Wnuk założył mi kiedyś skrzynkę mailową - „będziemy słać zdjęcia, babciu". Sprawdzam w bibliotece co piątek; pani z czytelni już nie pyta, po prostu loguje. W skrzynce są cztery wiadomości: trzy z apteki i „witamy w poczcie". Sprawdzam dalej.
Dalej - to znaczy klikam „odśwież", tak jak mnie Kubuś nauczył. Dwie strzałki, takie zakręcone. Strona miga, ładuje się od nowa i znowu to samo. Cztery wiadomości. Żadnej nowej. Pani Jadzia z czytelni patrzy na mnie znad biurka i szybko odwraca wzrok. Myślę, że ona wie. Może nie wszystko, ale wie, że ta skrzynka jest pusta od dwóch lat.
Kubuś miał czternaście lat, kiedy to zakładał. Usiadł obok mnie na kanapie, wziął mój stary telefon, który mu kiedyś oddałam, i mówił: „Babciu, to proste, tutaj wpisujesz hasło, tutaj klikasz, i będziesz miała mejle. Będziemy ci słać zdjęcia z wakacji, z meczu, wszystko". Pamiętam, jak pachniał - potem do treningu i tą gumą miętową, którą ciągle żuł. Pamiętam, że się śmiał, bo nie mogłam zapamiętać hasła. Zapisał mi je na kartce drukowanymi literami: BABCIA2021.
Mam tę kartkę w portfelu do dziś. Między dowodem osobistym a zdjęciem Tadka, mojego męża, który odszedł osiem lat temu.
Nazywam się Halina, mam siedemdziesiąt dwa lata i mieszkam sama na trzecim piętrze w bloku na Ratajach w Poznaniu. Trzy pokoje, z których używam właściwie jednego. W kuchni gotuję rosół co niedzielę - garnek na cztery osoby, choć jem sama. Resztę zamrażam albo noszę sąsiadce, pani Zosi, która ma osiemdziesiąt lat i bolące kolana. Przez czterdzieści lat byłam księgową w spółdzielni mieszkaniowej. Teraz jestem babcią, która co piątek chodzi do biblioteki sprawdzać pustą skrzynkę.
Mam jednego syna - Dariusza. Dobrze mu poszło. Skończył politechnikę, ożenił się z Agnieszką, taką ładną dziewczyną z Kórnika, i wyjechali do Wrocławia, bo tam dostał pracę w firmie informatycznej. Kubuś - Jakub - to ich jedynak. Mój jedyny wnuk. Kiedy był mały, przyjeżdżali co dwa tygodnie. Potem co miesiąc. Potem na święta. Potem - ale do tego jeszcze dojdę.
Kiedy Tadek żył, było inaczej. Tadek potrafił zadzwonić do Darka i powiedzieć wprost: „Synu, matka tęskni, przyjeżdżajcie". Tadek nie bał się prosić. Ja się boję. Boję się, że usłyszę w głosie Darka to zmęczenie, tę ciszę, która mówi: „Mamo, nie teraz".
Bo ja tę ciszę znam. Poznałam ją dobrze trzy lata temu, po pogrzebie mojej siostry Lucyny. Darek przyjechał wtedy sam, bez Agnieszki i Kubusia. Stał obok mnie przy grobie, trzymał parasol, a potem w samochodzie powiedział coś, co do dziś noszę w sobie jak kamień.
- Mamo, my z Agnieszką się rozstajemy.
Powiedział to tak, jakby mówił o pogodzie. Patrząc przed siebie, ręce na kierownicy.
- Jak to się rozstajecie? - spytałam. - A Kubuś?
- Kubuś zostaje z Agnieszką. Tak będzie lepiej. Ona ma tam rodzinę, matkę blisko, Kubuś ma szkołę, kolegów.
- A ty?
- Ja się przenoszę. Dostałem kontrakt. W Holandii, mamo. Dobra kasa, na dwa lata, może dłużej.
Jechaliśmy przez mokre pola pod Poznaniem i ja patrzyłam na te pola i myślałam, że oto mój syn pakuje się na drugi koniec świata, a ja zostanę z garncami rosołu i pustą skrzynką mailową. Ale nic nie powiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że jest mi źle? Że się boję? Tadek by powiedział. Ja tylko pokiwałam głową.
Przez pierwszy rok Darek dzwonił w niedziele. Opowiadał o Rotterdam, o pracy, o tym, że pada deszcz. Nigdy nie mówił o samotności, ale ja ją słyszałam - w przerwach między zdaniami, w tym, jak mówił „no dobrze, mamo, to lecę". Po roku zaczął dzwonić co dwa tygodnie. Potem raz w miesiącu. Ostatnio - raz na dwa miesiące, może rzadziej. Nie liczę. Nieprawda, liczę.
Z Agnieszką sprawa jest inna. Agnieszka po rozwodzie zadzwoniła raz, żeby powiedzieć, że Kubuś zdał do liceum. Powiedziała: „Proszę pani, Kuba się uczy, jest zdrowy, niech się pani nie martwi". Proszę pani. Przez dwanaście lat byłam dla niej Halinko, a teraz - proszę pani. Jakby rozwód z Darkiem był też rozwodem ze mną.
Kubusiowi napisałam SMS w jego urodziny - szesnaście lat. „Kochany Kubusiu, sto lat, babcia myśli o Tobie codziennie". Odpisał po dwóch dniach: „Dzięki babciu". Dwa słowa. Bez kropki, bez serca, bez nic. I ja wiem, że szesnastolatki tak piszą, wiem, że nie mam prawa wymagać więcej. Ale te dwa słowa czytałam chyba dwadzieścia razy.
W bibliotece, kiedy pani Jadzia loguje mnie na komputer, siadam zawsze przy tym samym biurku, przy oknie. Na parapecie ktoś postawił doniczkę z fiołkiem. Otwieram pocztę, patrzę na te cztery wiadomości i myślę - może dziś. Może Kubuś się odezwie. Może Darek napisze. Może ktokolwiek.
Koleżanka Bożena z mojego bloku mówi, że powinnam zadzwonić sama. „Halina, weź ten telefon i dzwoń. To twój syn, twój wnuk, masz prawo".
- A jeśli nie odbierze? - pytam.
- To zadzwonisz jeszcze raz.
- A jeśli odbierze i będzie ta cisza?
Bożena nie odpowiada, bo Bożena ma córkę na tym samym osiedlu i troje wnucząt, które wpadają po szkole na naleśniki. Bożena nie rozumie.
Trzy tygodnie temu stało się coś, co mną wstrząsnęło. Przyszłam do biblioteki jak zwykle. Pani Jadzia zalogowała. Otworzyłam pocztę - i było pięć wiadomości. Nowa. Serce mi waliło tak, że musiałam złapać się blatu. Kliknęłam. Newsletter z apteki - „Wiosenna promocja na magnez".
Siedziałam potem dobre dziesięć minut, patrząc na ekran. Pani Jadzia podeszła, postawiła obok mnie kubek z herbatą - cytrynową, bo wie, że taką piję. Nic nie powiedziała. Ja też nic nie powiedziałam. Wypiłam herbatę, wylogowałam się i wyszłam.
Na klatce schodowej, wracając do domu, spotkałam listonosza. Dał mi rachunek za prąd i katalog z Lidla. Weszłam do mieszkania, usiadłam w kuchni i zrobiłam coś, czego nie robiłam od pogrzebu Tadka. Wzięłam telefon i wybrałam numer Darka.
Sygnał. Drugi. Trzeci. Czwarty.
- Halo? Mamo?
W tle słyszałam jakieś głosy, obcy język, szczęk naczyń.
- Darek, to ja. Chciałam... chciałam zapytać, czy macie z Kubusiem mój adres mailowy. Bo ja sprawdzam, a tam nic nie ma.
Cisza. Ta cisza.
- Mamo, ja... - Głos mu się zmienił. Ściszył się. - Mamo, ja nie mam kontaktu z Kubą. Od pół roku. Agnieszka... zmieniła numer, a Kuba... Kuba nie odbiera moich telefonów.
Teraz ja milczałam. Trzymałam słuchawkę i patrzyłam na magnes na lodówce - z Kołobrzegu, z naszych ostatnich wspólnych wakacji, lato 2019, Kubuś miał wtedy dwanaście lat i budował zamek z piasku.
- Darek - powiedziałam w końcu. - Przyjeżdżaj do domu.
Nie odpowiedział od razu. Słyszałam jego oddech. Ciężki, nierówny, jakby coś przełykał.
- Mamo, ja nie wiem, czy to coś zmieni.
- Ja też nie wiem. Ale rosół jest w zamrażarce.
Rozłączyłam się i zostałam w tej kuchni. Rachunek za prąd leżał na stole. Katalog z Lidla. Magnes z Kołobrzegu na lodówce. Zegar tykał nad drzwiami.
W piątek poszłam do biblioteki. Pani Jadzia zalogowała mnie jak zwykle, postawiła herbatę. Otworzyłam skrzynkę. Pięć wiadomości. Żadnej nowej.
Ale tym razem, zamiast kliknąć „odśwież", otworzyłam nową wiadomość. W polu „do" wpisałam jedyny adres, jaki znałam - ten, który Kubuś zakładał mi dwa lata temu, bo podał swój jako kontaktowy. Pisałam powoli, jednym palcem, z błędami, które potem poprawiałam. „Kochany Kubusiu. Babcia pisze do Ciebie z biblioteki. Może nie czytasz, ale ja piszę. Dziś za oknem kwitną kasztany. Twój tata dzwonił".
Nie wiedziałam, czy ten adres jeszcze działa. Nie wiedziałam, czy Kubuś kiedykolwiek to otworzy. Kliknęłam „wyślij" i poczułam coś dziwnego - nie ulgę, nie radość, raczej takie uczucie, jakbym wrzuciła list do morza w butelce.
W przyszły piątek przyjdę znowu. Pani Jadzia zaloguje. Otworzę skrzynkę. Może będzie sześć wiadomości. Może pięć. Ale teraz wiem jedno - łatwiej czekać, kiedy się też wysyła.