Dzieci zabroniły mi jeździć na cmentarz samej - „za daleko, mamo, zabierzemy cię na Wszystkich Świętych". Na Wszystkich Świętych mieli „korki i grafik". Pojechałam sama, dwoma autobusami, ze zniczem w siatce. Przy grobie stała już Irena, z drugim zniczem. „Wiedziałam, że nie zabiorą. Wiedziałam, że przyjdziesz".
Irena powiedziała to spokojnie, bez żalu, bez triumfu. Jakby stwierdzała fakt - jak to, że w listopadzie jest zimno albo że autobus 158 spóźnia się co drugi dzień. Postawiłam znicz obok jej znicza, na płycie Tadeusza. Zapaliłam. Płomień drgał na wietrze, ale się trzymał. Tak jak ja.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i od trzech lat jestem wdową. Tadeusz odszedł w lutym, cicho, we śnie, jakby nie chciał robić zamieszania. Całe życie nie robił zamieszania. Czterdzieści dwa lata razem, dwoje dzieci, mieszkanie na Grochowie, działka ROD pod Otwockiem. Życie jak u miliona Polaków - ciche, pracowite, zwyczajne. A teraz, stojąc przy jego grobie z siostrą mojego męża, zrozumiałam, że właśnie to zwyczajne życie gdzieś mi się wymknęło spod nóg.
Irena była starsza od Tadeusza o cztery lata. Siedemdziesiąt pięć lat, sucha jak patyk, prosta jak świeca. Nigdy nie wyszła za mąż. Pracowała całe życie jako bibliotekarka w filii na Pradze, mieszkała sama w kawalerce po rodzicach. Tadeusz mówił o niej „moja siostra jest twarda jak skała". Ja myślałam, że jest po prostu samotna. Ale po jego śmierci to Irena zadzwoniła pierwsza. Nie moje dzieci.
- Halina, jadłaś dzisiaj coś? - zapytała trzeciego dnia po pogrzebie.
- Herbatę piłam.
- Herbata to nie jedzenie. Przywiozę ci rosół.
I przywiozła. W słoiku po ogórkach, owinięty w gazetę, żeby nie wystygł w autobusie. Rosół Ireny smakował inaczej niż mój - za dużo pietruszki, za mało soli. Ale zjadłam dwa talerze, bo ktoś mnie poprosił, żebym jadła.
Moje dzieci - Marcin i Ania - też się martwili. Na swój sposób. Marcin dzwonił co niedzielę o szesnastej, jakby miał to wpisane w kalendarz między meczem a obiadem u teściowej. „Cześć, mamo, jak zdrowie? Bierzesz leki? To dobrze. Pa, mamo." Ania pisała SMS-y. Czasem z serduszkiem na końcu. Raz na dwa tygodnie wpadała na godzinę, z dwójką swoich maluchów, które biegały po mieszkaniu i przewracały ramki ze zdjęciami. „Mamo, musisz wychodzić z domu, nie możesz tu siedzieć sama" - mówiła Ania, sama nie zdejmując kurtki, bo zaraz musiała jechać na zajęcia Zosi z angielskiego.
Nie mówię, że moje dzieci są złe. Nie są. Są zabiegane, zmęczone, rozciągnięte między swoimi rodzinami, pracą, kredytami. Marcin jest elektrykiem, robi nadgodziny, żeby spłacić mieszkanie na Białołęce. Ania pracuje w księgowości, dwoje małych dzieci, mąż na delegacjach. Rozumiem to. Naprawdę rozumiem. Ale rozumienie nie grzeje w listopadowy wieczór, kiedy siedzisz sama w kuchni i patrzysz na krzesło, na którym Tadeusz czterdzieści lat jadł kolację.
Tadeusz leży na Bródnie. Z Grochowa to kawał drogi - autobus do metra, metro do Ronda Żaba, potem jeszcze przesiadka. Dla kogoś na dwóch zdrowych nogach - nic wielkiego. Ale moje kolana nie są już takie pewne, a na lodzie w listopadzie każdy krawężnik to loteria. Dzieci o tym wiedziały. Dlatego powiedzieli: „Mamo, sama nie jedź. Zabierzemy cię na Wszystkich Świętych, zrobimy to porządnie".
Zaczęło się w październiku. Ania dzwoniła, żebyśmy ustalili datę. Marcin mówił, że sprawdzi grafik. Potem Ania napisała, że Zosia ma gorączkę. Potem Marcin, że w pracy awaryjne zlecenie. „Może w sobotę po pierwszym?" - zaproponowała Ania. W sobotę napisała: „Mamo, sorry, korki na Trasie totalne, wróciliśmy dopiero o czwartej, jutro na pewno".
Jutro nie przyjechali.
Nie zadzwoniłam do nich. Nie zapytałam „a co z cmentarzem?". Nie chciałam usłyszeć kolejnego „na pewno w przyszłym tygodniu, mamo". Zamiast tego wstałam pierwszego listopada o szóstej rano, włożyłam gruby szalik, wzięłam znicz w reklamówkę i wyszłam na przystanek.
W autobusie było ciepło i cicho. Jechałam i myślałam o Tadeuszu - jak mnie woził na ten cmentarz swoim starym Polonezem. Jak co roku narzekał na tłumy, a potem stał przy grobach swoich rodziców w milczeniu, z rękami w kieszeniach, i ja wiedziałam, że się modli, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Jak potem jedliśmy kiełbasę z grilla przy bramie cmentarza i mówił: „Halina, za rok to samo, co?"
Za rok. Za rok. Za rok już go nie było.
Na Bródnie tłum się przerzedził - rano było wcześnie, większość ludzi przyszła dzień wcześniej. Szłam alejką, mijając znicze, kwiaty, wieńce. I wtedy ją zobaczyłam.
Irena stała przy grobie prosto, w swoim granatowym płaszczu, który nosiła chyba od dwudziestu lat. W ręce trzymała zapalony znicz - taki sam jak mój, czerwony, z Biedronki. Patrzyła na mnie, jakby na mnie czekała. I wtedy powiedziała to zdanie, które mnie złamało i poskładało jednocześnie.
„Wiedziałam, że nie zabiorą. Wiedziałam, że przyjdziesz."
Nie zapytałam, skąd wiedziała. Nie musiałam. Irena znała moje dzieci. Kochała je - bo to byli dzieci jej brata - ale znała. Wiedziała, że Marcin obiecuje i zapomina, że Ania planuje i odwołuje. Wiedziała, bo przez trzydzieści lat przychodziła do nas na Wigilię, siadała na rogu stołu i obserwowała. Milczała, jadła barszcz, dawała dzieciom czekoladki. A potem wracała autobusem do swojej kawalerki.
Stałyśmy razem przy grobie Tadeusza i nie mówiłyśmy nic. Irena zapaliła drugi znicz. Ja poprawiłam chryzantemy, które ktoś - pewnie ona - przyniosła wcześniej. Wiatr szumiał w starych lipach. Gdzieś dalej kobieta śpiewała „Wieczny odpoczynek". Było mi zimno w palce, ale nie chciałam odchodzić.
- Irena - powiedziałam w końcu - przepraszam, że przez tyle lat myślałam, że jesteś samotna z wyboru.
Spojrzała na mnie dziwnie.
- A nie jestem?
- Nie wiem. Chyba nikt nie jest z wyboru. Chyba po prostu tak wychodzi.
Wracałyśmy razem. Irena wzięła mnie pod rękę na oblodzonym chodniku - nie dlatego, że ja potrzebowałam pomocy, ale dlatego, że ona też się ślizgała i razem było pewniej. W autobusie usiadłyśmy obok siebie. Irena wyjęła z torebki dwa cukierki krówki.
- Od Tadeusza - powiedziała. - On zawsze miał krówki w kieszeni.
Miał. Boże, jak ja mogłam o tym zapomnieć.
Wieczorem zadzwoniła Ania. „Mamo, strasznie przepraszam, ten tydzień był koszmarny. W niedzielę na pewno podjedziemy." Powiedziałam: „Nie musicie, byłam dzisiaj." Cisza. „Sama?!" - w jej głosie usłyszałam wyrzut, jakbym popełniła coś karygodnego. „Z Ireną" - odpowiedziałam. Kolejna cisza, dłuższa. „Aha. No dobrze. To... dobrze, mamo."
Marcin nie zadzwonił.
Tego wieczoru zrobiłam sobie herbatę i usiadłam przy kuchennym stole. Na krześle Tadeusza położyłam krówkę, tę od Ireny. Głupi gest, pewnie. Ale potrzebowałam go zrobić. Myślałam o tym, jak dziwnie się rozkładają lojalności w rodzinie. Jak moje własne dzieci - z krwi, z kości, z czterdziestu lat kołysanek, kanapek do szkoły i martwienia się o każdą gorączkę - potrafią obiecać i nie przyjechać. A Irena, z którą nigdy nie byłyśmy szczególnie blisko, stoi rano przy grobie mojego męża i czeka na mnie z krówką.
Nie wiem, czy powinnam powiedzieć dzieciom, co czuję. Że nie chodzi o cmentarz - to tylko cmentarz. Że chodzi o to, że obiecały, a ja im uwierzyłam, i że następnym razem może już nie uwierzę. Może powinnam to powiedzieć. A może nie powinnam, bo one mają swoje życie, swoje problemy, i jedno niespełnione „zabierzemy cię na cmentarz" nie oznacza, że mnie nie kochają.
A może właśnie oznacza. Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Wiem tylko, że w przyszłą niedzielę umówiłam się z Ireną na herbatę. U mnie, na Grochowie. Postawi swoją chudą torebkę na krześle w przedpokoju, zdejmie ten granatowy płaszcz i powie coś takiego jak: „Halina, masz za sucho w kaloryferach, postaw miskę z wodą". I będzie mi z tym dobrze.
Na krześle Tadeusza wciąż leży krówka. Nie zabieram jej. Niech leży.