Mąż zmarł w lutym. Porządkując jego biurko, znalazłam wydrukowane rezerwacje - dwa miejsca w samolocie do Włoch, na czerwiec, opłacone jeszcze przed świętami. Przy żadnym z nich nie było mojego nazwiska.
Pierwsze, co zrobiłam, to odwróciłam kartkę, jakby na drugiej stronie mogło być wyjaśnienie. Jakiś dopisek jego ręką, cokolwiek. Ale druga strona była pusta. Czysta, biała, obojętna - jak całe to biurko, które przez trzydzieści cztery lata małżeństwa było dla mnie terytorium zakazanym. „Grażynka, nie ruszaj mi papierów, bo potem niczego nie znajdę" - powtarzał Henryk za każdym razem, kiedy chciałam chociaż odkurzyć. I nie ruszałam. Przez trzydzieści cztery lata nie ruszałam.
Rezerwacja była na nazwisko Henryk Jabłoński i Lucyna Więcek. Dwa miejsca w samolocie Warszawa-Rzym, lot na piątego czerwca, powrót dwunastego. Hotel w Trastevere, pokój dwuosobowy z widokiem na Tyber. Opłacone dwudziestego grudnia, czyli pięć dni przed Wigilią. Pięć dni przed tym, jak siedzieliśmy razem przy stole, łamaliśmy się opłatkiem i Henryk życzył mi zdrowia, spokoju i „żebyśmy mieli jeszcze dużo takich wspólnych wieczorów".
Zacisnęłam palce na kartce tak mocno, że papier zaczął pękać na zgięciu. A potem usiadłam na jego obrotowym krześle i siedziałam tak chyba z godzinę, patrząc na ścianę.
Mam na imię Grażyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech tygodni jestem wdową. Henryk dostał rozległego zawału w pracy - był elektrykiem w zakładach na Żeraniu, pracował tam od lat osiemdziesiątych. Zadzwonili do mnie z pogotowia, ale kiedy dojechałam do szpitala, było już po wszystkim. Lekarz powiedział, że to było bardzo szybkie, że prawdopodobnie nie cierpiał. Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć. Nie pocieszyło.
Pogrzeb był piękny, o ile pogrzeb może być piękny. Przyszło dużo ludzi. Henryka lubiano - w zakładzie, na osiedlu, w kościele, gdzie co niedzielę chodził na jedenastą. Nasz syn Marcin przyjechał z Wrocławia z żoną i dziećmi, córka Ania wzięła wolne z apteki. Staliśmy we trójkę przy grobie, trzymając się pod ręce, i myślałam wtedy, że przynajmniej jedno w życiu zrobiliśmy dobrze - wychowaliśmy porządne dzieci. Że Henryk byłby dumny.
A potem, dwa tygodnie później, kiedy wreszcie zebrałam siły, żeby ogarnąć jego rzeczy - bo ktoś musiał, bo rachunki nie płacą się same, bo ZUS nie załatwi się sam - otworzyłam tę przeklętą szufladę.
Lucyna Więcek. Powtórzyłam to nazwisko na głos, w pustym mieszkaniu, i dźwięk mojego własnego głosu mnie przestraszył. Kim była? Ile miała lat? Jak wyglądała? Jak długo? Pytania sypały się jak z automatu, a odpowiedzi nie było komu udzielić, bo jedyna osoba, która je znała, leżała na Bródnie pod świeżą ziemią.
Przez pierwsze dwa dni nie powiedziałam nikomu. Chodziłam po mieszkaniu jak duch, robiłam herbatę i zapominałam ją wypić, stałam przy oknie i patrzyłam na podwórko, gdzie Henryk co sobotę mył samochód. Myślałam, że zwariuję. Trzeciego dnia zadzwoniłam do Krysi, mojej siostry.
- Krysia, muszę ci coś powiedzieć.
- Co się stało? Grażyna, dobrze się czujesz?
- Henryk miał kogoś.
Cisza. Długa, gęsta cisza, po której powinno paść „co ty gadasz" albo „niemożliwe". Ale Krysia powiedziała tylko:
- Skąd wiesz?
I wtedy coś we mnie pękło. Bo to „skąd wiesz" nie brzmiało jak zaskoczenie. Brzmiało jak potwierdzenie.
- Ty wiedziałaś - powiedziałam. To nie było pytanie.
- Grażyna, nie wiedziałam na pewno. Widziałam go raz, dwa lata temu, na Marszałkowskiej, z jakąś kobietą. Szli obok siebie, nie trzymali się za ręce, pomyślałam, że to koleżanka z pracy albo...
- I nie powiedziałaś mi.
- A co miałam powiedzieć? Że widziałam twojego męża, jak szedł ulicą z obcą kobietą? Grażyna, to mogło być nic.
Miała rację. Mogło być nic. Ale nie było.
Przez następne dni szukałam. Systematycznie, metodycznie, jak księgowa, którą byłam przez dwadzieścia sześć lat w firmie budowlanej na Woli. Przeglądałam wyciągi z konta - Henryk nigdy nie zmienił hasła do bankowości, bo ja mu je ustawiałam. Znalazłam przelewy. Niewielkie, regularne, co miesiąc - po pięćset, sześćset złotych - na konto, którego nie znałam. Od trzech lat. Znalazłam rachunek z kwiaciarni na Pradze - kwiaty zamawiane co dwa tygodnie. Ja od Henryka dostawałam kwiaty dwa razy w roku: na imieniny i na rocznicę ślubu.
W jego starym telefonie - tym zapasowym, który trzymał w szafce z narzędziami - były zdjęcia. Henryk na tle morza, ale nie Bałtyku. Henryk w restauracji z białymi obrusami. Henryk uśmiechnięty tak, jak ja go nie pamiętałam od lat. I ona - drobna, ciemne włosy, może pięćdziesiątka, może trochę mniej. Na jednym zdjęciu opierała głowę o jego ramię.
Nie płakałam. Powinnam była płakać, prawda? Tak robią normalne kobiety, kiedy dowiadują się, że ich mąż je zdradzał. Ale ja nie płakałam. Czułam coś gorszego - czułam się głupia. Trzydzieści cztery lata. Wspólna łazienka, wspólne konto, wspólna kołdra zimą - i nie widziałam. Albo nie chciałam widzieć, co w sumie na jedno wychodzi.
Marcin zadzwonił w piątek wieczorem, jak zwykle.
- Mamo, jak się trzymasz?
- Trzymam się, synku.
- Pamiętaj, że jak potrzebujesz, to przyjedziemy w każdy weekend.
- Wiem, Marcinku. Nie trzeba.
Nie powiedziałam mu. Nie powiedziałam Ani. Stałam w kuchni, jedną ręką mieszając zupę pomidorową, której nikt oprócz mnie nie miał zjeść, i myślałam: po co? Po co mają wiedzieć, że ojciec, którego właśnie pochowali ze łzami w oczach, który był dla nich autorytetem, który Marcina nauczył jeździć i Ani naprawił rower, kiedy miała dziesięć lat - po co mają wiedzieć, że miał drugie życie?
Ale prawda jest taka, że nie chroniłam ich. Chroniłam siebie. Bo gdybym powiedziała na głos, przy świadkach, że Henryk miał kochankę - to znaczyłoby, że moje małżeństwo było kłamstwem. A ja nie byłam gotowa na to, żeby to przyznać.
Lucynę Więcek znalazłam w internecie po tygodniu szukania. Pracowała w bibliotece na Mokotowie. Rozwiedziona, bezdzietna. Na Facebooku miała zdjęcie profilowe z kotem na kolanach i zakładkę „ulubione miejsca" - Rzym, Florencja, Neapol. Włochy. No tak.
Pojechałam tam pewnego wtorku. Nie wiem, po co. Nie miałam planu. Wsiadłam w autobus na Bielanach, przejechałam pół Warszawy i stanęłam przed biblioteką jak jakaś wariatka w beżowym płaszczu. Stałam dziesięć minut, piętnaście. A potem drzwi się otworzyły i wyszła kobieta z ciemnymi włosami - ta sama twarz co ze zdjęć - z siatką z Biedronki w jednej ręce i książką w drugiej. Miała czerwone oczy. Zapłakane.
Ona też za nim płakała.
Zawróciłam. Szłam do przystanku szybkim krokiem, prawie biegłam, chociaż nikt mnie nie gonił. Wsiadłam w pierwszy autobus i dopiero w domu, siedząc w butach na tym jego obrotowym krześle, zrozumiałam jedną rzecz, której wolałabym nie rozumieć: Henryk nie był nieszczęśliwy. Ani ze mną, ani z nią. On po prostu żył dwoma życiami i w obu czuł się potrzebny.
A ja teraz stałam pomiędzy tymi życiami, trzymając w ręku rezerwację na podróż, na którą nigdy nie poleci, i musiałam zdecydować, co z tym zrobić. Mogłam spalić te kartki, skasować zdjęcia, zamknąć szufladę i być wdową po dobrym człowieku. Mogłam powiedzieć dzieciom. Mogłam zadzwonić do tej kobiety.
Wybrałam coś innego. Wzięłam telefon i wpisałam w wyszukiwarkę „anulowanie rezerwacji lotniczej". Wyświetliła się strona linii lotniczych. Dwa bilety do Rzymu, z czego jeden na moje nazwisko - bo mogłam zmienić dane pasażera. Siedziałam z palcem nad ekranem i myślałam: to szaleństwo.
Ale potem pomyślałam o czymś jeszcze. Przez trzydzieści cztery lata Henryk nigdy nie zabrał mnie do Włoch. Zawsze były wymówki - pieniądze, urlop, remont łazienki, komunia Marcinka, potem wesele Ani. A ona miała z nim jechać w czerwcu, do pokoju z widokiem na Tyber.
Nie zmieniłam jeszcze danych w rezerwacji. Kartka leży na biurku, obok filiżanki po herbacie. Czasem na nią patrzę. Nie wiem, czy polecę. Nie wiem, czy to byłoby piękne, czy żałosne. Wiem tylko, że za oknem robi się cieplej i że czerwiec jest coraz bliżej.