Wiśle ktoś obcy poda mi opłatek. Złamię go i złożę życzenia komuś, kogo nie znam. Nie wiem, czy będę płakać. Pewnie tak. Ale to będzie mój płacz, przy moim stole, na moich zasadach. Po raz pierwszy.