Pan Henryk na pożegnanie pocałował mnie w rękę, a potem, niespodziewanie, w policzek. W domu płakałam przy zdjęciu Stefana: „nie gniewaj się". Nad ranem mi się przyśnił - machnął ręką jak zawsze: „Anielka, no co ty, przecież masz żyć". Zaproszenie na niedzielny obiad przyjęłam.
Ale zanim opowiem o tym obiedzie i o tym, co było potem, muszę wrócić do początku. Do momentu, kiedy wydawało mi się, że moje życie już się skończyło - i że tak właśnie powinno być.
Stefan odszedł w marcu, dwa lata temu. Rak trzustki. Od diagnozy do pogrzebu minęło pięć miesięcy. Pięć miesięcy, w których trzymałam go za rękę, karmiłam rosołem z łyżeczki, pilnowałam leków co cztery godziny i udawałam, że wierzę, kiedy mówił: „Anielka, ja jeszcze z tobą na działkę pojadę, zobaczysz". Nie pojechał. Umarł w środę rano, w naszej sypialni na Grochowie, przy otwartym oknie, bo lubił słyszeć tramwaje. Czterdzieści jeden lat małżeństwa. Dwoje dzieci. Jedno życie, które nagle zostało przecięte na pół.
Mam na imię Aniela, chociaż wszyscy mówią na mnie Anielka. Sześćdziesiąt cztery lata. Całe zawodowe życie przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Na emeryturę przeszłam rok przed chorobą Stefana - miałam wreszcie czas, żebyśmy razem coś zobaczyli. Zakopane. Może Bałtyk. Stefan marzył o Kołobrzegu, bo tam jeździł jako dziecko z rodzicami. Zamiast Kołobrzegu pojechałam na Bródno, na cmentarz. I tak mi zostało.
Córka Magda dzwoniła codziennie z Wrocławia. Syn Tomek wpadał raz w tygodniu z obiadem od żony. „Mamo, jedz" - mówił, stawiając garnek na kuchence. Ja jadłam. Sprzątałam. Podlewałam fiołki na parapecie, bo Stefan je zasadził. Chodziłam na cmentarz we wtorki i piątki. Robiłam wszystko, co powinnam, tylko że wewnątrz nic nie czułam. Jakby ktoś wyłączył prąd w środku.
Pana Henryka poznałam przez Krystynę, sąsiadkę z czwartego piętra. Krystyna od lat chodziła na zajęcia dla seniorów w domu kultury przy Grochowskiej. „Anielka, chodź ze mną na gimnastykę. Albo na te warsztaty ceramiczne. Będziesz siedzieć w domu i usychać?" - powtarzała co tydzień, stojąc w moich drzwiach z reklamówką pełną jabłek ze swojej działki.
Poszłam w październiku, pół roku po śmierci Stefana. Nie na gimnastykę - na warsztaty malowania na jedwabiu, bo to brzmiało tak absurdalnie, że aż mnie rozśmieszyło. I tam siedział pan Henryk. Siwy, wyprostowany, w starannie wyprasowanej koszuli. Były kolejarz, emeryt od trzech lat, wdowiec od pięciu. Malował jedwabną chustę w piwonie i robił to z taką powagą, jakby składał raport służbowy.
- Pani pierwszy raz? - zapytał, nie odrywając wzroku od pędzla.
- Pierwszy - odpowiedziałam.
- To niech pani siądzie obok. Ja też nie umiem, ale przynajmniej będziemy razem nie umieć.
Roześmiałam się. Po raz pierwszy od miesięcy - naprawdę, szczerze. I poczułam takie poczucie winy, jakbym właśnie zdradziła Stefana.
Zaczęliśmy rozmawiać po zajęciach. Herbata w kawiarni przy domu kultury, taka zwykła, w szklankach z koszyczkami. Pan Henryk mówił o żonie Helenie - jak gotowała gołąbki, jak śpiewała przy prasowaniu, jak pod koniec myliła jego imię z imieniem swojego ojca. Alzheimer. Pięć lat opieki, ostatnie dwa w domu spokojnej starości, bo sam nie dawał rady.
- Człowiek się wtedy czuje jak zdrajca - powiedział cicho, mieszając cukier w herbacie. - Że ją oddałem. Że nie wystarczyłem.
Zrozumiałam go natychmiast. Bo ja też czułam, że nie wystarczyłam. Że może gdybym wcześniej zauważyła, gdybym nalegała na badania, gdybym nie odpuściła, kiedy Stefan mówił, że to tylko żołądek.
Spotykaliśmy się raz w tygodniu, potem dwa razy. Zawsze „pan Henryk" i „pani Aniela". Zawsze w miejscach publicznych - kawiarnia, park Skaryszewski, ławka pod kasztanem. Rozmowy o dzieciach, o wnukach, o cenach w Biedronce, o tym, że kolano boli przed deszczem. Nic wielkiego. A jednak coś się zmieniało. Zaczęłam rano myć włosy nie tylko na cmentarz. Kupiłam nową bluzkę - pierwszą od dwóch lat. Fiołki na parapecie zakwitły, jakby wyczuły, że ktoś w tym mieszkaniu znowu żyje.
Magda zauważyła pierwsza.
- Mamo, ty jakoś inaczej brzmisz przez telefon - powiedziała ostrożnie. - Coś się stało?
- Nic się nie stało. Chodzę na zajęcia w domu kultury.
Cisza. A potem, takim tonem, jakby ważyła każde słowo:
- To dobrze. Tata by chciał, żebyś wychodziła z domu.
Tomek zareagował inaczej. Wpadł w sobotę bez zapowiedzi, postawił garnek na kuchence i usiadł ciężko przy stole.
- Krysia z czwartego piętra mówi, że chodzisz po parku z jakimś facetem.
- Z panem Henrykiem. To kolega z warsztatów.
- Mamo - Tomek patrzył na swoje ręce - tata leży na cmentarzu dwa lata. Dwa lata.
Nie wiem, co mnie bardziej zabolało. To, że powiedział „dwa lata", jakby to było za mało. Czy to, że w jego głosie usłyszałam nie troskę, a osąd. Jakby istniał jakiś regulamin żałoby, a ja właśnie złamała punkt trzeci.
- Tomku - odpowiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło - ja nie robię nic złego.
- Wiem - burknął. Ale nie patrzył mi w oczy.
Po jego wyjściu siedziałam długo przy kuchennym stole. Patrzyłam na zdjęcie Stefana na kredensie - to z działki, w kapeluszu przeciwsłonecznym, z konewką w ręku. Uśmiechnięty. I pomyślałam: czy ty byś mnie osądził, Stefan? Czy ty byś powiedział „dwa lata"?
Następne tygodnie były dziwne. Chodziłam na warsztaty, piłam herbatę z panem Henrykiem, rozmawiałam, śmiałam się. A wieczorami wracałam do pustego mieszkania i czułam, że robię coś nie tak. Nie wobec Stefana - wobec Tomka. Wobec tej wersji siebie, którą wszyscy oczekiwali: matka w żałobie, babcia w czerni, wdowa przy grobie. Porządna kobieta.
A potem był ten wieczór. Pan Henryk odprowadził mnie do klatki, jak zwykle. Rozmawialiśmy o wnukach - jego Kasia zdała maturę, moja Zosia zaczęła chodzić. Było ciepło, pachniało bzem z podwórka. I wtedy pan Henryk wziął moją dłoń, pochylił się i pocałował ją. Delikatnie, po staremu, jak się to robiło kiedyś. A potem wyprostował się, spojrzał mi w oczy i pocałował w policzek.
- Pani Anielu - powiedział cicho - ja pani nie chcę stawiać w niezręcznej sytuacji. Ale chciałbym panią zaprosić na niedzielny obiad. Gotuję przyzwoity rosół. Helena mówiła, że nawet dobry.
Nie odpowiedziałam od razu. Uśmiechnęłam się, pokiwałam głową, weszłam na trzecie piętro i zamknęłam drzwi. A potem usiadłam na podłodze w przedpokoju i płakałam. Nie z bólu. Z czegoś, na co nie mam słowa - jakby ze środka wychodziło coś, co trzymałam zamknięte od dwóch lat.
Wstałam, umyłam twarz, podeszłam do zdjęcia Stefana na komodzie w sypialni.
- Nie gniewaj się - szepnęłam.
Nad ranem mi się przyśnił. Stał na działce, w tym swoim kapeluszu, z konewką. Machnął ręką tak, jak machał zawsze, kiedy robiłam problem z byle czego. „Anielka, no co ty, przecież masz żyć."
Obudziłam się o szóstej. Leżałam w cichym mieszkaniu i słuchałam tramwajów za oknem. Tych samych, które słuchał Stefan. I wiedziałam, że sen to sen, a nie żaden znak z zaświatów. Że to moja własna głowa szuka mi pozwolenia, bo sama sobie go dać nie potrafię.
Zadzwoniłam do pana Henryka o dziewiątej. Powiedziałam, że przyjdę. Że lubię rosół z dużą ilością koperku. Zaśmiał się cicho i powiedział: „Z koperkiem będzie, pani Anielu."
Tomkowi nie powiedziałam. Magdzie - tak. Milczała chwilę, a potem odezwała się głosem, w którym było tyle samo czułości co niepokoju:
- Mamo, tylko uważaj na siebie, dobrze?
Nie wiem, na co miałam uważać. Na pana Henryka? Na siebie? Na to, że ludzie powiedzą? A może na to, że jeszcze się do czegoś przywiążę i znowu stracę?
Niedziela jest jutro. Wyciągnęłam z szafy tę nową bluzkę. Stoję przed lustrem w łazience i patrzę na siebie - sześćdziesiąt cztery lata, zmarszczki wokół oczu, siwe pasemka, które od zeszłego tygodnia przestałam farbować. I myślę o Stefanie, o Tomku, o panu Henryku, o tym rosole z koperkiem. I o tym, że nie wiem, czy robię dobrze. Ale wiem, że jeszcze żyję. I że to musi coś znaczyć.