Przy wymianie podłogi stolarz podał mi kopertę spod legara - Stefan chował „na czarną godzinę": osiem tysięcy, po pięćdziesiąt, i karteczka „dla Anielki". Syn przeliczył dwa razy: „zajmę się tym, podzielimy sprawiedliwie". Kopertę położył przy sobie, karteczkę odsunął. Zabrałam karteczkę - sprawiedliwie.

Stolarz nazywał się Tadek, znał Stefana jeszcze z dawnych lat. Kiedy podnosił te stare deski, klęcząc przy legarniku, nagle przystanął i powiedział cicho: „Pani Bożenko, tu coś jest". Wyciągnął brązową kopertę, grubą, zaklejoną taśmą pakową. Na wierzchu nic, żadnego napisu. Ale w środku - banknoty i ta karteczka. Pismo Stefana, drobne, pochyłe, atramentem, nie długopisem. Dwa słowa: „dla Anielki".

Stefan umarł w styczniu. Cicho, jak żył. Zasnął na kanapie przed telewizorem, a ja myślałam, że drzemie dłużej niż zwykle. Dopiero kiedy herbata na stoliku wystygła zupełnie, podeszłam i dotknęłam jego ręki.

Zimna. Czterdzieści jeden lat małżeństwa skończyło się na jednym dotyku. Pogotowie przyjechało, lekarz wypisał kartę, i zostałam sama w mieszkaniu na trzecim piętrze, na osiedlu Przyjaźni w Poznaniu, z zapachem jego papierosów w tapicerce i szafą pełną koszul, których nie będę już prać.

Miałam sześćdziesiąt trzy lata. Emerytka, wcześniej dwadzieścia osiem lat w księgowości w hucie. Stefan był elektrykiem, całe życie w jednej firmie, dopóki firma nie zamknęła bramy. Potem dorywcze zlecenia, potem renta, potem nic. Dwoje dzieci: Marek, starszy, czterdzieści lat, i Anielka - Aniela - trzydzieści sześć. Marek mieszkał w Poznaniu, pięć przystanków autobusem. Anielka - we Wrocławiu, trzy godziny pociągiem. I chyba te trzy godziny zmieniły wszystko między nami.

Marek przyjechał jeszcze tego samego dnia, kiedy Tadek znalazł kopertę. Zadzwoniłam do niego, bo sama nie wiedziałam, co z tym zrobić. Osiem tysięcy to nie majątek, ale i nie nic. I ta karteczka. Marek wszedł, ściągnął buty, usiadł przy stole i poprosił: „Pokaż".

Patrzyłam, jak liczy. Powoli, palcem przesuwając banknot za banknotem. Sto sześćdziesiąt sztuk po pięćdziesiąt złotych. Przeliczył raz, potem drugi. Potem powiedział to zdanie, które tkwi we mnie do dziś jak zadra: „Zajmę się tym, podzielimy sprawiedliwie".

Kopertę przysunął do siebie. Karteczkę odsunął na środek stołu, jakby to był rachunek za prąd, który można odłożyć na później.

I wtedy zrozumiałam jedną rzecz. Stefan nigdy nie pisał karteczek. Nigdy. Nawet listy zakupów dyktował mi z pamięci. A tu - atrament, nie długopis. Wyjął wieczne pióro, to po swoim ojcu, i napisał dwa słowa. „Dla Anielki". Nie „dla dzieci". Nie „dla Bożenki". Dla Anielki.

- Marek, tata napisał „dla Anielki" - powiedziałam spokojnie.

- Mamo, tata nie zostawił testamentu. Wiesz, jak to działa. Spadek dzielimy po równo.

- To nie jest spadek. To jest koperta pod podłogą.

- Właśnie. Koperta pod podłogą to nie jest testament notarialny. Nie ma daty, nie ma podpisu, jest karteczka z dwoma słowami. To nic nie znaczy prawnie.

Wiedziałam, że ma rację. Pracowałam w księgowości dość długo, żeby rozumieć, co jest dokumentem, a co nie. Ale wiedziałam też coś innego - że Stefan nie robił nic bez powodu. Jeśli schował te pieniądze pod legarem i napisał imię córki, to miał powód. I może ja ten powód znałam.

Anielka przeprowadziła się do Wrocławia osiem lat temu, za mężem. Grzegorz pracował na budowach, dobrze zarabiał, dopóki nie spadł z rusztowania. Trzy operacje kręgosłupa, rehabilitacja, orzeczenie o niepełnosprawności. Anielka pracowała w kwiaciarni na pół etatu i dorabiała sprzątaniem. Mieli dwóch synów, dziesięć i siedem lat. Stefan wiedział o tym wszystkim. Nigdy nie mówił głośno, że mu ich żal, ale co miesiąc wsiadał do pociągu z reklamówką pełną słoików - bigos, ogórki, powidła. „Jadę do Anielki" - mówił i tyle.

Marek miał się inaczej. Żona Beata pracowała w banku, on sam prowadził mały warsztat samochodowy. Mieszkanie spłacone, samochód nowy, wakacje nad morzem co roku. Nie mówię, że bogato - ale spokojnie. Na pewno spokojniej niż Anielka, która w grudniu pisała mi SMS-a: „Mamo, czy możesz mi pożyczyć trzysta złotych, oddam po wypłacie". Nie oddawała. Nie upominałam się.

- Zadzwoń do siostry - poprosiłam Marka.

- Po co? Podzielę, prześlę jej połowę.

- Stefan napisał „dla Anielki", nie „po połowie".

Marek wstał od stołu. Przeszedł się po kuchni, stanął przy oknie. Widziałam, jak zaciska szczękę - ten sam gest co ojciec, kiedy się hamował.

- Mamo, nie róbmy z tego afery. Osiem tysięcy. Cztery i cztery. To uczciwie.

- Uczciwie, czy sprawiedliwie? Bo to nie jest to samo, synku.

Nie odpowiedział. Włożył kopertę do kieszeni kurtki, pocałował mnie w policzek i powiedział, że się tym zajmie. Przy drzwiach dodał jeszcze: „Nie mów na razie Anielce, dobrze? Dam ci znać".

Zostałam sama z karteczką w ręce. Dwa słowa napisane wiecznym piórem, atrament lekko rozmazany na literze „k". Przyłożyłam ją do nosa - pachniała kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze, czymś, co kojarzyło mi się ze Stefanem, choć nie umiałam nazwać czym.

Przez tydzień Marek nie dzwonił. Anielka zadzwoniła w czwartek, ale o czymś innym - Grzegorz miał termin w ZUS-ie, pytała, czy może przyjechać na weekend z chłopcami, bo chce odetchnąć. Powiedziałam, żeby przyjechała.

Przyjechała w piątek wieczorem, zmęczona, z torbą Biedronki pełną brudnych ubrań do prania. Chłopcy rzucili się na kanapę przed telewizor. Usiadłyśmy w kuchni. Nalałam herbaty. I wtedy Anielka powiedziała coś, co mnie zatkało.

- Mamo, Marek przesłał mi przelew. Cztery tysiące. Napisał, że tata zostawił pieniądze pod podłogą.

- I co jeszcze napisał?

- Nic. „Od taty, pod podłogą, twoja połowa". Tyle.

Nie wspomniał o karteczce. O tych dwóch słowach, które Stefan wypisał piórem po ojcu. O tym, że całe osiem tysięcy miało trafić do niej.

Anielka piła herbatę drobnymi łykami, patrząc w okno. Potem powiedziała cicho: „Cztery tysiące to dużo dla mnie, mamo. Mogę zapisać Kubę na judō. Chciał od września".

Poczułam, jak coś mi ściska gardło. Bo Stefan o tym wiedział. O tym judō, o tym, że wnuk chce, a nie stać. Pewnie dlatego odłożył te pieniądze pod legar. W banknotach po pięćdziesiąt, jakby zbierał długo, po jednym, po dwa. Jego „czarna godzina" to nie była jego godzina. To była godzina Anielki.

Powinnam była powiedzieć. Że Marek zabrał kopertę. Że całość miała być dla niej. Że karteczka leży w mojej szufladzie, między rachunkami za prąd, i że Stefan napisał jej imię, nie jego.

Ale pomyślałam o Marku. O tym, jak będzie się czuł, gdybym powiedziała Anielce przy nim, albo gdyby się dowiedział, że powiedziałam za jego plecami. O tym, że i tak jest moim synem. O tym, że Stefan już nie żyje i nie powie, co naprawdę miał na myśli, bo dwa słowa na karteczce to za mało na pewność, a za dużo na spokojne sumienie.

Anielka wyjechała w niedzielę. Przy drzwiach przytuliła mnie mocno i szepnęła: „Dziękuję, mamo". Nie wiedziałam, za co - za weekend, za pranie, za te cztery tysiące, których nie dałam, ale o których nie powiedziałam całej prawdy.

Karteczkę nadal mam. Leży w szufladzie, między rachunkami. Czasem ją wyjmuję, czytam te dwa słowa i zastanawiam się, czy Stefan by mnie zrozumiał. Że nie powiedziałam. Że nie walczyłam z Markiem. Że wzięłam tylko karteczkę, bo kopertę i tak bym nie odzyskała.

A może właśnie dlatego ją zostawił pod podłogą, a nie w szufladzie - bo wiedział, że jeśli ktoś ją znajdzie, to będzie za późno na sprawiedliwość. I została tylko karteczka.