Na weselu kuzynki usadzili mnie „przy spokojnym stoliku, żeby babcia odpoczęła". Odpoczęłam dwa kwadranse i poszłam w tany - oberek z wujkiem Frankiem, potem cała sala w kółeczku. O północy synowa szukała mnie po salach: „gdzie babcia?!". Babcia była na parkiecie. Nogi odpoczywają od siedzenia, nie od tańca.
Ale to wesele zaczęło coś, co trwa do dziś. I wcale nie chodzi o oberka.
Kiedy wracaliśmy samochodem Tomka - mojego syna - z sali weselnej w Gołuchowie, było już jasno. Ewa, moja synowa, siedziała z przodu i przez całą drogę milczała. Tomek zerkał na nią, potem w lusterko na mnie, i też milczał. Ja miałam obolałe stopy i tę cudowną lekkość w piersi, jaką człowiek czuje, kiedy się naprawdę nabawi. Siedemdziesiąt cztery lata, a mogłam jeszcze zakręcić wujka Franka tak, że mu się okulary zsunęły.
Dopiero po dwóch dniach Ewa zadzwoniła. Nie do mnie - do Tomka. Ale słyszałam przez ścianę, bo mieszkamy w jednym bloku na poznańskim Ratajach, piętro niżej. Tomek ma głos jak trąbka.
- Mama, Ewa mówi, że ją ośmieszyłaś na weselu.
Stałam w kuchni z obieraczką w ręku, ziemniak na wpół obrany, i zastygłam.
- Ja? Ośmieszyłam?
- No, że tańczyłaś do rana, że ludzie gadali, że babcia jak nastolatka, a ona cię szukała pół godziny i się martwiła.
Odłożyłam obieraczkę. Wzięłam głęboki oddech. Czterdzieści siedem lat temu, kiedy wychodziłam za Staszka, na naszym weselu jego matka - Bożena, święć Panie nad jej duszą - tańczyła do szóstej rano i nikt jej za to nie strofował. Wręcz przeciwnie. Ludzie mówili: „Co za kobieta, jaka energia".
A teraz ja jestem tą, której się mówi: usiądź, babciu, odpocznij.
Staszek odszedł osiem lat temu. Rak płuc, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Po jego śmierci siedziałam w tym mieszkaniu na Ratajach i faktycznie - odpoczywałam. Rok, dwa. Herbata, telewizor, koty, cmentarz we wtorek i w niedzielę. Tomek przynosił zakupy, Ewa pilnowała, żebym brała leki na ciśnienie. Wnuczka Oliwia, wtedy szesnastoletnia, wpadała z podręcznikami i pytała o Sienkiewicza, bo ja całe życie uczyłam polskiego w szkole podstawowej na osiedlu Lecha.
A potem przyszedł Franek. Znaczy - wrócił.
Franek to brat Staszka, młodszy o cztery lata. Mechanik, całe życie w warsztacie pod Śremem. Kiedy jego żona Halina umarła, rok po Staszku, zaczął do mnie dzwonić. Najpierw z kondolencjami odwróconymi - ja jemu, on mnie. Potem po prostu tak. Raz w tygodniu, potem częściej.
Franek nie był tym typem wujka, którego się zaprasza na Wigilię z obowiązku. Franek przywoził mi z ogrodu jabłka, naprawiał kapiący kran i opowiadał takie kawały, że mi herbata nosem wychodziła. I to Franek powiedział mi kiedyś przy sernikowym placku:
- Grażyna, ty nie umierasz. Ty siedzisz i czekasz, aż umrzesz. To jest różnica.
Nikt mi tak prosto w oczy tego nie powiedział. Nawet Tomek, który mnie kocha, ale kocha taką wersję mnie, w której babcia jest spokojna, cicha i siedzi na swoim stoliku.
To Franek namówił mnie na taneczne czwartki w domu kultury na Wildzie. Chodziłam tam od trzech lat przed tym weselem. Tango, walc, nawet salsa - choć z salsą to różnie bywało, bo kolano lewę mam po operacji. Instruktor Darek, trzydzieści pięć lat i anielska cierpliwość, mówił, że mam najlepsze wyczucie rytmu w grupie.
Ewa o tym nie wiedziała. Tomek wiedział, ale jakoś tak to zbywał - „mama chodzi na jakieś zajęcia, dobrze, że ma co robić". Nie przyszło mu do głowy, żeby kiedykolwiek zapytać, co tam robimy. Dla niego to było jak szydełkowanie albo krzyżówki - taka babcina aktywność.
A potem było wesele Patrycji, kuzynki ze strony Staszka. I ten stolik.
Widziałam ich miny, kiedy weszłam na salę. Ewa dyskretnie chwyciła Tomka za łokieć i szepnęła coś. Potem Oliwia, teraz już dwudziestoczteroletnia, z butelką prosecco w ręku, posadziła mnie przy stoliku numer osiem. Dwa małżeństwa po siedemdziesiątce, kuzynka na wózku i wazon ze sztucznymi kwiatami.
- Tu będzie babci najwygodniej - powiedziała Oliwia z tym samym uśmiechem, którym się uspokaja dzieci.
Siedziałam grzecznie. Jadłam rosół, potem polędwicę. Rozmawiałam z Władysławem, który mi opowiadał o remoncie dachu. Piłam kompot. I czułam, jak mnie ściska w środku - nie z bólu, ale ze złości. Cichej, starej złości, która zbierała się od lat.
Bo ja wiem, co robią. Robią to z miłości, jasne. Ale w tej miłości jest coś, co mnie dusi. Ustalili, kim jestem - babcią na stoliku numer osiem. I oczekują, że się w to wpiszę.
Po czterdziestu minutach wstałam. Franek stał przy barze, rozmawiał z jakimś chłopakiem od muzyki. Podeszłam, wzięłam go pod ramię i powiedziałam:
- Franku, poproś o oberka.
I Franek poprosił. Bo Franek nie pyta, czy mi wypada. Franek wie, że mi wypada wszystko.
Tańczyliśmy. Potem był polonez weselny, potem disco polo - nie mój gatunek, ale nogi same chodziły. Jakaś dziewczyna, może osiemnaście lat, krzyknęła: „Babcia daje czadu!" i zaczęła ze mną tańczyć. Potem cała sala w kółeczku, jak za dawnych lat. Tak mnie poniosło, że zapomniałam o kolanie, o ciśnieniu, o stoliku numer osiem.
O północy stanęła przede mną Ewa. Spocona, z telefonem w ręku, z oczami jak spodki.
- Gdzie babcia była?! Dzwoniłam pięć razy!
Telefon leżał w torebce, przy stoliku numer osiem. Nie słyszałam.
- Tańczyłam - powiedziałam. I uśmiechnęłam się.
Ewa nie odpowiedziała. Odwróciła się i poszła do Tomka. Widziałam, jak gestykuluje, jak on kiwa głową. Widziałam, jak Oliwia patrzy na mnie ze swojego stolika i - mogłabym przysiąc - uśmiecha się lekko.
Minął miesiąc od wesela. Ewa nie wspomina już o ośmieszeniu, ale coś się między nami przesunęło. Dzwoni rzadziej. Kiedy przychodzi, jest uprzejma - ale nie ciepła. Tomek próbuje łagodzić, ale sam nie bardzo wie jak. Zapytał mnie w zeszłym tygodniu, ostrożnie, jak chirurg badający ranę:
- Mamo, a ty i wujek Franek... to co właściwie?
Patrzyłam na niego i widziałam w nim Staszka - ten sam sposób patrzenia w bok, kiedy pytanie jest za trudne.
- Tomku - powiedziałam. - Franek jest moim przyjacielem. I jedyną osobą, która nie każe mi siedzieć.
Nie dodałam tego, co chciałam dodać: że mam siedemdziesiąt cztery lata, a nie sto. Że kolano boli, ale serce boli bardziej, kiedy człowiek siedzi w miejscu. Że Staszek, gdyby żył, kazałby mi tańczyć do rana, bo Staszek zawsze mówił: „Grażynka, jak przestaniesz się ruszać, to ja cię sam będę nosił".
W czwartek idę na taneczne. Franek obiecał, że podwiezie, bo pogoda się psuje. Ewa pewnie się dowie i będzie milczeć tym swoim milczeniem, które jest głośniejsze od krzyku.
A ja nie wiem, czy robię dobrze. Może powinnam usiąść grzecznie. Może powinnam być taką babcią, jaką chcą mieć. Może ten stolik numer osiem to jest właśnie moje miejsce i walcząc z nim, tracę coś ważniejszego niż taniec.
Ale kiedy zamykam oczy i słyszę oberka, nogi same idą. I nie umiem ich zatrzymać. I nie jestem pewna, czy powinnam.