Telefon utopił mi się w garnku - a w nim jedyne zdjęcia z ostatnich imienin Stefana. Płakałam nad tym rosołem jak głupia. Wnuk zabrał aparat „do kolegi z serwisu". W niedzielę przyniósł pendrive'a: dwieście czternaście zdjęć. Wszystkie.

Stałam wtedy nad zlewem i wyławiałam z rosołu telefon drewnianą łyżką, jakbym łowiła rybę z Wisły. Gorąca para parzyła mi nadgarstek, a ja myślałam tylko o jednym - o tych zdjęciach. O Stefanie przy stole, z serwetką wsadzoną za kołnierz, jak zawsze. O Stefanie, który podnosił kieliszek i mówił „no, za następne sześćdziesiąt lat, co?". Nie było następnych. Nie było nawet następnych sześciu miesięcy.

Wyciągnęłam ten telefon, położyłam na ściereczce. Ekran czarny. Włożyłam do ryżu, bo córka kiedyś mówiła, że ryż pomaga. Nie pomógł. Trzy dni trzymałam go w misce jak w trumience, a potem Bartek - mój wnuk, szesnastoletni łobuz z aparatem na zębach - powiedział: „Babciu, daj, zaniosę do Kuby, on ogarnia takie rzeczy".

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od marca jestem wdową. Stefan odszedł po krótkiej chorobie - tak to ładnie mówią lekarze, „krótka choroba", jakby trzy miesiące agonii dało się zmieścić w dwóch słowach. Rak trzustki. Diagnoza w grudniu, pogrzeb w marcu. Między jednym a drugim - chaos, w którym zapomniałam o wielu rzeczach, ale nie o tych zdjęciach.

Bo zdjęcia z imienin Stefana - tych ostatnich, wrześniowych, kiedy jeszcze żartował i pił nalewkę wiśniową - były jedynym dowodem na to, że był czas, kiedy było dobrze. Kiedy siedzieliśmy przy stole we czwórkę: ja, Stefan, nasza córka Marzena z mężem i właśnie Bartek. Kiedy Stefan pokroił sernik krzywo i śmiał się, że „mu ręka zadrgała od starości". Miał wtedy sześćdziesiąt trzy lata i wyglądał na pięćdziesiąt. Nikt nie wiedział, co rośnie mu w brzuchu.

Po pogrzebie próbowałam jakoś poskładać życie. Córka przyjeżdżała z Wrocławia co drugi weekend, ale widziałam, że ją to męczy. Trzy godziny w jedną stronę, a potem siedzi ze mną w kuchni, pije herbatę i patrzy na zegarek. Nie winię jej. Ma swoją rodzinę, pracę w aptece, Bartek jest w drugiej liceum i ciągle potrzebuje podwożenia gdzieś. Marzena miała dość własnych problemów - z mężem Dariuszem ostatnio nie było najlepiej. Słyszałam ich ciche kłótnie w przedpokoju, kiedy myśleli, że już śpię.

Ten telefon - stary Samsung, kupiony jeszcze razem ze Stefanem w salonie na Marszałkowskiej - był moim albumem. Nigdy nie drukowałam zdjęć, bo Stefan zawsze mówił: „po co, przecież masz je w telefonie, nowoczesna kobieto". Żartował. A ja się nie nauczyłam robić tych kopii w chmurze, o których mówił Bartek. „Babciu, to proste, zrobię ci kiedyś." Nie zrobił. A ja nie nalegałam.

Kiedy telefon utopił się w garnku, zadzwoniłam do Marzeny. Płakałam tak, że ledwo mogłam mówić. Córka powiedziała: „Mamo, spokojnie, to tylko telefon". I wtedy pierwszy raz na nią krzyknęłam. Naprawdę krzyknęłam. „To nie jest tylko telefon! Tam jest tata!"

Cisza w słuchawce. Potem Marzena powiedziała cicho: „Mamo, taty tam nie ma. Tata nie żyje". I rozłączyła się.

Nie odzywałyśmy się trzy dni. Ja chodziłam po mieszkaniu i rozmawiałam ze Stefanem - głośno, do jego zdjęcia na komodzie, tego jedynego wydrukowanego, z naszego ślubu. „Stefan, ona nie rozumie. Ty byś zrozumiał." Stefan na zdjęciu miał dwadzieścia sześć lat i uśmiechał się tak, jakby świat był prosty.

W czwartek po południu zadzwonił Bartek. „Babciu, jadę do ciebie w sobotę. Wezmę ten telefon. Kuba z mojej klasy rozbiera takie telefony i wyciąga dane. Ogarnie." Nie wierzyłam. Samsung leżał w rosole chyba pół minuty, ale dla mnie to było jak pół roku. Oddałam Bartkowi aparat w reklamówce, włożony między dwie warstwy ręcznika papierowego. Bartek obejrzał go, pokiwał głową i schował do plecaka, między zeszyt od matmy a paczkę chrupek.

Niedziela. Siedzę w kuchni. Na stole rosół - nowy, bo gotowałam co tydzień, nawet dla siebie samej, bo Stefan lubił i jakoś nie umiałam przestać. Dzwonek do drzwi. Bartek, w za dużej bluzie, z plecakiem. Wchodzi, zdejmuje buty, siada przy stole.

- Babciu, mam. - Co masz? - Wszystko.

Wyciągnął z kieszeni mały, czarny pendrive. Położył na stole między solniczką a serwetnikiem. Potem otworzył laptopa - nie wiem skąd go miał, pewnie pożyczony - i włożył pendrive'a. Dwieście czternaście zdjęć. Otworzyło się pierwsze: Stefan z serwetką za kołnierzem, z kieliszkiem nalewki, śmieje się prosto w obiektyw.

Zaczęłam płakać. Bartek siedział obok i nic nie mówił. Po chwili położył mi rękę na ramieniu - tak jak Stefan kładł, kiedy wiedział, że nie potrzebuję słów. Przeglądałam zdjęcie po zdjęciu. Stefan kroi sernik. Marzena się śmieje. Bartek robi głupią minę do selfie z dziadkiem. Ja stoję przy kuchence i odwracam się do obiektywu z łyżką w ręce. Wszystko tam było. Cały ten wieczór, godzina po godzinie.

- Bartek - powiedziałam w końcu - podziękuj temu Kubie. Ile mu płacę? - Babciu, nic. Kuba powiedział, że za darmo. - Za darmo? Czemu? - Bo mu powiedziałem, po co te zdjęcia.

Bartek wyszedł po godzinie. Zostałam z laptopem i z pendrive'em. Oglądałam zdjęcia do północy. Potem do drugiej. Potem zasnęłam przy stole z głową na rękach, jak kiedyś nad książkami przed egzaminem z księgowości, trzydzieści pięć lat temu.

Rano zadzwoniłam do Marzeny. Chciałam jej powiedzieć o zdjęciach. Chciałam powiedzieć, że przepraszam za tamten krzyk. Ale kiedy odebrała, powiedziałam co innego.

- Marzena, wydrukuję te zdjęcia. Wszystkie dwieście czternaście. I chcę, żebyś przyjechała i razem je obejrzała. Nie na ekranie. Na papierze. Jak ludzie.

Marzena milczała chwilę. Potem powiedziała: „Mamo, ja... Daj mi tydzień, dobrze?"

Minął tydzień. Potem drugi. Marzena nie przyjechała. Dzwoniła - krótko, co kilka dni, pytała o zdrowie, o ciśnienie, o to, czy jadłam obiad. Ale o zdjęciach nie wspomniała ani razu. Jakby temat nie istniał. Jakby Stefan na tych fotografiach nie istniał.

Zaczęłam sama chodzić do punktu z drukowaniem zdjęć na rogu Puławskiej. Pani Lucyna, która tam pracuje, pomogła mi wybrać papier - matowy, gruby. Drukuję po dziesięć dziennie. Wkładam do albumu, który kupiłam w Empiku. Zielony, bo Stefan lubił zieleń.

Bartek dzwoni co niedzielę. Pyta, czy potrzebuję pomocy z komputerem. Dwa razy przyjechał sam - pociągiem z Wrocławia, trzy godziny w jedną stronę, te same trzy godziny, które dla Marzeny były za dużo. Szesnastoletni chłopak w za dużej bluzie, który siedzi ze mną przy stole i je rosół, i mówi: „Babciu, ten sernik na zdjęciu numer czterdzieści siedem wygląda lepiej niż twój dzisiejszy". I się śmieje. Tak jak Stefan.

Album jest prawie pełny. Brakuje kilkunastu zdjęć. Czekam z ostatnimi, bo chcę je wkleić razem z Marzeną. Jeśli przyjedzie.

Czasem wieczorem siedzę w kuchni i patrzę na zdjęcie numer jeden - Stefan z kieliszkiem - i myślę o tym, jak dziwnie się to wszystko ułożyło. Że utopiony w rosole telefon pokazał mi więcej o mojej rodzinie niż czterdzieści lat wspólnego życia. Kto potrafi przyjść. Kto potrafi tylko dzwonić. I kto potrafi powiedzieć obcemu chłopakowi z klasy: te zdjęcia są dla babci, zrób to za darmo.

Pendrive leży w szufladzie pod rachunkami za prąd. Na wszelki wypadek.