Na basenie nie byłam trzydzieści lat - wstyd blizn, wstyd wieku, wstyd kostiumu. Wnuczka kupiła nam dwa karnety: „babciu, tam nikt na nikogo nie patrzy, każdy płynie swoje". Przepłynęłam całą długość, wolno, ale bez zatrzymania. Wnuczka krzyczała z brzegu jak na meczu. Wykupiłyśmy karnet na rok.
Ale żeby opowiedzieć o tym basenie, muszę cofnąć się do momentu, kiedy przestałam pływać. I do momentu, kiedy przestałam robić wiele innych rzeczy, bo ktoś mi powiedział, że nie wypada.
To było w szatni na basenie przy Inflanckiej, lato dziewięćdziesiąt czwartego. Miałam trzydzieści dwa lata, dwójkę dzieci i blizny po cesarskim, które dopiero zaczęły blednąć. Stałam przed lustrem w nowym kostiumie - takim błękitnym, jednocześciowym, wybranym specjalnie, żeby zakrywał brzuch. Obok przebierała się koleżanka z pracy, Marzena. Zerknęła na mnie i powiedziała tak od niechcenia: „Grażynka, może poczekaj z tym basenem, aż trochę schudniesz, bo ludzie patrzą".
Marzena nie była złośliwa. To znaczy - nie bardziej niż inne kobiety w tamtych czasach. Mówiła to, co myślało wiele osób. Ja włożyłam sukienkę z powrotem, oddałam bilet w kasie i wróciłam autobusem na Bielany. Po drodze kupiłam lody dla dzieci, żeby mieć pretekst, dlaczego wracam wcześniej. Andrzej nawet nie zapytał.
Andrzej. Mój mąż od dwudziestu ośmiu lat. Elektryk, spokojny człowiek, dobry ojciec. Nigdy nie powiedział mi wprost, że jestem gruba czy brzydka. Ale nigdy też nie powiedział, że jestem ładna. Kiedy wychodziłam z łazienki po kąpieli, odwracał wzrok. Nie ze złości - z przyzwyczajenia. Jakby moje ciało było czymś, na co nie trzeba patrzeć. Jak tapeta w przedpokoju.
Przez trzydzieści lat nauczyłam się żyć tak, jakby moje ciało było problemem do ukrycia. Długie rękawy latem. Tuniki zamiast bluzek. Na wakacjach nad Bałtykiem - spódnica do kolan i kapelusz, zawsze na kocu, nigdy w wodzie. „Ja nie lubię pływać" - powtarzałam, aż sama w to uwierzyłam.
A kiedyś pływałam pięknie. Tata mnie nauczył na jeziorze koło Giżycka, gdzie jego rodzice mieli domek. Miałam osiem lat, bałam się jak cholera, ale tata trzymał mnie pod brzuchem i mówił: „Grażynka, woda cię nie puści, bo jesteś jej za lekka". Kłamał oczywiście, ale tak ładnie, że mu wierzyłam. Płynęłam. Potem przez całe liceum chodziłam na basen trzy razy w tygodniu. Trener mówił, że mam talent. Ja wiedziałam, że po prostu lubię ciszę pod wodą.
Ta cisza zniknęła gdzieś między porodami, nocnymi karminiami, zmianami w księgowości spółdzielni mieszkaniowej i codziennym gotowaniem obiadów. Życie mnie nie skrzywdziło - ono mnie po prostu zasypało. Warstwa po warstwie, jak kurz na meblościance.
Córka Magda wyjechała do Wrocławia, syn Tomek osiadł w Gdańsku. Andrzej przeszedł na emeryturę i zamknął się w garażu z radiem i starym fiatem, którego remontował od dekady. Ja zostałam w mieszkaniu na trzecim piętrze z telewizorem, krzyżówkami i poczuciem, że to jest moje życie i nie ma sensu się szarpać.
A potem przyjechała Zuzia.
Zuzia to córka Magdy, ma dwadzieścia jeden lat, studiuje fizjoterapię we Wrocławiu i ma w sobie coś, czego ja nie miałam nigdy - absolutny brak wstydu za własne istnienie. Nosi krótkie włosy, głośno się śmieje, je lody na ulicy zimą. Kiedy przyjechała do nas na majówkę, pierwszego wieczoru powiedziała przy kolacji: „Babciu, ale ty masz smutne oczy".
Andrzej spojrzał na mnie zaskoczony, jakby to usłyszał pierwszy raz. Jakby przez trzydzieści lat tego nie widział.
„Nonsens" - powiedziałam i podałam jej dokładkę bigosu.
Zuzia nie odpuściła. Następnego dnia zabrała mnie na spacer - nie na ławkę pod blokiem, tylko do parku Młociński, na dwie godziny. Szłyśmy i rozmawiałyśmy. Znaczy - ona pytała, a ja powoli, niepewnie, zaczęłam odpowiadać. O tym, że kiedyś pływałam. Że lubiłam. Że przestałam.
„Dlaczego przestałaś?" - zapytała.
I wtedy, na tej ścieżce między kwitnącymi kasztanami, powiedziałam na głos coś, czego nigdy nikomu nie powiedziałam: „Bo mi powiedziano, że się nie nadaję".
Zuzia stanęła. Patrzyła na mnie tymi swoimi jasnymi oczami i nic nie mówiła. Potem wzięła mnie za rękę - tak po prostu, jak dziecko - i powiedziała: „To bzdura, babciu. Totalna bzdura".
Następnego dnia wróciła z dwoma karnetami na basen przy Marymonckiej. „Babciu, tam nikt na nikogo nie patrzy, każdy płynie swoje."
Stałam w przedpokoju z tym karnetem w ręku i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie jak tama - bardziej jak lód na rzece, powoli, z trzaskiem. Andrzej wyjrzał z kuchni i zapytał: „A co to?".
„Karnet na basen" - odpowiedziałam.
Podniósł brwi. „Na basen? Ty?"
To „ty" bolało bardziej niż słowa Marzeny trzydzieści lat temu. Bo Marzena była koleżanką z pracy. A Andrzej był moim mężem.
Zuzia złapała mnie za łokieć. „Idziemy, babciu. Jak nie popłyniesz, to chociaż pomoczysz nogi".
W szatni trzęsły mi się ręce. Kostium kupiłyśmy razem dzień wcześniej - czarny, prosty, bez żadnych falbanek. Zuzia powiedziała, że wyglądam jak instruktorka. Skłamała, ale tak ładnie, że jej uwierzyłam. Jak kiedyś tacie.
Weszłam na halę basenową i uderzyło mnie to - zapach chloru, echo kroków na mokrych kafelkach, turkus wody. Trzydzieści lat i nic się nie zmieniło. Woda wyglądała tak samo. To ja byłam inna.
Na torze obok pływał pan po siedemdziesiątce, z brzuchem jak arbuz i uśmiechem od ucha do ucha. W dalszym rogu kobieta mniej więcej w moim wieku robiła spokojne kółka stylem grzbietowym. Nikt na mnie nie patrzył. Nikt.
Weszłam do wody. Zimna. Potem cieplejsza. Potem w sam raz. Odepchnęłam się od ściany i popłynęłam. Powoli, niezgrabnie, łapiąc oddech co trzeci ruch. Ramiona bolały po dziesięciu metrach. Ale nie stanęłam. Płynęłam i słyszałam ciszę pod wodą - tę samą, którą kochałam jako dziecko. Była tam na mnie czekała.
Kiedy dotknęłam przeciwległej ściany - dwadzieścia pięć metrów, cała długość - usłyszałam Zuzię. Stała przy brzegu i krzyczała jak na meczu Legii: „Babciu! Babciu, dałaś radę!".
Płakałam w tej wodzie. I dobrze, bo nikt tego nie widział.
Wieczorem Andrzej zapytał, jak było. Powiedziałam: „Dobrze". Nic więcej. On pokiwał głową i wrócił do telewizora. Zuzia siedziała obok mnie na kanapie i malowała mi paznokcie na czerwono - bo „babciu, czerwony to twój kolor, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz".
Wykupiłyśmy karnet na rok. Zuzia wróciła do Wrocławia, ale ja chodzę sama. Dwa razy w tygodniu, poniedziałek i czwartek, rano. Mam swoją szafkę - numer czterdzieści siedem. Mam swój tor - trzeci od prawej. Mam swoją ciszę pod wodą.
Andrzejowi powiedziałam w zeszłym tygodniu, że zapisałam się też na aqua aerobik. Spojrzał na mnie dziwnie i powiedział: „A obiad to kiedy?". Odpowiedziałam mu pierwszy raz w życiu coś, czego sam nie spodziewałam się z moich ust: „Obiad sobie podgrzejesz. Instrukcja jest na lodówce".
Milczał do wieczora. Nie wiem, co o tym myślę. Nie wiem, czy powinnam czuć satysfakcję, czy wyrzuty sumienia. Trzydzieści lat gotowałam obiady na czas. Trzydzieści lat nie pływałam, bo ktoś powiedział, że nie wypada.
Wczoraj Zuzia zadzwoniła i zapytała, czy pływam. Powiedziałam, że tak. „A dziadek?" - zapytała. „Dziadek podgrzewa sobie obiad" - odpowiedziałam. Zuzia się zaśmiała. Ja jeszcze nie wiem, czy to jest śmieszne.
Jutro jest czwartek. Szafka czterdzieści siedem, tor trzeci od prawej. Woda będzie zimna, potem cieplejsza, potem w sam raz.