W listopadzie ksiądz czytał wypominki. Stefana wyczytał dwa razy - z mojej kartki i z czyjejś jeszcze. W zakrystii pani pokazała mi tę drugą: równe, kobiece pismo, ofiara złożona na cały rok. Modli się za niego ktoś, kogo nie znam.

Stałam z tą kartką w ręku, a pani Henia z zakrystii patrzyła na mnie znad okularów i czekała, jakbym miała jej coś wyjaśnić. Nie wyjaśniłam. Schowałam kartkę do kieszeni płaszcza, podziękowałam i wyszłam bocznymi drzwiami, bo nie chciałam, żeby ktokolwiek widział moją twarz.

Na parkingu siedziałam w samochodzie dobre piętnaście minut. Silnik zgaszony, ręce na kierownicy. Czytałam tę kartkę po raz trzeci, czwarty, piąty. „Za spokój duszy śp. Stefana Kalety" - i nic więcej. Żadnego nazwiska ofiarodawcy, żadnego adresu. Tylko te równe, pochyłe litery, jakby ktoś pisał powoli i starannie, z namysłem. Kobieta. To na pewno kobieta.

Stefan nie żyje od czterech lat. Umarł w marcu, na oddziale kardiologii szpitala w Poznaniu, trzymając mnie za rękę. Trzydzieści osiem lat małżeństwa - od wesela w osiemdziesiątym szóstym roku, w remizie strażackiej pod Lesznem, po ten szpitalny pokój z widokiem na parking. Myślałam, że znam każdy dzień z tych trzydziestu ośmiu lat. Każdą osobę, każdy telefon, każdą nieobecność.

Mam na imię Bożena, w grudniu skończę sześćdziesiąt dwa lata. Całe życie pracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej, potem w firmie budowlanej na Wildzie. Stefan był elektrykiem, ostatnie piętnaście lat w zakładzie energetycznym. Mamy dwóch synów - Marcina i Kubę. Marcin mieszka w Warszawie, Kuba tu, w Poznaniu, na Ratajach, piętro nade mną. To Kuba pomógł mi po pogrzebie, to on przychodził wieczorami z Olą i małym Filipkiem, żebym nie siedziała sama z tym pustym mieszkaniem.

I to właśnie Kubie zadzwoniłam tego wieczoru.

- Mamo, może to koleżanka z pracy? - powiedział spokojnie. - Tata miał ludzi, co go lubili.

- Na cały rok, Kuba. Kto składa ofiarę na wypominki na cały rok za kolegę z pracy?

Cisza. Słyszałam, jak Filipek gdzieś w tle woła o sok.

- Nie rób z tego afery, mamo. Tata nie żyje. Co ci to zmieni?

Miał rację. I jednocześnie nie miał żadnej racji. Bo jeśli ktoś modli się za mojego męża - regularnie, hojnie, od co najmniej roku - to ta osoba go kochała. Albo wciąż kocha. A ja o niej nie wiem.

Zaczęłam szukać. Nie dramatycznie, nie jak w filmie - nie wynajęłam detektywa, nie włamywałam się do skrzynek mailowych. Stefan i tak ledwo umiał obsługiwać komputer, miał jeden adres e-mail, którego używał głównie do Allegro. Ale miał telefon. Stary Samsung, który po jego śmierci leżał w szufladzie komody, pod rachunkami za prąd i kartą sanatoryjną z Ciechocinka.

Bateria dawno padła. Kupiłam ładowarkę w sklepie na rogu. Kiedy ekran się zaświecił, poczułam się jak złodziejka we własnym domu. Kod PIN znałam - Stefan używał daty urodzin Filipka, bo to była jedyna kombinacja, którą potrafił zapamiętać.

Kontakty. Setki numerów, większość podpisanych po imieniu i nazwisku. Przejrzałam je wszystkie. Nic podejrzanego. Żadnej „Kasi z serduszkiem", żadnej „M." bez nazwiska. SMS-y - wykasowane automatycznie po dwóch latach, zostało niewiele. Rachunki za gaz, potwierdzenia wizyt u lekarza, wiadomość od Marcina: „Tato, lot o 14:20, będę na dworcu o 18".

Powinnam była odłożyć ten telefon. Ale wtedy otworzyłam galerię.

Zdjęcia z działki - grządki, pomidory, nasz stary parasol z Castoramy. Zdjęcia Filipka na huśtawce. I jedno zdjęcie, które zatrzymało mi oddech. Kobieta, może pięćdziesięcioletnia, w jasnym płaszczu, stoi przy pomniku Starego Marycha na Starym Rynku. Uśmiecha się, lekko mrużąc oczy od słońca. Nie znam jej.

Jedno zdjęcie. Tylko jedno. Zrobione w maju, dwa lata przed śmiercią Stefana.

Nie spałam trzy noce. Patrzyłam na tę twarz - ładna, normalna kobieta, mogłaby być moją koleżanką z pracy. Mogłaby siedzieć obok mnie w kościele. Może siedzi.

W końcu zadzwoniłam do Teresy, żony Andrzeja, najlepszego przyjaciela Stefana jeszcze z technikum. Teresa wiedziała zawsze wszystko o wszystkich - miała dar wyciągania informacji, którego ja nigdy nie posiadałam.

- Tereska, powiedz mi szczerze. Stefan miał kogoś?

Długa cisza. Za długa.

- Bożenka - powiedziała wreszcie. - Andrzej mi kiedyś mówił... ale ja nie wiem, czy to prawda. Że Stefan spotykał się z jakąś kobietą. Ale że to nie było nic takiego. Że to była znajoma, wdowa, że pomagał jej z papierami po mężu. Andrzej mówił, że Stefan raz czy dwa się z nią widział, ale nic między nimi nie było.

- Raz czy dwa.

- Bożena, ja nie wiem więcej. Naprawdę.

Andrzej nie żyje - odszedł rok po Stefanie, rak płuc. Nie ma kogo zapytać. Jest tylko to zdjęcie, ta kartka z wypominkami i ta cisza, którą zostawiają po sobie mężczyźni, kiedy umierają ze swoimi sekretami.

Przez dwa tygodnie chodziłam na mszę codziennie. Nie z pobożności - z czujności. Oglądałam twarze kobiet, szukałam jasnego płaszcza, tych zmrużonych oczu. Głupota. Ale nie umiałam przestać.

Aż w trzecią niedzielę Adwentu - zobaczyłam ją. Drugą ławkę od końca, prawa strona. Ten sam zaczesany na bok grzywka, te same okulary w ciemnej oprawce. Siedziała sama, z różańcem owiniętym wokół dłoni. Kiedy ksiądz czytał modlitwę za zmarłych, pochyliła głowę i widziałam, jak porusza wargami.

Poszłam za nią po mszy. Nie musiałam - mogłam wrócić do domu, podgrzać zupę, zadzwonić do Marcina, zapomnieć. Ale nogi same niosły.

Dogoniłam ją na chodniku, przy przystanku na Śródce.

- Przepraszam - powiedziałam. Głos mi się trząsł. - Pani składała wypominki za Stefana Kaletę?

Odwróciła się. Nie była przestraszona. Była smutna. Spokojnie smutna, jakby czekała na to pytanie od dawna.

- Tak - powiedziała cicho. - Byłam jego koleżanką. Pomagał mi, kiedy Witek umarł. Chodziliśmy na spacery. Rozmawialiśmy. Nic więcej.

- Nic więcej - powtórzyłam.

- Pani Bożeno, ja wiem, kim pani jest. Stefan dużo o pani mówił. Zawsze mówił, że ma szczęście.

Stałam na tym przystanku i nie wiedziałam, co zrobić z rękami. Z twarzą. Z tym, co czuję. Bo ta kobieta nie kłamała - widziałam to. I jednocześnie wiedziałam, że nie mówi całej prawdy. Bo ludzie nie składają ofiar na cały rok za kogoś, z kim „tylko rozmawiali".

Autobus nadjechał, a ona wsiadła. Ja zostałam.

Nie powiedziałam o tym Kubie ani Marcinowi. Nie powiedziałam Teresie. Noszę to w sobie od dwóch miesięcy i nie potrafię zdecydować, co jest gorsze - to, czego mogłabym się jeszcze dowiedzieć, czy to, czego nigdy już nie będę w stanie zapytać Stefana.

Czasem wieczorem biorę jego telefon, patrzę na to zdjęcie i próbuję zrozumieć twarz kobiety, która uśmiecha się do mojego męża w majowym słońcu. A potem odkładam telefon i patrzę na nasze wspólne zdjęcie na komodzie - z wakacji nad Bałtykiem, z dziewięćdziesiątego trzeciego. Stefan trzyma mnie za rękę. Śmiejemy się oboje.

Nie wiem, które z tych zdjęć mówi prawdę. Może oba.