Wnuk odrabiał u mnie zadanie z procentów. W pewnej chwili zapytał: „babciu, a ile jest wart metr w twoim bloku? Bo tata ma w komputerze tabelkę i tam jesteś ty".
Ołówek wypadł mi z ręki i potoczył się po stole, aż zatrzymał go brzeg talerza z sernikiem. Bartek patrzył na mnie tymi swoimi jasnymi oczami i czekał, jakby zadał najzwyklejsze pytanie na świecie. Ile kosztuje metr. Tabelka. Jestem tam ja.
- Jaka tabelka, kochanie? - zapytałam tak spokojnie, jak potrafiłam.
- No taka, w Excelu. Tata ma kolumny: adres, metraż, cena za metr, wartość. I jest „mama" - to babcia Krysia, i „Bożena" - to ty, babciu. I jeszcze jakieś inne osoby.
Dziesięcioletni chłopiec nie rozumiał, co mi właśnie powiedział. Wrócił do swojego zadania, liczył pięć procent od trzystu złotych, a ja siedziałam w kuchni na Ursynowie i czułam, jak podłoga pode mną robi się miękka. Mój syn - mój Darek - ma w komputerze tabelkę z wartością mojego mieszkania. I mieszkania swojej teściowej. I „jakichś innych osób".
Mam sześćdziesiąt osiem lat. Trzydzieści z nich spędziłam w tym bloku. Przeprowadziłam się tu z mężem Henrykiem w osiemdziesiątym dziewiątym, jeszcze przed upadkiem muru. Henryk nie dożył emerytury - odszedł dziesięć lat temu, rak płuc, bo przez całe życie palił Popularne i mówił, że to za słabe, żeby szkodzić. Zostałam sama na pięćdziesięciu czterech metrach, z balkonem wychodzącym na park i widokiem na kasztanowiec, który kwitnie co roku w maju tak pięknie, że sąsiadki robią mu zdjęcia telefonami.
Darek jest moim jedynym dzieckiem. Urodził się, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat, a ja pracowałam wtedy na poczcie na Służewcu. Wychowywałam go najlepiej, jak umiałam. Henryk dużo pracował jako elektryk, więc to ja chodziłam na wywiadówki, to ja pilnowałam lekcji, to ja stałam w kolejkach po buty zimowe. Darek skończył studia, ożenił się z Agnieszką - miłą, cichą dziewczyną z Radomia - dostał pracę w firmie zajmującej się nieruchomościami. I właśnie to ostatnie zdanie nabrało teraz zupełnie nowego znaczenia.
Tamtego popołudnia, kiedy Bartek poszedł do domu, usiadłam przy oknie i próbowałam sobie wszystko poukładać. Może to niewinne? Może Darek po prostu z zawodowego nawyku wpisuje takie rzeczy? Przecież pracuje w nieruchomościach, ciągle operuje cenami, metrażami, wartościami. Może to odruch - jak u mnie, kiedy automatycznie przeliczam każdy rachunek w sklepie, bo trzydzieści lat na poczcie zrobiło ze mnie ludzki kalkulator.
Ale „mama" i „Bożena" w jednej tabelce? Mama Agnieszki - Krysia - mieszka sama w domku pod Radomiem. Ma siedemdziesiąt trzy lata i kiepskie kolana. Ja mieszkam sama na Ursynowie. Dwie starsze kobiety, dwa mieszkania, dwie kolumny w Excelu mojego syna.
Przez następne dni chodziłam jak ogłuszona. Robiłam zakupy na Biedronce, płaciłam rachunki za prąd, podlewałam pelargonie na balkonie - a w głowie miałam cały czas tę tabelkę. Próbowałam z siebie śmiać. Bożena, masz sześćdziesiąt osiem lat i boisz się arkusza kalkulacyjnego. Ludzie boją się diagnoz, wyroków, komorników - a ty drżysz przed Excelem.
Ale drżałam. Bo za tym Excelem stało pytanie, którego bałam się najbardziej: czy mój syn czeka na moje mieszkanie?
W niedzielę Darek przyjechał jak zwykle z obiadem - Agnieszka zawsze pakowała mi porcję bigosu albo gołąbków w plastikowe pojemniki. Siedział przy moim stole, pił herbatę z cytryną i opowiadał o remoncie łazienki. Patrzałam na niego i szukałam w tej twarzy czegoś - obłudy? Wyrachowania? Widziałam zmęczonego czterdziestodwulatka z workami pod oczami i przetłuszczonymi włosami, który mówił o cenach kafelków tak, jakby to był najważniejszy temat na świecie.
- Darek - przerwałam mu w połowie zdania o fugoinie. - Bartek mówił mi, że masz jakąś tabelkę w komputerze. Z adresami. Z metrażami.
Patrzył na mnie przez chwilę, która trwała chyba rok. Potem odstawił kubek.
- Mamo, to nie jest tak, jak myślisz.
- A skąd wiesz, jak myślę?
- Bo znasz siebie. I ja cię znam. Już sobie pewnie nakręciłaś film, że spisuję na ciebie wyrok, tak?
Milczałam. Trafił celnie i oboje o tym wiedzieliśmy.
- To jest planowanie - powiedział ciszej. - Nie czekanie, mamo. Planowanie. Mamy kredyt na mieszkanie, Bartkowi za osiem lat studia, Zosia chodzi na logopedę, Agnieszka pracuje na pół etatu. Ja po prostu... próbuję ogarnąć, co będziemy mieli za dziesięć, piętnaście lat. Jakie są możliwości. Co po was zostanie - po tobie i po Krysi - i jak to uczciwie podzielić, żeby potem nie było awantur jak u Kowalczyków z drugiego piętra.
Kowalczykowie z drugiego piętra - trzy siostry, które po śmierci matki nie odezwały się do siebie przez sześć lat. Wiedziałam, o czym mówi. Chodziłam na pogrzeb ich matki, widziałam, jak stały przy grobie po trzech różnych stronach.
- Mogłeś mnie zapytać - powiedziałam. - Mogłeś po prostu powiedzieć: mamo, porozmawiajmy o przyszłości.
- A ty byś chciała taką rozmowę?
I znów milczałam. Bo odpowiedź brzmiała: nie. Nie chciałabym. Kto chce siedzieć z własnym dzieckiem i rozmawiać o tym, co będzie, jak go już nie będzie? Kto chce słyszeć, że jego mieszkanie jest warte tyle a tyle za metr, że jest pozycją w kolumnie?
Darek wyjechał tego dnia wcześniej niż zwykle. Pocałował mnie w policzek, powiedział „przepraszam, że się dowiedziałaś w ten sposób". Na klatce schodowej zatrzymał się jeszcze i dodał: „To nie zmienia niczego między nami, mamo".
Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju, patrząc na wieszak, na którym wisiała jeszcze kurtka Henryka - nigdy jej nie wyrzuciłam. I myślałam o tym, że Darek ma rację. Że to rozsądne. Że Kowalczykowie z drugiego piętra zrujnowali sobie życie, bo ich matka nie zostawiła testamentu, a one nie potrafiły rozmawiać o pieniądzach. Że mój syn nie jest potworem - jest zmęczonym człowiekiem z kredytem i dwójką dzieci, który próbuje nie dać się zaskoczyć przyszłości.
A jednocześnie czułam coś, czego nie potrafię nazwać. Nie gniew, nie żal - coś innego. Jakby ktoś wszedł do mojego domu pod moją nieobecność i zmierzył go taśmą. Wszystko na swoim miejscu, nic nie ukradziono, ale coś się zmieniło. Powietrze inne. Ściany bliżej.
Od tamtej rozmowy minął miesiąc. Darek przyjeżdża jak dawniej, z bigosem w pojemniku i opowieściami o remoncie, który nie ma końca. Bartek przychodzi odrabiać matematykę i właśnie przerabiamy ułamki. Wszystko jest normalnie.
Tylko że ja w zeszłym tygodniu poszłam do notariusza zapytać o testament. Jeszcze go nie spisałam. Nie wiem, czy to zrobię. Ale chciałam wiedzieć, że mogę.
Pięćdziesiąt cztery metry, balkon, kasztanowiec za oknem. Pozycja w kolumnie D. Albo dom, w którym przeżyłam całe życie. Zależy, kto patrzy.