Od siostry wróciłam dzień przed terminem. W moich oknach paliło się światło: przy moim stole siedziało dwóch studentów z laptopami. „Pan Marek wynajął nam pokój na trzy tygodnie, mamy umowę i klucze". Pan Marek to mój syn - umowę mieli, ja nie miałam pojęcia.
Stałam w przedpokoju z walizką w jednej ręce i reklamówką z jabłkami od Bożenki w drugiej. Chłopaki - bo to byli chłopaki, może po dwadzieścia parę lat - patrzyli na mnie z takim samym zaskoczeniem, z jakim ja patrzyłam na nich. Na moim stole leżały ich podręczniki. Na mojej kanapie - zwinięty śpiwór. W powietrzu unosił się zapach taniego makaronu z keczupem.
- Przepraszamy, pani jest...? - odezwał się ten wyższy, wstając od stołu.
- Jestem właścicielką tego mieszkania - powiedziałam i usłyszałam, jak mój głos brzmi jak ktoś obcy. Sucho, twardo. Jakby nie mój.
Nazywam się Krystyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu mieszkam w tym samym bloku na Gocławiu. Dwupokojowe, trzecie piętro, widok na plac zabaw, który pamiętam jeszcze z czasów, gdy Marek zjeżdżał tam na zjeżdżalni. Teraz Marek ma trzydzieści jeden lat, pracuje w firmie logistycznej na Mokotowie i - jak się właśnie okazało - wynajmuje moje mieszkanie obcym ludziom, kiedy wyjeżdżam do siostry.
Chłopaki pokazali mi umowę. Wydrukowaną, z datą, z podpisem Marka, z kwotą - tysiąc osiemset złotych za trzy tygodnie. Mieli klucze dorobione w dorabialni na rogu, tę samą, do której ja chodziłam od lat. Jeden egzemplarz. Wszystko czysto, wszystko schludnie. Jakby to był normalny biznes.
Zadzwoniłam do Marka. Nie odebrał za pierwszym razem. Ani za drugim. Za trzecim napisał SMS: „Mamo, jestem na spotkaniu, oddzwonię wieczorem". Normalny SMS. Uprzejmy. Jakby nic się nie działo.
Poprosiłam studentów, żeby spakowali się do rana. Powiedzieli, że rozumieją, ale że zapłacili z góry i nie mają gdzie pójść. Ten niższy, Bartek, wyglądał na naprawdę przestraszonego. Powiedział, że przyjechali z Lublina na praktyki, że w akademiku nie było miejsc, że znaleźli ogłoszenie na portalu. Pokazał mi je na telefonie - zdjęcia mojego salonu, mojej kuchni, mojej sypialni. Wszystko sfotografowane starannie, z dobrym światłem. Opis: „Przytulne mieszkanie na Gocławiu, blisko metra, cisza, pełne wyposażenie".
Pełne wyposażenie. Moje wyposażenie. Moja pościel, moje garnki, mój czajnik, który dostałam od Bożenki na imieniny pięć lat temu.
Kazałam im zostać na noc w salonie. Sama zamknęłam się w sypialni, gdzie przynajmniej nikt nie spał. Leżałam w ciemności i próbowałam zrozumieć. Nie złość mnie zjadała. Złość przyszła później. Najpierw było coś gorszego - zaskoczenie tak głębokie, że bolało fizycznie, w dołku, jak po uderzeniu.
Bo to nie był obcy człowiek. To był Marek. Mój Marek. Ten sam, któremu po śmierci Andrzeja - mojego męża, jego ojca - oddałam wszystko, co miałam w sobie z matczynej siły. Ten sam, który przychodził do mnie na niedzielne obiady, zjadał mój rosół, całował mnie w policzek na pożegnanie. Ten sam, który miał zapasowe klucze, bo „mamo, a jakbyś się zamknęła, a jakbyś zemdlała". Dałam mu te klucze z miłości. On użył ich dla pieniędzy.
Marek zadzwonił następnego dnia rano. Nie przeprosił od razu. Powiedział: „Mamo, miałaś wrócić w czwartek".
Jakby problem polegał na tym, że wróciłam o dzień za wcześnie. Jakby to ja zawiniłam, psując mu plan.
- Marek, wynająłeś moje mieszkanie obcym ludziom - powiedziałam, a ręce mi się trzęsły tak, że musiałam postawić kubek z herbatą na blacie.
- To nie tak, mamo. To był jednorazowy strzał. Widziałem ogłoszenie, że ludzie szukają czegoś na krótki termin, i pomyślałem, że mieszkanie i tak stoi puste. Trzy tygodnie, zero szkód, pieniądze na konto. Chciałem ci powiedzieć, ale nie chciałem cię martwić.
Nie chciał mnie martwić. Tę frazę znałam dobrze. Andrzej też nie chciał mnie martwić, kiedy brał pożyczkę na samochód. Nie chciał martwić, kiedy odkładał badania. Nie chciał martwić, aż pewnego dnia karetka zabrała go z warsztatu i wrócił do domu dopiero po trzech tygodniach, chudy i milczący. „Nie chciałem cię martwić" to u mężczyzn w mojej rodzinie ulubione tłumaczenie na wszystko.
Spotkaliśmy się w parku koło mojego bloku, bo nie chciałam go wpuszczać do mieszkania. Nie dlatego, że się go bałam. Dlatego, że nie chciałam patrzeć, jak siada na krześle, na którym dzień wcześniej siedział obcy student.
Marek przyszedł z kwiatami. Tulipany, żółte, takie które lubię. Wiedział. A ja pomyślałam - jeśli wie, jakie kwiaty lubię, to dlaczego nie wiedział, że nie wolno wynajmować mojego domu za moimi plecami?
- Oddaj klucze - powiedziałam.
Stał z tymi tulipanami i patrzył na mnie jak dziecko, któremu odebrano coś, co uważało za swoje. I wtedy go zobaczyłam wyraźnie - nie mojego małego Marka z zjeżdżalni, tylko dorosłego mężczyznę, który policzył, ile jest warte moje puste mieszkanie, i podjął decyzję beze mnie.
Oddał klucze. Bez słowa. Położył je na ławce między nami. A potem powiedział coś, co mnie zamroziło bardziej niż to wszystko wcześniej.
- Mamo, ja mam kredyt. Anka jest w ciąży. Drugie dziecko. Nie daję rady.
Tego nie wiedziałam. O ciąży - nie wiedziałam. O kredycie - nie wiedziałam. Marek niczym mnie nie martwił od lat, a ja brałam to za dowód, że wszystko jest w porządku. Bożenka mówiła mi nieraz: „Krystyna, ty wierzysz, bo chcesz wierzyć". Miała rację. Chciałam wierzyć, że mój syn jest w porządku. Że daje radę. Że nie jest jak Andrzej.
Wzięłam te tulipany. Nie dlatego, że wybaczyłam. Dlatego, że by zwiędły na ławce i szkoda mi było kwiatów.
Studentom oddałam pieniądze ze swojej kieszeni - połowę tego, co zapłacili Markowi. Resztę niech sobie ściągają od niego. Bartek, ten z Lublina, powiedział: „Dziękujemy, proszę pani. Przepraszamy za kłopot". Nie mieli za co przepraszać. Kłopot nie był ich.
Minął tydzień. Marek nie dzwonił. Ja też nie. Na parapecie stoją jego żółte tulipany, trochę już opadłe, ale jeszcze żywe. Patrzę na nie wieczorami i myślę o tym, co powinnam zrobić. Mogę dać mu pieniądze - mam trochę odłożone, nie dużo, ale trochę. Mogę pomóc z dzieckiem, kiedy się urodzi. Mogę udawać, że nic się nie stało, tak jak robiłam to po każdym „nie chciałem cię martwić".
Albo mogę nie otwierać drzwi następnym razem, kiedy przyjdzie z tulipanami.
Zamek w drzwiach wymieniłam w poniedziałek. Nowy klucz leży w szufladzie. Jeden egzemplarz. I ciągle nie wiem, czy powinnam dorobić drugi.