Teściowa oddała nam swoje duże mieszkanie, a sama przeniosła się do kawalerki po ciotce. Dziś moja Julka zapytała przy kolacji: „mamusiu, a ty mi też kiedyś wszystko oddasz?". Odpowiedziałam „tak" - i pierwszy raz policzyłam, ile teściowa nam oddała, a ile ja jej. Wieczorem zawiozłam jej sernik - pierwszy od trzech lat.

Julka ma siedem lat. Siedem lat i ten swój sposób patrzenia, jakby widziała więcej, niż powinna. Siedziała nad talerzem z kluskami śląskimi, bawił się widelcem, a potem podniosła głowę i zapytała to pytanie. Normalnym tonem. Jakby pytała, czy jutro będzie deszcz.

Tomek odłożył telefon i spojrzał na mnie. Czekał, co powiem. A ja powiedziałam „tak" - automatycznie, tak jak się mówi „na zdrowie" po kichnięciu. Dopiero potem dotarło do mnie, co właściwie powiedziałam. I komu to obiecałam.

Bo żeby oddać, trzeba najpierw mieć. A to, co mieliśmy - trzy pokoje z kuchnią na Gocławiu, metraż, o jakim nasze roczniki mogły tylko marzyć - nie było nasze. Było Krystyny. Teściowej. Kobiety, którą przez ostatnie trzy lata odwiedzałam może sześć razy.

Krystyna Nowicka. Sześćdziesiąt osiem lat, emerytowana księgowa z Elektrimu. Kobieta, która przez całe życie liczyła - faktury, rachunki, odpisy, amortyzacje - a kiedy przyszło do policzenia, ile jest warta dla własnej rodziny, pozwoliła, żebyśmy to my postawili cenę. I postawiliśmy. Niską.

Pamiętam dzień, kiedy nam to powiedziała. Było lato, sierpień, trzy lata temu. Julka miała cztery latka i właśnie zaczęła chodzić do przedszkola na Saskiej Kępie. Mieszkaliśmy w wynajmowanym dwupokojowym przy Grochowskiej - ciasnym, z widokiem na parking i dźwiękiem tramwaju co cztery minuty. Tomek pracował jako elektryk w firmie na Annopolu, ja byłam na pół etatu w bibliotece na Międzylesiu. Kredytu bank nam nie dał. Za mało, za krótko, za niepewnie.

Krystyna przyjechała do nas pewnego wieczoru. Usiadła w kuchni, wypiła herbatę z cytryną, pogłaskała Julkę po głowie i powiedziała spokojnie:

- Słuchajcie, ja się przeniosę do kawalerki po cioci Heli na Targówku. A wy bierzcie moje mieszkanie. Przepiszę, załatwimy u notariusza.

Tomek zaczął mówić, że nie trzeba, że damy radę, że jakoś się ułoży. Krystyna pokręciła głową.

- Tomuś, ja tam siedzę sama w trzech pokojach. Rozmawiam z telewizorem. A wy tu w dwóch kątach z dzieckiem. To nie ma sensu.

- Mamo, ale kawalerka po cioci Heli... tam jest trzydzieści metrów - powiedział Tomek.

- Trzydzieści dwa - poprawiła Krystyna. - Wystarczy mi.

I tyle. Nie było żadnych wielkich scen. Żadnych warunków. Żadnego „ale za to wy będziecie...". Podpisaliśmy papiery u notariusza na Pradze we wrześniu. Krystyna spakowała swoje rzeczy w dwa weekendy. Zabrała album ze zdjęciami, serwis po matce, firanki - bo te na Targówku były „okropne" - i kota. Resztę zostawiła.

Przeprowadziliśmy się w październiku. Julka dostała własny pokój. Tomek - miejsce na narzędzia w piwnicy. Ja - ciszę. Pierwszy raz od lat mogłam usiąść wieczorem przy oknie i nie słyszeć tramwaju.

I wtedy zaczęło się oddalanie. Nie od razu. Nie celowo. Po prostu - życie. Przedszkole, potem szkoła Julki. Mój pełny etat w bibliotece. Tomek brał nadgodziny, bo chciał wymienić okna, które Krystyna miała jeszcze oryginalne, z lat dziewięćdziesiątych. Weekendy zleciały na remoncie. Święta - u moich rodziców w Pruszkowie, bo mama chorowała i „łatwiej przyjechać do niej".

Krystyna dzwoniła. Raz w tygodniu, w niedzielę po południu. Tomek rozmawiał z nią piętnaście minut. Czasem dawał mi słuchawkę. Mówiłam: „Dzień dobry, u nas wszystko dobrze, a u pani?". Pani. Przez trzy lata nie przeszłam na „mamo". Krystyna nigdy tego nie skomentowała.

Zapraszała nas na obiad. Odmówiłam raz, drugi, trzeci. Za daleko, za mało czasu, Julka ma zajęcia. Prawdziwy powód był prostszy i brzydszy: kawalerka Krystyny mnie przygniatała. Te trzydzieści dwa metry, te meble sprzed trzydziestu lat, ten zapach gotowanej kapusty i kociego żwirku. Wchodziłam tam i czułam wyrzuty sumienia tak fizycznie, jak ból zęba. Więc przestałam wchodzić.

Tomek jeździł do matki sam. Co dwa, trzy tygodnie. Wracał milczący, ale nic nie mówił. Raz tylko, w styczniu tego roku, powiedział przy kolacji:

- Mama schudła.

- Może dieta - odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Nie odpowiedział.

A potem dzisiaj. Kluski śląskie, Julka, widelec, pytanie. „Mamusiu, a ty mi też kiedyś wszystko oddasz?". I moje automatyczne „tak".

Tomek wstał od stołu bez słowa. Poszedł do łazienki. Słyszałam, jak odkręca kran i długo leje wodę - tak robi, kiedy nie chce, żebym widziała, że coś go ruszyło. Julka zjadła kluskę i poszła rysować.

A ja zostałam w kuchni. W kuchni Krystyny. Przy stole Krystyny. Na krześle, na którym Krystyna siadała dwadzieścia lat, zanim my tu zamieszkaliśmy.

Zaczęłam liczyć. Nie pieniądze - tego policzyć się nie da, bo mieszkanie na Gocławiu jest warte tyle, ile nigdy byśmy sami nie odłożyli. Liczyłam co innego. Wizyty - sześć. Telefony ode mnie - może cztery. Zaproszenia na Wigilię - zero, bo „u moich rodziców łatwiej". Pytania „jak się pani czuje" zadane szczerze, nie grzecznościowo - nie potrafię sobie przypomnieć ani jednego.

A po drugiej stronie: mieszkanie. Trzy pokoje z kuchnią. Bezpieczeństwo mojego dziecka. Spokój mojego małżeństwa. Wszystko, co Krystyna miała i co oddała bez jednego warunku, bez jednego wypomnienia.

Sernik upiekłam w godzinę. Przepis znalazłam w zeszycie, który Krystyna zostawiła w szufladzie kuchennej - między rachunkami za prąd a instrukcją od pralki. Na okładce napisane jej pismem: „Sernik wiedeński, na Boże Narodzenie". Twarożek, jajka, cukier waniliowy, rodzynki namoczone w rumie. Prosty. Taki, jaki robiła mi moja babcia.

Pojechałam na Targówek o dziewiątej wieczorem. Tomek nie pytał dokąd. Chyba wiedział.

Krystyna otworzyła drzwi w szlafroku. Schudła - Tomek miał rację. Kot otarł mi się o nogi. W kawalerce pachniało herbatą i czymś słodkim - może cukierkami, może kremem do rąk. Telewizor był włączony, ale ściszony.

- Renata? - powiedziała, jakby nie wierzyła. - O tej porze?

- Przywiozłam sernik - powiedziałam. - Pani przepis. Ze szuflady.

Krystyna wzięła formę do rąk. Stała chwilę bez słowa. Potem powiedziała cicho:

- Wejdź. Postawię wodę.

Weszłam. Usiadłam na wąskiej kanapie, na której pewnie spała co noc. Kot wskoczył mi na kolana. Krystyna nalała herbatę do dwóch kubków - nierównych, jeden z napisem „Najlepsza Babcia", drugi biały, z odłamanym uchem.

Siedziałyśmy i jadłyśmy sernik. Nie przepraszałam. Nie tłumaczyłam. Wiedziałam, że jeśli zacznę, to się rozpłaczę, a potem znowu będzie grzecznie i czysto, i wróci ten dystans, za którym można się schować.

Więc milczałam. I Krystyna milczała. Tylko w pewnym momencie powiedziała:

- Udał ci się. Rodzynki równo rozłożone.

Wróciłam do domu przed jedenastą. Julka spała. Tomek siedział w kuchni z laptopem. Spojrzał na mnie.

- I jak? - zapytał.

- Schudła - powiedziałam.

Pokiwał głową. Nic więcej nie powiedział. Ja też nie.

Leżę teraz w ciemności i myślę o pytaniu Julki. „Mamusiu, a ty mi też kiedyś wszystko oddasz?". Powiedziałam „tak". Ale tak naprawdę nie wiem, czy potrafię oddawać tak jak Krystyna - bez rachunku, bez oczekiwania, bez jednego słowa wyrzutu. Nie wiem, czy ktokolwiek potrafi. I nie wiem, czy ten sernik zmienia cokolwiek, czy to tylko jedno ciasto zawiezione o trzy lata za późno.