Od listopada piekłam pierniki dla wszystkich: rodzina, szkoła wnuków, kiermasz parafialny - po czterysta sztuk rocznie. W tym roku formy zostały w szufladzie, a pierwszą niedzielę adwentu spędziłam w Ustroniu Morskim, z wiatrem zamiast piekarnika. Pierniki kupili w markecie - podobno nikt różnicy nie poznał. To po co piekłam tyle lat?
To zdanie - „nikt różnicy nie poznał" - powiedziała mi córka przez telefon takim lekkim tonem, jakby to był komplement. Jakby chciała powiedzieć: odpocznij, mamo, nie musisz się męczyć. A ja stałam na plaży w Ustroniu z telefonem przy uchu i czułam, jak coś we mnie pęka. Cicho, bez dramatu. Jak piernik, który łamie się na pół, kiedy za długo schnie.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i całe dorosłe życie byłam osobą, na której można polegać. To nie jest chwała. To diagnoza. Trzydzieści osiem lat w księgowości w firmie budowlanej pod Poznaniem - zamknęłam kasę ostatni raz w czerwcu, kiedy przeszłam na emeryturę. Mąż Ryszard umarł siedem lat temu, zawał na działce ROD, między pomidorami a agretem. Zostałam z dwójką dorosłych dzieci, czworgiem wnuków i reputacją kobiety, która zawsze da radę.
I dawałam. Pierniki to była tylko wierzchnia warstwa. Pod spodem leżały niedzielne obiady dla dwunastu osób, opieka nad mamą do jej śmierci, szycie kostiumów na jasełka, marynowanie grzybów, pranie firan przed każdymi świętami, pończoszki z czekoladkami na Mikołajki, babki wielkanocne dla trzech rodzin. Lista nie miała końca, bo nikt jej nigdy nie spisywał. Ona po prostu rosła, rok po roku, jak bluszcz na ścianie domu - piękny z daleka, ale pod spodem tynk odchodził.
Pierniki zaczęłam piec dwadzieścia dwa lata temu, kiedy Kasia - moja młodsza córka - poszła do pierwszej klasy. Nauczycielka poprosiła, żeby ktoś z rodziców upiekł coś na kiermasz klasowy. Zgłosiłam się, bo nikt inny nie chciał. Wyjęłam przepis mamy, ten na kartce z zeszytu w kratkę, poplamionej tłuszczem i miodem. Upiekłam sto dwadzieścia sztuk. Pani od polskiego powiedziała, że to najlepsze pierniki, jakie jadła. Wnuczka Kasi - Oliwka - poszła do tej samej szkoły. I ja dalej piekłam.
W październiku tego roku siedziałam wieczorem w kuchni i patrzyłam na szufladę z formami. Gwiazdki, serduszka, choinki, renifery, dzwoneczki. Niektóre pamiętały jeszcze moją mamę. I po raz pierwszy pomyślałam: nie chcę. Nie „nie mogę". Nie „nie mam siły". Po prostu - nie chcę.
To uczucie mnie przeraziło. Bo jeśli nie chcę piec pierników, to kim jestem? Co zostaje z Bożeny, jak zabierzesz jej formy do pierników i sobotni rosół?
Zadzwoniłam do starszej córki, Agnieszki. Ma czterdzieści lat, mieszka w Poznaniu, pracuje w banku, ma dwójkę dzieci i wieczny brak czasu.
- Aga, wiesz co, w tym roku chyba nie upiekę pierników.
Cisza. Potem śmiech.
- Mamo, no co ty. To jak Wigilia bez choinki. Wnuki będą płakać.
- Wnuki mają siedem i dziesięć lat. Przeżyją.
- Ale kiermasz w szkole? Oliwka się już pochwaliła koleżankom.
Poczułam to znane ściśnięcie w żołądku. Ten mechanizm, który przez dekady działał niezawodnie: ktoś czegoś ode mnie oczekiwał, a ja to robiłam. Ale tym razem coś się zacięło. Jak stary zamek, w który kluczyk już nie pasuje.
- Aga, jadę do Ustronia Morskiego na tydzień. Sama. Potrzebuję odpocząć.
- Teraz? W listopadzie? Nad morze? Mamo, wszystko w porządku?
Nie wiedziałam, czy wszystko w porządku. Wiedziałam tylko, że od śmierci Ryszarda nie byłam ani razu sama dłużej niż jedną noc. Że moje wakacje to sanatorium w Ciechocinku z koleżanką Haliną, z programem od szóstej rano do dziewiątej wieczorem. Że ostatni raz robiłam coś wyłącznie dla siebie, kiedy miałam trzydzieści osiem lat i kupiłam sobie buty na niskim obcasie, które Ryszard uznał za zbyt drogie.
Zarezerwowałam pokój w pensjonacie „Pod Mewami". Sto osiemdziesiąt złotych za dobę, ze śniadaniem. Wyjechałam trzeciego listopada, w piątek, o szóstej rano, autobusem z dworca na Wildzie. Kasia napisała SMS-a: „Mamo, uważaj na siebie". Agnieszka nie napisała nic.
Pierwszy dzień w Ustroniu był dziwny. Plaża pusta, wiatr sypał piaskiem, pensjonat pachniał wilgocią i kawą zbożową. Usiadłam na ławce przy latarni morskiej i płakałam. Nie z żalu. Z ulgi. Po raz pierwszy od lat nie miałam nic do zrobienia. Żadnych pierników. Żadnego rosołu. Żadnego telefonu z pytaniem „mamo, a mogłabyś...?".
Na trzeci dzień poznałam Irenę. Siedemdziesiąt lat, emerytowana położna z Wrocławia, trzy razy rozwiedziona, jak sama powiedziała - „bo za każdym razem wychodziłam za mężczyznę, który potrzebował matki, a nie żony". Piłyśmy herbatę w jadalni pensjonatu i Irena powiedziała coś, co zapamiętam do końca życia.
- Bożena, wiesz, jaka jest różnica między byciem potrzebną a byciem wykorzystywaną? Żadna. Dopóki sama jej nie wyznaczysz.
Wróciłam do Poznania po dziesięciu dniach. Schudłam dwa kilogramy, bo jadłam mało - nie z braku apetytu, ale dlatego, że gotowanie dla jednej osoby wydawało mi się dziwnie wyzwalające. Kanapka z serem. Jabłko. Herbata z cytryną. Wystarczyło.
W domu czekała na mnie Agnieszka. Siedziała w kuchni przy stole, a na blacie stały trzy plastikowe opakowania pierników z Biedronki. Z lukrem. Z posypką. W kształcie gwiazdek i choinek.
- Przyniosłam na kiermasz - powiedziała. - Oliwka się nie zorientowała. Pani od polskiego powiedziała, że smaczne. Nikt nie pytał, czy domowe.
Patrzyłam na te pierniki. Równiutkie, identyczne, pachnące czymś sztucznym i słodkim. I wtedy Agnieszka dodała to zdanie, od którego zaczęłam tę historię:
- Podobno nikt różnicy nie poznał.
Kasia zadzwoniła wieczorem. Głos miała cichy, niepewny.
- Mamo, ja różnicę poznałam. Wnuki też. Oliwka powiedziała, że te z marketu są „takie dziwne". Ale nie chciała mówić cioci Agnieszce, żeby jej nie było przykro.
Nie wiem, czy Kasia mówiła prawdę, czy chciała mnie pocieszyć. Może jedno i drugie. Może to nie ma znaczenia.
Piernikowe formy wciąż leżą w szufladzie. Jest grudzień, trzecia niedziela adwentu. Nie upiekłam ani jednego. Na blacie w kuchni stoi miska z ciastem, które zrobiłam wczoraj wieczorem - ale nie z przepisu mamy. Znalazłam nowy, w internecie. Z kardamonem i skórką pomarańczową. Na dwadzieścia sztuk, nie na czterysta.
Dwadzieścia pierników. Dla siebie. Może dla Kasi, jeśli wpadnie. Może nawet dla Agnieszki, choć z Agnieszką od mojego wyjazdu jest inaczej - nie kłócimy się, ale między nami wisi coś niedomówionego, jak mgła nad Wartą w listopadowy poranek.
Irena z Ustronia dzwoni co tydzień. Mówi, że w styczniu jedzie do Zakopanego i żebym jechała z nią. Mam broszurę pensjonatu przypiętą magnesem do lodówki. Patrzę na nią codziennie rano przy kawie.
Czterysta pierników rocznie przez dwadzieścia dwa lata. Prawie dziewięć tysięcy pierników. Nikt różnicy nie poznał. A może poznał, tylko nie powiedział. A może to ja potrzebowałam wierzyć, że ktoś ją pozna.