Przez całą jesień robiłam wnukowi sweter na drutach - warkocze, taki sam wzór jak kiedyś dla Stefana. W lutym zobaczyłam go na chłopcu sąsiadki: kupiony na szkolnym kiermaszu, za pięć złotych. Wszywka z moim haftem jeszcze była.
Stałam na klatce schodowej z reklamówką z Biedronki, a Jasiu Kowalczyk - ten od Kowalczykowej z drugiego piętra - przebiegł obok mnie w tym swetrze. Poznałam go natychmiast. Wzór warkoczy, który robiłam po nocach, bo przy telewizji źle liczyłam oczka. Kolor morskiej zieleni, bo Kubuś kiedyś powiedział, że lubi morze. Rozchylony kołnierzyk, bo zawsze robiłam go trochę za luźno - Stefan mi to wypominał przez trzydzieści lat małżeństwa. Jasiu zniknął na podwórku, a ja stałam z tą reklamówką jak wryta, bo jeszcze nie chciałam uwierzyć.
Weszłam do mieszkania, odstawiłam zakupy na blat. Nie rozbierałam się. Usiadłam przy kuchennym stole i zadzwoniłam do Kowalczykowej. Telefon, pogawędka, skąd ten ładny sweterek u Jasia. I wtedy usłyszałam: - Na kiermaszu w szkole kupiłam, proszę pani. Za pięć złotych. Piękna robota, ręczna, nawet wszywka z haftem. Pomyślałam, że pewnie ktoś oddał, bo za mały, a szkoda wyrzucić.
Za pięć złotych. Moja jesień, moje wieczory, moje oczy bolące od liczenia oczek w sztucznym świetle. Za pięć złotych na szkolnym kiermaszu.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch lat jestem wdową. Stefan odszedł cicho, we śnie, w grudniu dwa lata temu. Zostawił mi mieszkanie na Gocławiu, emeryturę z ZUS-u, meblościankę pełną kryształów i jedno dziecko - syna Marcina. Marcin ma czterdzieści lat, pracuje jako elektryk na budowach w Warszawie, a jego żona Patrycja zajmuje się domem i Kubusiem. Kubuś ma osiem lat. Jest moim jedynym wnukiem.
Kiedy Stefan żył, widywaliśmy się z nimi co niedzielę. Marcin przywoził Kubusia, Patrycja przynosiła sernik albo drożdżówkę, ja robiłam rosół. Po śmierci Stefana niedziele się rozrzedziły. Raz w miesiącu, potem rzadziej. Marcin dzwonił, ale krótko, jakby odznaczał punkt na liście: mama zdrowa, mama ma co jeść, mama daje sobie radę. Patrycja pisała SMS-y ze zdjęciami Kubusia. Ładne zdjęcia, uśmiechnięty chłopak. Ale zdjęcie to nie jest to samo co zapach jego włosów po kąpieli.
Ten sweter to miał być most. Tak sobie wymyśliłam latem, kiedy Kubuś był u mnie na działce ROD przez tydzień w lipcu. Jedliśmy razem truskawki, podlewaliśmy pomidory, wieczorami czytałam mu o piratach. Ostatniego dnia powiedział: - Babciu, dlaczego ja tu nie mogę mieszkać zawsze? - i serce mi pękło tak cicho, że nawet on nie usłyszał.
We wrześniu poszłam do Włóczkowej na Grochowskiej. Wybrałam wełnę merynosową - miękką, żeby nie gryzła. Morska zieleń. Warkocze, bo to mój wzór od lat. Kiedyś robiłam taki sweter Stefanowi, jeszcze przed ślubem, i Stefan nosił go tak długo, aż przetarł się na łokciach. Potem robiłam Marcinowi. A teraz Kubusiowi.
Robiłam po wieczorach, przy radiu Maryja, które Stefan zostawił nastawione i jakoś nie potrafiłam przełączyć. Liczyłam oczka, poprawiałam, pruła, zaczynała od nowa. W październiku skończyłam tył. W listopadzie przód. Rękawy robiłam w grudniu, między pierwszym śniegiem a Wigilią. Na Wigilię Marcin z rodziną nie przyjechali. Patrycja napisała, że są u jej rodziców w Piasecznie, że Kubuś ma katar, że może w styczniu. Położyłam sweter pod choinkę, obok paczki z klockam Lego, które kupiłam w promocji.
W styczniu Marcin wpadł sam. Bez Kubusia, bez Patrycji. Na dwadzieścia minut. Dałam mu torbę z prezentami - sweter, klocki, jeszcze szalik, który dorobiłam między świętami. - Dzięki, mamo - powiedział, wsadził torbę do bagażnika i pojechał. Nie wypił nawet herbaty.
A potem był luty. I Jasiu Kowalczyk na klatce schodowej. I wszywka z moim haftem - dwie litery, H.K., Halina Kamińska, wyhaftowane zieloną nicią w rogu pod kołnierzykiem. Robiłam tak od zawsze. Stefan żartował, że to mój podpis, jak u malarzy.
Przez trzy dni nie dzwoniłam do Marcina. Nie dlatego, że byłam zła. Byłam, ale nie o to chodziło. Chodziło o to, że próbowałam zrozumieć. Może sweter nie pasował? Może Kubuś go nie chciał? Może Patrycja uznała, że wełna gryzie? Szukałam wytłumaczenia, które by nie bolało. Nie znalazłam.
Czwartego dnia zadzwoniłam.
Marcin odebrał po piątym sygnale. - Cześć, mamo, co tam?
- Marcin - powiedziałam spokojnie, choć ręce mi się trzęsły. - Ten sweter, co robiłam Kubusiowi. Dlaczego był na kiermaszu w szkole?
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Marcin oddycha.
- Jaki sweter? - zapytał w końcu.
- Zielony. Warkocze. Oddałeś go na kiermasz, Marcin. Za pięć złotych go sprzedali.
Znowu cisza. Potem szept, jakby odszedł od kogoś do drugiego pokoju.
- Mamo, to Patrycja sortowała ubrania Kubusia. Pewnie nie wiedziała. Pewnie myślała, że to ze sklepu, że za mały...
- Ma wszywkę z moim haftem, Marcin.
- Mamo, no co ty chcesz teraz? - Głos mu stwardniał. Ten sam ton, co u Stefana, kiedy nie chciał rozmawiać. - Chcesz, żebym poszedł do sąsiadki i odkupił? Chcesz awanturę?
Nie chciałam awantury. Chciałam, żeby powiedział: przepraszam, mamo. Żeby powiedział: to był błąd. Żeby usłyszał, co słyszałam ja - trzask łamanego mostu między nami.
- Nie chcę niczego - odpowiedziałam. - Chciałam tylko wiedzieć.
Rozłączyłam się. Herbata na stole zdążyła wystygnąć. Z okna widziałam podwórko, gdzie Jasiu Kowalczyk biegał w moim swetrze za piłką. Wyglądał w nim ślicznie. Warkocze układały się równo na jego wąskich plecach.
Wieczorem Patrycja wysłała mi wiadomość: „Przepraszam, mamo, nie wiedziałam, że to ręczna robota. Myślałam, że to z sieciówki. Kubuś urósł i już mu nie pasowało. Przykro mi." Przeczytałam trzy razy. Czwartego razu nie było potrzeba - i tak już wiedziałam, że ten sweter Kubuś nigdy nie miał na sobie.
Bo gdyby nosił, Patrycja by wiedziała. Wełna merynosowa nie wygląda jak sieciówka. Warkocze robione ręcznie nie wyglądają jak maszyna. A wszywka z haftem to nie jest metka z Pepco.
Minął tydzień. Potem drugi. Marcin nie dzwonił. Ja też nie. Na działce ROD zaczęłam sprzątać po zimie - grabić liście, szykować grządki. Kupiłam nową włóczkę u Pani Włóczkowej. Niebieską tym razem. Wzór? Warkocze. Bo innego nie umiem. I nie chcę innego.
Tylko nie wiem jeszcze, dla kogo robię ten sweter. Może dla Kubusia, może dla Jasia Kowalczyka - bo on przynajmniej w moim swetrze biega po podwórku, a nie oddaje go za pięć złotych. A może robię go dla siebie, żeby ręce miały co robić wieczorami, kiedy mieszkanie na Gocławiu jest takie ciche, że słychać, jak tyka zegar po Stefanie.
Druty stukają. Liczę oczka. Nie myślę o tym, czy Marcin zadzwoni na Dzień Matki.
Ale wiem, że jeśli zadzwoni, to nic mu nie powiem. A jeśli nie zadzwoni - to może będzie mi łatwiej nie czekać.