Sweter dla Stasia robiłam trzy tygodnie - norweski wzór, wełna kupowana z emerytury. Założył go raz: na „imprezę brzydkich swetrów". Wygrał puchar i przybiegł się pochwalić: „babciu, twój sweter to złoto!". Puchar stoi u niego, sweter wrócił do mnie. Noszę go we wtorki - piękny jest.

Piękny jest naprawdę. Granatowy z białymi i bordowymi gwiazdami, z małym reniferem na piersi po lewej stronie - tak żeby był blisko serca. Robiłam go wieczorami, przy lampce na szydełkowym abażurze, który jeszcze mama mi zostawiła. Palce bolały od twardej wełny, bo wzięłam porządną, norweską - prawdziwą, nie jakiś akryl ze sklepu za rogiem. Sto osiemdziesiąt złotych wydałam.

Z emerytury, która po opłatach i lekach zostawia mi tyle, że mogę sobie pozwolić na jedną przyjemność miesięcznie. W grudniu tą przyjemnością była wełna dla Stasia.

Staś to mój jedyny wnuk. Syn mojej Renaty, która wyszła za Tomka i mieszka teraz w Poznaniu, na nowym osiedlu za Ratajami. Ładne mieszkanie, duże, z balkonem na zachód. Byłam tam trzy razy. Za każdym razem spałam na kanapie w salonie i czułam, że przeszkadzam, chociaż Renata powtarzała: „mamo, nie wymyślaj".

Staś skończył w tym roku dwadzieścia dwa lata. Studiuje coś z komputerami, dokładnie nie wiem co, bo kiedy tłumaczy, gubię się po drugim zdaniu. Ale kiwam głową i mówię „mhm, mhm", bo lubię słuchać jego głosu. Ma taki sam głos jak mój Ryszard, którego już dziesięć lat nie ma. Niski, ciepły, z takim lekkim zachrypnięciem. Czasem zamykam oczy i przez sekundę myślę, że to Ryszard do mnie mówi.

Sweter wysłałam pocztą, bo Renata powiedziała, że na Wigilię nie przyjadą - Tomek miał dyżur w szpitalu, a ona nie chciała go zostawiać samego w święta. Rozumiałam. Zapytałam tylko: „A Staś?". Cisza w słuchawce, a potem: „Mamo, Staś ma swoje plany". Swoje plany. Dwadzieścia dwa lata i swoje plany. Nie powiedziałam nic, bo co tu mówić. Zapakowałam sweter w bibułkę, włożyłam kartkę z życzeniami i zaniosłam na pocztę.

Staś zadzwonił w pierwszy dzień świąt. „Babciu, mega prezent, dzięki! Super wełna, czuć jakość." Ucieszyłam się jak dziecko. Potem zapytałam, czy przymierzył. „Jasne, pasuje idealnie!" - powiedział szybko, tak szybko, że nie byłam pewna, czy mówi prawdę. Ale chciałam wierzyć, więc wierzyłam.

A potem był styczeń. Renata zadzwoniła w niedzielę, jak zwykle krótko. Między jednym tematem a drugim wspomniała mimochodem, że Staś był na jakiejś imprezie i „wygrał coś w twoim swetrze". Nie rozumiałam. Jaka impreza? Jaki konkurs? Renata się roześmiała. „No wiesz, mamo, taka zabawa - impreza brzydkich swetrów. Każdy zakłada najgorszy sweter, jaki ma, i głosują, który jest najbrzydszy. Staś wygrał główną nagrodę!"

Milczałam. Renata jeszcze się śmiała, kiedy ja odłożyłam słuchawkę na stolik i poszłam do kuchni nastawić wodę na herbatę. Ręce mi nie drżały. Nie płakałam. Stałam przy oknie mojego bloku na Bielanach i patrzyłam na nagie drzewa i myślałam o tym, jak liczyłam oczka do drugiej w nocy, żeby renifer wyszedł równo. Jak prułam trzy razy, bo gwiazdki się nie zgadzały. Jak Ryszard by powiedział: „Halinko, śliczny, sam bym nosił".

Brzydki sweter. Najbrzydszy ze wszystkich.

Tydzień później Staś przyjechał. Nie uprzedził, po prostu zadzwonił domofonem w sobotę rano. Stał w drzwiach z plastikowym pucharem w ręku - takim błyszczącym, złotym, jak z odpustu - i z szerokim uśmiechem. „Babciu, twój sweter to złoto! Popatrz, wygrałem!" Postawił puchar na komodzie, obok zdjęcia Ryszarda. Objął mnie. Pachniał tymi nowymi perfumami, które młodzi teraz noszą - słodkie, ciężkie, obce.

„A sweter?" - zapytałam.

„A, sweter zostawiłem, bo... no, w sumie... może ty go weź, babciu? Tobie lepiej pasuje. Do twarzy ci w nim."

Uśmiechnęłam się. Co miałam zrobić? Nakrzyczałam się w duchu tysiąc razy, ale na głos nie powiedziałam ani słowa. Bo to Staś. Jedyny wnuk. Głos Ryszarda. Dwadzieścia dwa lata i żadnego pojęcia, że wełna może kosztować tyle co czyjeś całe szczęście na miesiąc.

Ugotowałam mu rosół, ten prawdziwy, na wołowinie, z marchewką pokrojoną w talarki, jak lubił jako mały. Jedliśmy w kuchni. Opowiadał o studiach, o jakiejś dziewczynie, o tym, że chce jechać na Erasmusa do Hiszpanii. Słuchałam i myślałam: czy on w ogóle wie, że mnie zranił? Czy to ja przesadzam? Może tak się teraz bawi młodzież. Może to ja nie rozumiem ich świata, ich żartów, ich imprez.

Gdy wychodził, pocałował mnie w policzek i powiedział: „Babciu, jesteś najlepsza". A ja stałam w drzwiach i patrzyłam, jak zbiegał po schodach - dwa stopnie naraz, jak zawsze - i myślałam, że najlepsza to ja byłam, kiedy robiłam ten sweter. Kiedy wierzyłam, że ktoś go założy z radością, nie z przekąsem.

Od tamtego dnia noszę go we wtorki. Dlaczego we wtorki? Bo we wtorek Ryszard zawsze wracał wcześniej z warsztatu i jedliśmy razem obiad o trzeciej, przy nakrytym stole, z serwetkami. We wtorek mogę udawać, że ktoś siada naprzeciwko i mówi: „Halinko, śliczny, sam bym nosił".

Renata zadzwoniła w marcu. Powiedziała, że Staś dostał się na tego Erasmusa i potrzebuje pieniędzy na przelot. Czy mogłabym dołożyć. „Nie dużo, mamo. Ile możesz."

„Ile mogę" - powtórzyłam, jakbym smakował te słowa. Ile mogę. Mogę sto osiemdziesiąt złotych. Tyle co wełna na norweski sweter.

„Przelej na konto Stasia" - powiedziała Renata. „Dam ci numer."

Zapisałam numer na kartce. Leży na komodzie, pod pucharem. Codziennie na niego patrzę. Raz podniosłam puchar - lekki, pusty w środku, jak te słowa: „babciu, twój sweter to złoto".

Pieniądze jeszcze nie przelałam. Nie wiem, czy przeleje. Nie dlatego, że mi żal tych złotych. Żal mi czegoś innego - tylko nie potrafię jeszcze nazwać czego dokładnie. Może tego, że robię swetr trzy tygodnie, a ktoś wygrywa w nim konkurs na brzydotę i myśli, że zrobił mi prezent. Może tego, że moja córka nie widzi w tym nic złego. A może tego, że ja też nic nie powiedziałam.

Jest wtorek. Siedzę w swetrze przy kuchennym stole, piję herbatę z cytryną. Renifer na piersi, tuż przy sercu. Równy, bo pruty trzy razy. Piękny jest.

Tylko nie wiem, dla kogo.