Wnuk „pomieszkuje" u mnie od października, bo bliżej na uczelnię. Wraca po północy, lodówka pustoszeje, pranie robi się samo. W czwartek przyprowadził dziewczynę i przedstawił nas w przedpokoju: „to tylko babcia, nie przejmuj się nią".
Stałam z ścierką w ręku, bo akurat wycierałam blat po obiedzie. Dziewczyna - drobna, z krótkimi włosami farbowanymi na rudy - uśmiechnęła się do mnie niepewnie. Widziałam, że jej głupio. Bartek nawet się nie zatrzymał, pociągnął ją za rękę w stronę swojego pokoju. Swojego pokoju. Tego, który jeszcze rok temu był moją pracownią krawiecką. Maszyna Singer stoi teraz w sypialni, bo wnukowi „przeszkadzał hałas".
Zostałam w tym przedpokoju jak słup soli. Ścierka w ręku. Kapcie na nogach. „To tylko babcia." Jakbym była częścią umeblowania. Meblościanka, szafka na buty, wieszak, babcia.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt siedem lat i od czterdziestu trzech mieszkam w tym samym bloku na Ochocie. Trzecie piętro, trzy pokoje, balkon na wschód. Pięćdziesiąt dwa metry, które spłaciliśmy z moim Tadeuszem jeszcze za Gierka. Tadeusz odszedł sześć lat temu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Od tamtej pory mieszkam sama. Mieszkałam sama.
We wrześniu zadzwoniła moja córka Marzena. Bartek dostał się na politechnikę, drugi rok informatyki, przeniesienie z Radomia. Akademik nie wypalił - podobno coś z przydziałem, nie wnikałam. „Mamo, mogłabyś go przygarnąć na semestr? Będzie mu bliżej, a ty nie będziesz sama." Powiedziała to tak, jakby robiła mi przysługę. Jakby samotność była chorobą, a dwudziestoletni chłopak - lekarstwem.
Zgodziłam się, bo babcie się zgadzają. Bo krawcowa na emeryturze, z rentą po mężu i kilkoma stałymi klientkami, nie odmawia jedynemu wnukowi. Bo pomyślałam sobie: fajnie będzie, ktoś wieczorem powie „dobranoc", ktoś rano trzaśnie drzwiami od łazienki, mieszkanie się ożywi.
Bartek przyjechał trzeciego października z dwoma torbami i laptopem. Pierwszego dnia zjadł moje pierogi ruskie i powiedział „niezłe, babciu". Drugiego dnia podłączył swój internet, bo mój był „jak za komuny". Trzeciego dnia przestawił mi meble w kuchni, żeby „lepiej pasowały". Nie pytał. Poinformował.
Do końca października wytworzył się pewien rytm. Bartek wstawał koło jedenastej, bo zajęcia miał późno. Śniadanie zostawiałam mu na stole pod ściereczką - kanapki z żółtym serem, pomidor, herbata w termosie. Wracał wieczorem, czasem przed dwudziestą, często po północy. Rzucał buty w przedpokoju, nie pod ścianą, tylko na środek. Zostawiał talerze w zlewie. Mokry ręcznik na podłodze w łazience.
Raz spróbowałam porozmawiać. „Bartek, moglibyśmy ustalić pewne zasady?" Podniósł wzrok znad telefonu. „Babciu, nie stresuj się. Ja się ogarnę." I wrócił do ekranu.
Zadzwoniłam do Marzeny. Powiedziałam ostrożnie, że Bartek mógłby trochę pomagać, że lodówka się sama nie napełni, że rachunki za prąd wzrosły, bo komputer chodzi całą dobę. Marzena westchnęła. „Mamo, on jest na studiach. Ma teraz swoje sprawy. Nie rób mu wyrzutów, bo się zniechęci i w ogóle przestanie do ciebie przyjeżdżać."
Zniechęci. Jakby jego obecność u mnie była łaską, za którą powinnam płacić ciszą.
W listopadzie Bartek zaczął się do mnie odzywać głównie wtedy, gdy czegoś potrzebował. Czy mogę wyprać jego koszulkę na jutro. Czy jest jeszcze ten bigos. Czy mogę nie włączać telewizora po dziesiątej, bo on ma „zdalny test". Za każdym razem mówił to bez złości, bez wyraźnej chamstwa nawet - raczej z takim lekkim znudzeniem, jakby instruował kelnerkę w barze. A ja robiłam. Prałam. Gotowałam. Ściszałam telewizor. Bo babcie się zgadzają.
Aż do czwartku.
Ta dziewczyna - Ola, jak się później dowiedziałam - wyszła z pokoju Bartka koło dziesiątej wieczorem. Bartek został w środku, pewnie przy komputerze. Ola przystanęła w kuchni, gdzie zmywałam naczynia.
- Przepraszam za to w przedpokoju - powiedziała cicho. - On tak nie myśli, proszę pani. On jest po prostu… no…
- Wiem, jaki jest - odpowiedziałam. - Herbaty się napijesz?
Nalałam jej herbaty z cytryną. Usiadła przy stole, na krześle, które czterdzieści lat temu kupił Tadeusz na giełdzie w Koło. Ola mi opowiedziała, że studiuje architekturę, że mieszka z trzema dziewczynami na Woli, że Bartek jest „w sumie fajny, tylko czasem nie czuje". Patrzyłam na nią i myślałam: widzisz to? Obca dziewczyna przeprasza za mojego wnuka. W moim domu. Przy moim stole.
W piątek rano, zanim Bartek wstał, usiadłam przy kuchennym stole z kawą i kartką. Nie piszę listów - to nie mój styl. Ale potrzebowałam pozbierać myśli. Wypisałam wszystko, co chciałam powiedzieć. Że go kocham, bo jest synem mojej córki, krwią mojego Tadeusza. Że ta miłość nie oznacza, że pozwolę się zredukować do obsługi hotelowej. Że „tylko babcia" to nie jest opis człowieka. Że mam swoje życie, swoje przyzwyczajenia, swoją maszynę Singer, która stoi nie na swoim miejscu. Że ma dwa tygodnie na znalezienie stancji albo powrót do akademika. Że będę go zapraszać na obiady w niedziele. Ale mieszkać - nie.
Zostawiłam kartkę na stole, pod termosem z herbatą, i wyszłam do swojej klientki na Mokotowie - przerabiać sukienkę na wesele.
Wracałam tramwajem koło trzeciej. W telefonie miałam trzy nieodebrane połączenia od Marzeny i SMS-a od Bartka. Marzena pewnie już wiedziała. SMS Bartka był krótki: „Babciu, pogadajmy jak wrócisz, ok?"
Nie oddzwoniłam do Marzeny. Jeszcze nie. Wiedziałam dokładnie, co usłyszę: że jestem samolubna, że on jest młody, że powinnam być wdzięczna za towarzystwo, że co powiedzieliby sąsiedzi, że co powiedziałby Tadeusz.
A Tadeusz by powiedział: „Halinka, twoje mieszkanie, twoje zasady."
Albo może nie powiedziałby. Tadeusz nie lubił konfliktów. Może by machnął ręką, pozmywał te talerze za Bartka i mruknął: „Daj spokój, młody jest." Nie wiem. Człowiek po sześciu latach sam sobie dorysowuje męża, jakiego potrzebuje, nie takiego, jaki był.
Wysiadłam na przystanku. Blok stał jak zawsze - szary, znajomy, z balkonem na trzecim piętrze, na którym rano zostawiłam pranie do wyschnięcia. Moje pranie. Tylko moje. Weszłam na klatkę schodową, wyjęłam klucze i przez chwilę stałam przed własnymi drzwiami, nasłuchując. Za nimi było cicho.
Przekręciłam zamek. W przedpokoju buty Bartka stały pod ścianą, równo. Pierwszy raz od października.
Nie wiem, czy to wystarczy. Nie wiem, czy rozmowa cokolwiek zmieni, czy Marzena mi to wybaczy, czy Bartek za miesiąc nie wróci do starych nawyków. Wiem tylko, że wczoraj byłam wieszakiem w przedpokoju, a dzisiaj jestem kobietą, która wchodzi do własnego mieszkania i nie musi za to przepraszać.
Te buty pod ścianą mogły znaczyć wszystko. Albo nic.