Pani Marysia z trzeciego piętra przepisała dzieciom mieszkanie pięć lat temu. W czwartek jej syn znosił walizki do taksówki - „ośrodek z opieką, mamie będzie lepiej". Machała mi przez szybę. Moje dzieci mówią, że u nas „to co innego".

Stałam na balkonie z herbatą w ręku i patrzyłam, jak taksówka z panią Marysią skręca za róg bloku. Jeszcze minutę wcześniej widziałam jej twarz za szybą - uśmiechała się, ale tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą płakać przy obcych. Znałam tę kobietę dwadzieścia sześć lat. Dwadzieścia sześć lat na tym samym osiedlu, na tej samej klatce schodowej. Pięć lat temu przyniosła mi sernik i powiedziała: „Elżbieto, przepisałam mieszkanie na dzieci. Teraz mam spokój, że po mnie nie będzie żadnych kłótów".

Wtedy pomyślałam, że to mądre. Dziś nie jestem pewna.

Mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzech jestem na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w firmie budowlanej na Mokotowie - zamknęłam kasę ostatniego dnia i nikt nawet tortu nie kupił, ale to inna historia. Mąż Henryk, mechanik, zmarł osiem lat temu. Serce. Zostałam z tym trzypokojowym mieszkaniem na Bielanach, z dwójką dorosłych dzieci i z przekonaniem, że jeszcze dużo przede mną.

Córka Agnieszka ma trzydzieści osiem lat, mieszka z mężem Darkiem na Białołęce. Syn Tomek - czterdzieści jeden, z żoną Kasią i dwójką dzieci w Piasecznie. Widuję ich regularnie. Agnieszka wpada w soboty, Tomek z rodziną w niedziele - nie co tydzień, ale często. Dzwonią. Pytają, czy mi czegoś nie trzeba. Kochane dzieci.

Więc dlaczego od czwartku nie mogę spać?

Bo widzę twarz pani Marysi za szybą taksówki. I słyszę, co powiedział jej syn Krzysztof na klatce, kiedy myślał, że nikt nie słyszy. „Mamo, nie rób scen. Wszystko jest załatwione. Będzie ci tam dobrze, jest ogród, jest opieka". A pani Marysia, siedemdziesiąt osiem lat, kobieta, która całe życie szyła sukienki na zamówienie dla pół osiedla, odpowiedziała tylko: „Dobrze, synku".

Dobrze, synku. Jakby to on decydował o jej życiu. A właściwie - decydował. Bo mieszkanie było już jego. Przepisane, zalegalizowane, gotowe do wynajęcia albo sprzedaży. Pani Marysia nie miała już u siebie żadnego „u siebie".

W piątek spotkałam na klatce Krystynę z drugiego piętra. Krystyna wie wszystko o wszystkich, ale tym razem nawet ona mówiła cicho.

- Widziałaś? - zapytała, przytrzymując drzwi. - Zabrali Marysię.

- Widziałam.

- Podobno ten ośrodek jest pod Garwolinem. Ładnie, czysto, ale wiesz... Garwolin. Kto ją tam odwiedzi? Krzysztof ma nowy samochód, ale jak znam życie, przyjedzie raz na Wielkanoc.

Chciałam powiedzieć, że to nie nasza sprawa. Że może pani Marysi rzeczywiście będzie lepiej, że może potrzebowała opieki, której Krzysztof nie mógł jej dać. Ale Krystyna dodała coś, co mnie zatrzymało.

- Wiesz, że Krzysztof już dał ogłoszenie? Na OLX. Wynajem. Trzy pokoje, Bielany, od zaraz.

Od zaraz. Pani Marysia jeszcze pewnie nie rozpakowała walizek.

W sobotę przyjechała Agnieszka. Jak zawsze - z owocami, z butelką soku jabłkowego, z uśmiechem. Usiadła w kuchni, nalała sobie herbatę i zaczęła opowiadać o remoncie łazienki na Białołęce. Słuchałam, kiwałam głową, a potem nie wytrzymałam.

- Widziałaś, że panią Marysię zabrali?

Agnieszka odstawiła kubek.

- Mamo, to nie jest „zabrali". Syn ją umieścił w domu opieki. To normalne, jak ktoś jest starszy i potrzebuje pomocy.

- Pani Marysia sama robiła zakupy. Sama gotowała. Sama schodziła po schodach bez windy na trzecie piętro.

- No to może nie chodziło o zdrowie, tylko o wygodę. Jej wygodę - dodała Agnieszka szybko.

Popatrzyłam na córkę. Na jej oczy, które uciekały gdzieś w bok, na lodówkę, na zegar nad drzwiami. Znałam ten wzrok. Tak patrzył Henryk, kiedy nie chciał mi powiedzieć, ile wydał na części do cudzego samochodu.

- Agnieszko, czy wy z Tomkiem rozmawialiście o moim mieszkaniu?

Cisza. Dwie sekundy, może trzy, ale wystarczające, żebym wszystko zrozumiała.

- Mamo, to nie tak. Po prostu... Tomek wspomniał kiedyś, że warto pomyśleć o przyszłości. Że w pewnym wieku lepiej mieć sprawy uregulowane. Żeby nie było potem jak u Kowalskich z czwartego, pamiętasz? Sąd, komornik, rodzeństwo się nie odzywa.

- Uregulowane - powtórzyłam. - A co to znaczy „uregulowane"?

- No... przepisanie. Albo testament. Żeby było jasne.

- Jasne dla kogo?

Agnieszka podniosła kubek i piła herbatę, chociaż widziałam, że jest już zimna. Milczała. Ja też milczałam. Za oknem ktoś trzasnął drzwiami samochodu. Na balkonie sąsiadki schły ręczniki. Normalny sobotni dzień na Bielanach.

W niedzielę zadzwonił Tomek. Normalnie, jak co tydzień - pytał o zdrowie, o ciśnienie, o to, czy pralka już nie cieknie. A potem, jakby od niechcenia:

- Mamo, Agnieszka wspominała, że rozmawiałyście o sprawach formalnych. Wiesz, to naprawdę warto ogarnąć. Nie teraz, nie jutro, ale warto. Znajomy prawnik mówił, że im wcześniej, tym prościej.

- Znajomy prawnik - powtórzyłam.

- No, Kasi kolega z pracy. Specjalizuje się w takich sprawach. Mogę ci dać numer.

Odłożyłam telefon i usiadłam w fotelu Henryka. W tym samym, w którym siedział, kiedy oglądał mecze. Obicie jest już przetarte, ale nie potrafię go wyrzucić. Pachnie jeszcze nim - benzyną i tym tanim balsamem po goleniu z Rossmanna.

Myślałam o pani Marysi. O tym, jak pięć lat temu przyniosła mi sernik i mówiła o spokoju. O tym, jak powoli przestawała wychodzić na klatkę - nie dlatego, że nie mogła, tylko dlatego, że Krzysztof coraz częściej mówił jej, że „nie powinna się forsować". Jak zaczął przyjeżdżać z żoną, ale nie na obiad, tylko „sprawdzić, czy wszystko w porządku". Jak powoli, systematycznie, pani Marysia stawała się gościem we własnym mieszkaniu.

A potem przestała być nawet gościem.

Moje dzieci nie są jak Krzysztof. Wiem o tym. Agnieszka naprawdę martwi się o mnie, Tomek naprawdę chce, żeby „było jasne". Nie planują żadnego ośrodka pod Garwolinem. Są dobrzy. Kochają mnie.

Ale pani Marysia też tak mówiła o Krzysztofie.

W poniedziałek rano zadzwoniłam do notariusza. Nie do tego, którego polecał kolega Kasi. Do swojego, tego samego, u którego Henryk spisywał testament, kiedy zachorował. Zapytałam o jedną rzecz: czy jeśli przepiszę mieszkanie, mogę zastrzec sobie prawo dożywotniego zamieszkania. Notariusz powiedział, że tak, to się nazywa służebność osobista. Że to mocne zabezpieczenie, ale - tu zawahał się - „w praktyce bywa różnie, proszę pani".

W praktyce bywa różnie. Tak jak u pani Marysi, która miała zapisaną służebność, a i tak pakuje teraz walizki pod Garwolinem. Bo służebność chroni prawo do mieszkania, ale nie chroni przed samotnością, przed ciszą, przed synem, który mówi „mamie będzie lepiej" tonem, jakby zamawiał pizzę.

Nie przepisałam mieszkania. Jeszcze nie. Formularz leży na komodzie obok zdjęcia Henryka.

W środę wieczorem Agnieszka napisała SMS-a: „Mamo, u Ciebie to co innego, wiesz o tym prawda? My byśmy nigdy. Kocham". Przeczytałam trzy razy. A potem wyszłam na balkon, popatrzyłam na okna trzeciego piętra - ciemne, zasłony zaciągnięte - i pomyślałam, że pani Marysia pewnie też dostawała takie wiadomości.

Może nawet ten sam tekst. „U nas to co innego".