Pięć lat temu syn założył „abonament rodzinny, taniej dla wszystkich". Zlecenie stałe idzie z mojego konta: sto osiemdziesiąt miesięcznie, pięć numerów. Zauważyłam dopiero przy wyciągach do kredytu. „Mamo, ty i tak masz najniższy rachunek, bo nie dzwonisz." No właśnie.

Siedziałam nad tymi wyciągami w sobotni poranek, z herbatą, która dawno ostygła. Sto osiemdziesiąt złotych razy dwanaście miesięcy, razy pięć lat. Kalkulator na telefonie pokazał mi kwotę, od której ścisnęło mnie w żołądku. Dziesięć tysięcy osiemset złotych. Niemal tyle, ile miałam na koncie oszczędnościowym - tym, które odkładałam na leczenie zębów.

Wciągnęłam powietrze, odłożyłam długopis. Za oknem mojego bloku na Gocławiu kwitły kasztany, sąsiadka z parteru podlewała pelargonie na balkonie i pogwizdywała. Normalny majowy dzień. A ja nagle poczułam się, jakby ktoś mi wyrwał dywanik spod nóg.

Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej. Trzydzieści lat patrzenia w kolumny cyfr, wyłapywania każdego grosza. I nie zauważyłam, że mój własny syn ustawił zlecenie stałe na moim koncie. Jak to możliwe? Ano tak - kiedy pięć lat temu Darek zaproponował ten abonament rodzinny, to sam mi pomógł „ogarnąć formalności". Zalogował się na moją bankowość, bo ja wtedy jeszcze nie umiałam. Zaufałam mu. A potem przestałam zaglądać w wyciągi, bo po co - emerytura wpływała, czynsz schodził, rachunki za prąd i gaz płaciłam na poczcie. Reszta to szczegóły.

Darek to mój jedynak. Czterdzieści lat, informatyk, mieszka z żoną Patrycją i dwójką dzieci na Białołęce. Patrycja pracuje w banku, oboje jeżdżą nowymi samochodami, urządzali niedawno taras. Nie są biedni. Na pewno nie na tyle, żeby potrzebować moich stu osiemdziesięciu złotych.

Zadzwoniłam do niego tego samego dnia.

- Darek, muszę z tobą porozmawiać. Chodzi o ten abonament.

- Jaki abonament? - usłyszałam szum zmywarki w tle i głos Patrycji wołającej coś do dzieci.

- Rodzinny. Ten, który idzie z mojego konta od pięciu lat.

Cisza. Potem krótkie westchnienie.

- A, to. Mamo, przecież się umówiliśmy. Taniej wychodzi dla wszystkich, a ty i tak masz najniższy rachunek, bo prawie nie dzwonisz.

- Ale dlaczego płacę za pięć numerów? Ja mam jeden telefon.

- Bo tak działa abonament rodzinny. Jeden właściciel, jedno konto, pięć numerów. Ja, Patrycja, Oliwia, Kacper i ty. Normalka.

- Darek, to jest sto osiemdziesiąt złotych miesięcznie. Od pięciu lat. Z mojej emerytury.

- Mamo, to wychodzi trzydzieści sześć złotych na osobę. Gdzie znajdziesz tańszy abonament?

Miał rację - trzydzieści sześć złotych na osobę to tanio. Ale ja nie płaciłam trzydziestu sześciu. Płaciłam sto osiemdziesiąt. Za syna, synową, wnuki i siebie. Z mojej emerytury, która po odliczeniu czynszu i rachunków zostawia mi tysiąc czterysta na życie. Na jedzenie, leki, okazjonalny prezent dla wnuków. Na te zęby, które bolą coraz bardziej.

- Słuchaj, to moglibyście mi oddawać swoją część? - powiedziałam, starając się, żeby głos mi nie drżał. - Sto czterdzieści cztery złote miesięcznie. I zaległe.

Kolejna cisza. Dłuższa.

- Mamo, nie rób z tego afery. Naprawdę tego nie zauważałaś przez pięć lat? To nie mogło być aż takie obciążenie.

To zdanie uderzyło mnie jak policzek. Nie mogło być aż takie obciążenie. Mój syn - mój syn, który jako dziecko dostawał najlepsze kurtki z Tuzinka, bo na gorszych oszczędzałam, mój syn, dla którego odkładałam na studia, rezygnując z wyjazdów nad morze - mój syn właśnie powiedział mi, że prawie jedenaście tysięcy złotych to dla mnie nic takiego.

- Darek, ja nie mówię, że to afera - odpowiedziałam cicho. - Mówię, że chcę, żebyś mi zwrócił pieniądze, które zapłaciłam za wasze telefony.

- Mamo, to jest abonament rodzinny. Rodzinny. Ja go założyłem, ja go wybrałem, ja dogadałem warunki. Ty tylko opłacasz fakturę, bo tak było najwygodniej technicznie. Mogę ci przepisać na siebie, jak ci to przeszkadza. Ale oddawać? Za co? Za pięć lat korzystania z telefonu?

- Ja korzystam za trzydzieści sześć złotych. Nie za sto osiemdziesiąt.

- Dobra, mamo, muszę kończyć. Pogadamy w niedzielę.

Nie pogadaliśmy w niedzielę. Ani w następną. Darek przepisał abonament na swoje konto - to zrobił, przyznaję. Dostałam SMS-a z operatora, że zlecenie stałe zostało anulowane. Żadnego słowa od syna. Żadnego przelewu. Cisza.

Zadzwoniłam do Patrycji, bo pomyślałam, że może ona nie wiedziała. Może Darek to załatwił sam, za jej plecami.

- Bożena, proszę nie robić z tego problemu - powiedziała gładko. - Darek już przepisał abonament. Sprawa zamknięta.

- A te pieniądze?

- Jakie pieniądze? Pani korzystała z telefonu, my korzystaliśmy z telefonu. Nikt nikomu nic nie jest winien.

Pani. Patrycja powiedziała do mnie „pani". Po dwunastu latach znajomości, po setkach niedzielnych obiadów, po tygodniach opieki nad Oliwią i Kacprem, kiedy oboje pracowali, po workach pierożków, które wiozłam na Białołękę w torbie z Biedronki. Pani.

Koleżanka Krysia, z którą chodzimy na basen, powiedziała mi prosto: - Bożena, odpuść. Nie odzyskasz tych pieniędzy, a stracisz syna.

Inna koleżanka, Lucyna z dawnej pracy, oburzyła się: - Jak to odpuść? Niech oddają co do grosza! To jest zwykłe korzystanie z matki!

Ja leżałam w nocy i myślałam o czymś innym. Nie o pieniądzach - te bolą, ale bywało gorzej. Myślałam o tym, jak łatwo przyszło mu zalogować się na moje konto. Jak naturalnie założył, że mama zapłaci. Jak przez pięć lat ani razu nie zapytał: „Mamo, nie jest ci za dużo?". Jak na końcu to ja miałam się czuć winna, że „robię aferę".

I myślałam o tym, ile jeszcze razy powiem „dobrze, synku" - bo tak jest łatwiej. Bo tak robiły nasze matki. Bo kocham go i boję się ciszy w telefonie bardziej niż dziury w portfelu.

Minął miesiąc. Darek zadzwonił w piątek, jakby nigdy nic.

- Mamo, w niedzielę wpadniemy z dziećmi. Zrobisz te swoje naleśniki z serem?

Stałam w kuchni, telefon przy uchu. Ser twarogowy był w lodówce, jajka też. Oliwia uwielbia naleśniki posypane cukrem pudrem, Kacper je z dżemem truskawkowym.

- Dobrze, synku - powiedziałam.

Odłożyłam telefon. Usiadłam przy stole. Popatrzyłam na kartkę, którą trzymałam w szufladzie od dwóch tygodni - wydrukowane potwierdzenie bankowe, sto osiemdziesiąt razy sześćdziesiąt, czarno na białym. Wsunęłam ją z powrotem pod rachunki za prąd.

Nie wyrzuciłam.