Pogrzeb Stefana dzieci wzięły na siebie - „ty się, mamo, niczym nie martw". Wiosną zadzwoniła zawstydzona pani z zakładu pogrzebowego: faktura na jedenaście tysięcy, syn nie odbiera. Uregulowałam z lokaty jeszcze tego dnia. W niedzielę syn westchnął przy stole, że „pogrzeb taty kosztował ich majątek".

Siedziałam wtedy naprzeciwko niego z talerzem żurku, którego nie mogłam przełknąć. Patrzyłam na Marcina - czterdziestoletni mężczyzna, ojciec dwójki dzieci, inżynier w firmie budowlanej - i czekałam, aż doda choć jedno słowo. Że żartuje. Że to taki skrót myślowy. Ale on tylko pokręcił głową i powiedział do żony: „Agata, podaj mi chleb".

I tyle. Temat zamknięty.

Moja córka Kasia, młodsza o pięć lat od Marcina, siedziała obok i kręciła łyżeczką w herbacie. Nie podniosła wzroku. Pomyślałam wtedy, że może się przesłyszałam. Może źle zrozumiałam. Ale nie - w głowie miałam jeszcze głos tamtej pani z zakładu pogrzebowego, jej zakłopotanie, gdy tłumaczyła, że dzwoni już trzeci raz i nikt nie reaguje.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterdziestu mieszkam na tym samym osiedlu w Poznaniu, w bloku przy ulicy Winogrady. Ze Stefanem przeżyliśmy trzydzieści osiem lat. Nie zawsze łatwych, nie zawsze dobrych, ale wspólnych. Pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, Stefan był elektrykiem, potem brygadzistą. Uczciwe, proste życie. Odłożyliśmy trochę na lokatach - nie fortunę, ale na tyle, żeby na starość nie musieć liczyć każdego grosza.

Stefan odszedł w styczniu. Trzeci zawał - tym razem serce nie wytrzymało. Miał sześćdziesiąt siedem lat. W szpitalu byłam przy nim, trzymałam go za rękę. Potem wszystko potoczyło się szybko - telefony, dokumenty, wybór trumny. I właśnie wtedy Marcin powiedział te słowa, które wydawały mi się najpiękniejsze na świecie: „Mamo, ty się niczym nie martw. My to ogarniemy".

„My" - czyli on i Kasia. Uwierzyłam. Chciałam uwierzyć, bo nie miałam siły na nic. Przez pierwsze tygodnie po pogrzebie ledwo wstawałam z łóżka. Sąsiadka, pani Lucyna z czwartego piętra, przynosiła mi rosół w słoiku i pilnowała, żebym jadła. Córka dzwoniła co drugi dzień, krótko - „mamo, jak się czujesz, trzymaj się". Syn raz w tygodniu, przeważnie w niedzielę.

Nikt nie mówił o pieniądzach. Nikt nie pytał, czy coś trzeba dopłacić. Zakładałam, że wszystko jest załatwione.

Aż do tego telefonu w marcu. Kobieta przedstawiła się uprzejmie, powiedziała, że dzwoni z zakładu pogrzebowego. Że faktura za usługi - jedenaście tysięcy dwieście złotych - jest nieopłacona od dwóch miesięcy. Że wielokrotnie kontaktowali się z osobą wskazaną jako organizator pochówku, czyli z moim synem, ale pan Marcin nie odbiera i nie oddzwania.

- Bardzo przepraszam, że zawracam pani głowę - powiedziała cicho. - Ale nie wiem, co mam robić. Nie chcemy kierować sprawy do windykacji, bo rozumiemy sytuację, natomiast...

Natomiast. To słowo zawisło w powietrzu jak wyrok.

- Proszę podać numer konta - odpowiedziałam. - Zapłacę dziś.

I zapłaciłam. Pojechałam do banku, zerwałam lokatę - tę mniejszą, na której trzymałam pieniądze odłożone na wymianę okien. Jedenaście tysięcy dwieście złotych. Przelew tego samego dnia.

Nie zadzwoniłam do Marcina. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bałam się tego, co usłyszę. A może dlatego, że gdzieś głęboko już wiedziałam.

Wieczorem zadzwoniła Kasia. Gadałyśmy o niczym - o pogodzie, o tym, że mały Kuba ma anginę, o cenach w Biedronce. Na koniec zapytałam jak gdyby nigdy nic:

- Kasiu, a wy z Marcinem - to jak się rozliczaliście z tym pogrzebem?

Cisza. Długa, wyraźna cisza.

- Mamo, ja dałam Marcinowi trzy tysiące na swoją część. Jeszcze w styczniu. A co?

- Nic, nic. Pytam tylko.

Odłożyłam słuchawkę i usiadłam na kanapie w salonie. Patrzyłam na meblościankę, którą Stefan montował cały weekend dwadzieścia lat temu, klnąc na instrukcję po niemiecku. Na kryształowy wazon po mojej mamie. Na zdjęcie ślubne w ramce - Stefan z wąsem, ja w welonie pożyczonym od siostry. I zastanawiałam się, kiedy moje dzieci stały się ludźmi, których nie rozpoznaję.

Ta niedziela z żurkiem była tydzień później. Marcin przyjechał z Agatą i dziećmi, jak zwykle na obiad. Kasia nie mogła - Kuba wciąż chorował. Jedliśmy, gadaliśmy o bzdurach, a potem Marcin powiedział to zdanie o majątku. Nie do mnie, do Agaty. Jakby mnie przy stole nie było.

Agata spojrzała na mnie przelotnie. Szybko, nerwowo. Odwróciła wzrok.

Więc ona wie, pomyślałam. Wie, że faktura nie była opłacona. Wie, że ja zapłaciłam. I nic nie mówi.

Poczekałam, aż wnuki pójdą oglądać bajki w drugim pokoju. Zebrałam talerze. Postawiłam na stole czysty obrus i cukiernicę, jakbym szykowała scenę do poważnej rozmowy. Marcin patrzył na telefon.

- Synku - powiedziałam spokojnie. - Ta faktura z zakładu pogrzebowego. Jedenaście tysięcy dwieście złotych.

Podniósł głowę. Widziałam, jak mu się szczęka zaciska.

- Mamo, o czym ty mówisz?

- O tym, że zapłaciłam. Że dzwonili do ciebie trzy razy. Że nie odebrałeś.

- Bo miałem... bo to było... - urwał. Agata wstała od stołu i wyszła do kuchni. Usłyszałam szum wody w kranie. - Mamo, myślałem, że to jest opłacone. Musiał być jakiś błąd.

Patrzyłam na niego. Na tego czterdziestoletniego mężczyznę, który potrafił zarządzać budowami za miliony, a nie potrafił spojrzeć matce w oczy.

- A te trzy tysiące od Kasi? - zapytałam cicho.

Marcin zbladł. Pierwszy raz tego dnia naprawdę na mnie spojrzał. I w jego oczach zobaczyłam nie gniew, nie złość - zobaczyłam strach. Ten sam strach, który miał jako chłopiec, gdy Stefan łapał go za kłamstwo.

- Daj mi tydzień - powiedział w końcu. - Oddam ci wszystko. Mieliśmy... trudny okres.

Trudny okres. Może mówił prawdę. Może rate kredytu wzrosły. Może Agata straciła zlecenia. Nie wiem. Nie zapytałam.

Pokiwałam głową. Wstałam, włożyłam talerze do zlewu, wytarłam blat - dokładnie tak, jak robiłam to od czterdziestu lat. Marcin wyszedł z dziećmi pół godziny później. W drzwiach powiedział „cześć, mamo" tym samym tonem co zawsze.

Minęły dwa miesiące. Pieniędzy nie oddał. Nie zadzwonił w tej sprawie. Kasia przy kolejnym spotkaniu szepnęła mi, że Marcin „ma pretensje, że go zawstydziłam przy Agacie". W niedziele przyjeżdża rzadziej. Wnuki pytają przez telefon: „babciu, czemu tata mówi, że jesteś na niego zła?".

Nie jestem zła. Nie potrafię nawet powiedzieć, co czuję. Siedzę wieczorami na balkonie, patrzę na osiedle, na kwitnące kasztany, na panie z psami na spacerze. I myślę o Stefanie. O tym, co by powiedział. Pewnie by machnął ręką: „daj spokój, Bożena, to dzieci, odpuść". Stefan zawsze odpuszczał. Może dlatego Marcin wyrósł na kogoś, kto uważa, że odpuszczanie mu się po prostu należy.

A może powinnam była nie płacić tej faktury. Pozwolić, żeby zadzwonili jeszcze raz, i jeszcze raz, aż syn w końcu odebrałby telefon. Może powinnam była nie ratować go z kłopotu, tylko pozwolić, żeby stanął twarzą w twarz z własnym słowem.

Ale ja jestem matką. I matki płacą. Zawsze płacą - pieniędzmi, zdrowiem, spokojem, godnością. Tylko czy to na pewno jest miłość, czy już nawyk, z którego wyrosło coś, czego nie umiem nazwać?

Lokatę na okna zerwałam bezpowrotnie. Będę miała jeszcze jedną zimę z tymi starymi, nieszczelnymi ramami. Przeciąg wieje od strony balkonu, dokładnie tam, gdzie Stefan zawsze stawiał swój fotel.