Panoramę zębów wysłałam synowi w marcu - „mam kolegę stomatologa, mamo, załatwię konsultację od ręki". Kolega od czterech miesięcy „w rozjazdach", ząb czekał. Zapisałam się prywatnie, za trzysta pięćdziesiąt, przyjęli w czwartek. Syn się obruszył: „przecież mówiłem, że załatwię - po co wydawałaś?"

Odłożyłam telefon na blat kuchenny i przez chwilę patrzyłam na niego tak, jakby to był przedmiot, którego nie rozpoznaję. Herbata stygła w kubku, za oknem kwitła lipa, a ja miałam w sobie to dziwne uczucie - jakby ktoś otworzył drzwi do pokoju, o którym wiedziałam, że istnieje, ale nigdy do niego nie zaglądałam.

Bo to nie był pierwszy raz.

Jestem Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach - takiej z szarymi blokami, trawnikami, które koszono raz w miesiącu, i ławeczkami, na których siadały babcie z wnukami. Sama byłam jedną z tych babć, dopóki wnuki nie wyrosły na takie, co wolą tablet niż piaskownicę.

Mój syn Tomek ma trzydzieści osiem lat. Programista. Mieszka we Wrocławiu z żoną Kasią i dwójką dzieci. Zarabia dobrze - przynajmniej tak wynika z tego, co widzę, gdy czasem wrzuci zdjęcie z restauracji albo z weekendu w górach. Kiedy dzwonię, zawsze jest „w biegu". Kiedy piszę, odpisuje po kilku godzinach. Krótko. Czasem jednym słowem. „Ok". „Spoko". „Załatwię".

To „załatwię" - muszę o nim opowiedzieć, bo ono jest kluczem do wszystkiego.

Zaczęło się chyba z pięć lat temu, kiedy zepsuł mi się piekarnik. Taki stary, jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, kupiony z Ryszardem, moim nieżyjącym mężem. Ryszard umarł w dwa tysiące osiemnastym - rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Ale to inna historia. Piekarnik zgasł w środku pieczenia sernika na imieniny sąsiadki Krystyny i nie chciał się odpalić.

Zadzwoniłam do Tomka. „Mamo, nie kupuj byle czego, ja ci znajdę porządny, mam kolegę w MediaMarkt, załatwię ci z rabatem". Czekałam trzy tygodnie. Potem miesiąc. Piekłam ciasta u Krystyny, bo mi się głupio robiło prosić o więcej. W końcu poszłam do sklepu na rogu, kupiłam taki zwykły, za osiemset złotych. Kiedy Tomek się dowiedział, usłyszałam: „mamo, ja ci miałem załatwić za pięćset, po co przepłacałaś?".

Potem był hydraulik. Ciekło pod zlewem, plama na suficie u sąsiadki z dołu. „Mam kolegę, mamo, złotą rączkę, przyjdzie w weekend". Weekend. Następny weekend. Jeszcze jeden. Sąsiadka zadzwoniła, że jej się tapeta odkleja. Wezwałam hydraulika z ogłoszenia, zapłaciłam sto osiemdziesiąt. Tomek: „przecież mówiłem, że załatwię".

Potem lekarz, do którego miałam się dostać „przez znajomego z pracy Kasi". Potem mechanik, który miał obejrzeć moje stare auto. Potem elektryk, bo korki wywalało.

Za każdym razem ten sam schemat. Tomek obiecywał. Tomek się odwlekał. Ja czekałam, bo nie chciałam go urazić. Bo skoro powiedział, że załatwi, to może naprawdę załatwi. A potem, kiedy w końcu robiłam to sama - obruszał się. Jakbym go zdradziła. Jakbym mu powiedziała: nie ufam ci.

A może właśnie to mu mówiłam?

Ale ten ząb - to było coś więcej niż piekarnik czy rura pod zlewem. Bolał mnie od lutego. Tępy, uporczywy ból, który promieniował do skroni i budziła mnie w nocy. Zaczęłam jeść tylko lewą stroną, unikałam lodów, które kocham, a gorącą herbatę piłam przez słomkę. Kiedy w marcu wysłałam Tomkowi to zdjęcie panoramy, liczyłam, że tym razem będzie inaczej. Że sprawa zdrowia matki ruszy coś, czego nie ruszył piekarnik.

Nie ruszyła.

Kwiecień minął na wymianie zdawkowych wiadomości. „Kolega jest w delegacji". „Niedługo wraca". „Mamo, nie panikuj, to pewnie nic poważnego". Maj - cisza. W czerwcu napisałam: „Tomek, ja naprawdę muszę z tym iść do dentysty". Odpisał: „Wiem, mamo, zadzwonię do niego jutro". Nie zadzwonił. Albo zadzwonił, a kolega był znowu gdzieś w rozjazdach. Nie wiem. Przestałam pytać.

Zapisałam się prywatnie pod koniec czerwca. Pani doktor powiedziała, że gdybym przyszła trzy miesiące wcześniej, wystarczyłoby leczenie kanałowe. Teraz - ekstrakcja i implant. Koszt? Około trzech tysięcy. Trzysta pięćdziesiąt za pierwszą wizytę to był dopiero początek.

Kiedy powiedziałam o tym Tomkowi, on naprawdę się obraził. Ale nie na siebie. Na mnie.

„Mamo, przecież ci mówiłem, że załatwię. Nie musiałaś wydawać tych pieniędzy. Kolega by cię przyjął za darmo, bo robi mi aparat Zosi. Dlaczego ty zawsze musisz wszystko robić po swojemu?"

Stałam w kuchni, trzymałam telefon przy uchu i słuchałam, jak mój trzydziestoośmioletni syn tłumaczy mi, że to ja jestem winna. Że to moja niecierpliwość. Moja samowolka. Patrzyłam na ten kubek z herbatą, na rachunek z gabinetu dentystycznego złożony na czworo, na kwitnącą za oknem lipę - i nagle usłyszałam własny głos, którego się nie spodziewałam.

„Tomek - powiedziałam spokojnie, tak spokojnie, że sama siebie nie poznawałam - czy ty wiesz, że ja nie śpię od czterech miesięcy? Że jem zupę, bo nie mogę gryźć? Że wzięłam sto pięćdziesiąt złotych z koperty, którą odkładam na swój pogrzeb, bo nie chciałam cię prosić o pieniądze?"

Cisza. Tylko taka prawdziwa cisza, nie ta wygodna, przerywana „uhm" i „no tak". Cisza, w której słychać było, jak oddycha.

„Mamo, przesadzasz" - powiedział w końcu. Ale jakoś ciszej niż zwykle.

Nie wiem, czy przesadzam. Może tak. Może powinnam była zadzwonić dziesiąty raz i poprosić wprost: Tomek, jestem twoją matką, boli mnie ząb, pomóż mi teraz, nie za tydzień, nie za miesiąc. Może powinnam krzyczeć, a nie czekać grzecznie jak klientka w kolejce do ZUS-u.

Ale ja go tak wychowałam, żeby pomagał. I on chce pomagać - wierzę w to. Problem w tym, że jego pomoc jest zawsze „zaraz". Zaraz zadzwonię. Zaraz załatwię. Zaraz napiszę. A moje „zaraz" już dawno minęło. Moje „zaraz" boli, cieknie, wypada z gniazdka.

Krystyna, sąsiadka, powiedziała mi ostatnio przy kawie: „Bożena, ty nie masz syna, ty masz obietnicę". Roześmiałam się, ale to był taki śmiech, po którym człowiek odwraca głowę do okna, żeby nikt nie zobaczył oczu.

Tomek przyjechał na weekend w lipcu. Przywiózł kwiaty i pudełko czekoladek, takich z Biedronki, za dwanaście dziewięćdziesiąt - znam cenę, bo sama je kupuję. Był miły. Naprawił klamkę w łazience, o którą nie prosiłam, i wymienił żarówkę na korytarzu. Przy obiedzie powiedział: „Mamo, jak będziesz potrzebowała tego implantu, to daj znać, dorzucę się".

„Dziękuję" - odpowiedziałam i nałożyłam mu drugą porcję bigosu.

Nie zapytałam kiedy. Nie zapytałam ile. Zjadł, pocałował mnie w policzek, wsiadł do samochodu i odjechał do Wrocławia. Czekoladki stoją na szafce w pokoju. Nie otworzyłam ich.

Jest teraz środek sierpnia. Ząb wyrwany, dziąsło się goi. Na implant odkładam po dwieście złotych z emerytury - Krystyna mówi, że jestem uparta jak osioł. A ja myślę sobie czasem wieczorem, przy tej stygącej herbacie, że Tomek to dobry człowiek. Naprawdę. Że on mnie kocha. Że po prostu jego miłość jest na innej częstotliwości niż moja potrzeba. I że może to jest najgorsze - że nie ma tu żadnego złoczyńcy, żadnej złej woli, tylko to jedno słowo „załatwię", które wisi między nami jak most, po którym nikt nie przechodzi.

Nie wiem, czy następnym razem znowu poczekam. Nie wiem, czy powinnam.