Pralka padła we wrześniu. Syn zabronił kupować: „czekaj na Black Friday, mamo, ogarnę ci za pół ceny". Prałam w wannie do grudnia - prześcieradła, ręczniki, kręgosłup. W Black Friday syn kupił sobie telewizor - pralkę kupiłam w styczniu sama, bez promocji.
Tamtego wieczoru, w styczniu, kiedy kurier wniósł mi tę pralkę po schodach na trzecie piętro - bo winda znowu nie działała - usiadłam na taborecie w kuchni i rozpłakałam się. Nie z radości. Nie ze zmęczenia. Z czegoś, czego nie umiałam wtedy nazwać. Dopiero potem zrozumiałam, że to był wstyd. Wstydziłam się, że przez cztery miesiące słuchałam własnego syna zamiast własnego kręgosłupa.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści osiem z nich przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w hurtowni budowlanej na Wildzie. Przeszłam na emeryturę dwa lata temu. Mąż, Ryszard, odszedł osiem lat wcześniej - nie umarł, odszedł. Do koleżanki z pracy, takiej z lakierowanymi paznokciami i białym audi. Zostałam z mieszkaniem w bloku, emeryturą i synem Marcinem, który wtedy kończył studia informatyczne i mówił, że wszystko ogarnie.
Ogarnie. To było jego ulubione słowo. „Ogarnę ci internet, mamo." „Ogarnę ci telefon." „Ogarnę ci te rachunki, bo ty nie rozumiesz taryf." Ja, kobieta, która trzydzieści osiem lat rozliczała faktury, nie rozumiałam taryf. Ale kiwałam głową, bo Marcin mówił to takim tonem, jakby mi pomagał. Jakby robił mi łaskę. A ja byłam taka wdzięczna, że w ogóle jest, że nie wyjechał, że dzwoni co tydzień - no, co dwa tygodnie - że przyjmowałam tę łaskę jak prezent.
We wrześniu pralka zaczęła wydawać dźwięki jak traktor na polu. Wezwałam serwisanta - pan Zbyszek z osiedla, złota rączka. Popatrzył, pokręcił głową. „Pani Bożenko, łożyska, pompa, programator. Naprawiać to jak leczyć trupa. Niech pani kupi nową, taką za tysiąc pięćset, i będzie spokój na dziesięć lat." Tysiąc pięćset to nie był dla mnie problem. Miałam odłożone. Nie miliony, ale na pralkę? Jak najbardziej.
Zadzwoniłam do Marcina. Nie wiem dlaczego - przyzwyczajenie, chyba. Albo ta potrzeba, żeby ktoś powiedział: „dobrze robisz, mamo." Marcin się oburzył. „Mamo, nie kupuj teraz. W listopadzie jest Black Friday, ja ci znajdę pralkę za połowę ceny. Poczekaj dwa miesiące, a oszczędzisz siedemset złotych."
Siedemset złotych. Brzmiało rozsądnie. Marcin zawsze brzmiał rozsądnie. Miał ten swój głos - spokojny, trochę znudzony, jakby tłumaczył coś dziecku. Ryszard tak samo mówił, teraz sobie przypominam. Tak samo pochylał się nad moim ramieniem, kiedy coś podpisywałam, i mówił: „Bożena, daj, ja to sprawdzę." A ja dawałam.
Więc czekałam. Październik. Prałam w wannie. Najpierw tylko bluzki, bieliznę - to jeszcze szło. Potem prześcieradła. Klęczałam przy wannie jak nad rzeką, a mokre prześcieradło ważyło chyba tonę. Wykręcanie - to było najgorsze. Skręcałam materiał, a kręgosłup skręcał się razem z nim. W lędźwiach coś chrupało. Rano wstawałam z łóżka bokiem, trzymając się futryny.
Krysia z parteru - moja jedyna prawdziwa przyjaciółka na tym osiedlu - widziała, jak wieszam pranie na suszarce na balkonie, i powiedziała wprost: „Bożena, oszalałaś? Kup tę pralkę, na co czekasz?" Powiedziałam jej o Marcinie, o Black Friday. Krysia pokiwała głową, ale widziałam, jak zacisnęła usta. „A Marcin to u siebie pralkę ma?" - spytała. Miał. Pięciokilogramową, z suszarką, kupioną na raty.
Listopad. Kręgosłup bolał tak, że poszłam do lekarza. Pani doktor na NFZ spojrzała na mnie znad okularów. „Przeciążenie. Proszę unikać dźwigania." Wyszłam z receptą na Ketonal i przekierowaniem do rehabilitanta - termin za trzy miesiące. Pranie i tak trzeba było robić. Ręczniki, pościel, obrusy. Miałam nawyk - czyste w domu to czyste w głowie. Nie umiałam żyć w brudzie. Więc klęczałam dalej.
Zadzwoniłam do Marcina dwa tygodnie przed Black Friday. „Synku, pamiętasz o tej pralce?" „Tak, mamo, ogarnę, nie stresuj się." Nie stresowałam się. Ufałam mu. W końcu to mój syn, wykształcony, inteligentny. Ja tam się na internecie nie znam, on wie lepiej, gdzie są promocje, jakie parametry, ile obrotów. Ja bym kupiła pierwszą lepszą. On ogarnie.
Black Friday przyszedł w piątek, dwudziestego czwartego listopada. Czekałam przy telefonie jak nastolatka na randkę. Marcin nie dzwonił. Napisałam SMS-a o dwunastej: „I co z pralką?" Odpowiedział po trzech godzinach: „Sprawdzam jeszcze, wieczorem napiszę." Wieczorem napisał, że promocje na pralki były słabe, żeby poczekać na Cyber Monday.
W Cyber Monday napisał, że też nic dobrego nie znalazł. Że w grudniu będą jeszcze świąteczne promocje. „Poczekaj, mamo."
Czekałam. Klęczałam przy tej wannie i czekałam. Wigilia przyszła - przyjechał Marcin z dziewczyną, ładna, młoda, pachniała jakimiś drogimi perfumami. Usiedli przy stole, jedli mojego karpia i barszcz, a potem Marcin włączył telewizor - żeby pokazać dziewczynie jakiś serial. Nie nasz stary telewizor w salonie. Swój telefon. „Kupiłem sobie na Black Friday nowy telewizor, mamo. Sześćdziesiąt pięć cali. Za pół ceny, wyobrażasz sobie?"
Nie odpowiedziałam. Nalałam sobie kompotu z suszu i piłam powoli, łyk po łyku, bo gdybym otworzyła usta, tobym powiedziała coś, czego żadna matka nie powinna mówić przy wigilijnym stole. Dziewczyna Marcina pomagała mi zmywać - ręcznie, bo zmywarka to kolejna rzecz, której nigdy nie miałam. I wtedy ona, ta młoda, zobaczyła pranie moczące się w wannie i zapytała: „Pani Bożeno, pralka się zepsuła?" A ja odpowiedziałam: „We wrześniu." Spojrzała na Marcina. Marcin udawał, że nie słyszy.
W styczniu pojechałam do Media Expert sama. Autobus 68, potem tramwaj. Wybrałam pralkę - nie najtańszą, nie najdroższą. Tysiąc sześćset. Pan w sklepie pomógł zamówić dostawę. Kurier wniósł na trzecie piętro, podłączył, puścił pierwszy program testowy. Stałam w łazience i słuchałam tego miarowego szumu bębna jak najpiękniejszej muzyki na świecie.
Potem usiadłam na taborecie i płakałam.
Marcin zadzwonił w lutym. „Mamo, co tam u ciebie?" Powiedziałam mu o pralce. Cisza. Potem: „To dobrze. A ile zapłaciłaś?" Powiedziałam. „No, na Black Friday byłoby taniej" - stwierdził. Nie przeprosił. Nawet nie zauważył, że powinien.
Krysia mówi, że powinnam mu to powiedzieć wprost - że mnie zawiódł, że cztery miesiące prania w wannie to nie oszczędność, tylko lekceważenie. Może ma rację. Ale ja patrzę na to inaczej. Cztery miesiące klęczałam przy wannie nie dlatego, że nie miałam pieniędzy. Nie dlatego, że pralki nie było w sklepie. Klęczałam, bo czekałam na pozwolenie od własnego dziecka. Na pozwolenie wydać własne pieniądze. I to jest coś, co muszę sobie najpierw sama powiedzieć, zanim powiem to jemu.
Od tamtej pory minęło pół roku. Pralka działa pięknie. Kręgosłup - już nie tak pięknie, rehabilitant mówi, że powinienam była przyjść wcześniej. Marcin dzwoni regularnie, jest miły, pyta o zdrowie. Ostatnio zaproponował, że ogarnie mi nowy telefon. „Poczekaj na promocję, mamo."
Kupiłam go następnego dnia.