Wnuki przestały przyjeżdżać. Po trzech tygodniach wyszło: rodzice uchwalili na obiedzie, że „mama się męczy, oszczędzamy ją" - bez mojego głosu. Zadzwoniłam: „zmęczenie po wnukach to najlepsze zmęczenie, jakie znam. Oszczędzajcie mi kolejek i urzędów - wnuków nie". W sobotę przywieźli oboje. Zmęczyłam się wspaniale.

Ale ta historia nie zaczęła się w sobotę. Zaczęła się w poniedziałek, trzy tygodnie wcześniej, kiedy zadzwonił telefon i zamiast głosu sześcioletniego Jasia usłyszałam synową.

- Halina, dzwonię, żeby powiedzieć, że w ten weekend nie przyjedziemy. Jasiek ma urodziny kolegi, a Zosia lekko kaszle.

Powiedziałam: dobrze, oczywiście, zdrowie najważniejsze. Następny weekend - to samo. Potem kolejny. Za trzecim razem wymówki stały się tak cienkie, że nie wytrzymały ciężaru mojego pytania: „Dorota, czy ja coś zrobiłam?". Cisza. Trzy sekundy ciszy, które trwały jak wieczność.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od dwóch lat jestem na emeryturze po trzydziestu latach pracy w bibliotece miejskiej we Wrocławiu. Mój syn Tomek ożenił się z Dorotą osiem lat temu, mają dwójkę dzieci - Jasia i Zosię. Mieszkają dwadzieścia minut autobusem ode mnie, na Jagodnie. To jest ważne - dwadzieścia minut. Nie Gdańsk, nie Londyn. Dwadzieścia minut linią 145.

Przez dwa lata emerytury wypracowaliśmy rytm, który działał jak zegar. Piątek po południu - Tomek przywozi dzieci. Sobota cała z babcią. Niedziela rano - odbiór. Jasiek miał u mnie swoją szufladę z piżamą i zapasem kredek. Zosia - fotel bujany, na którym zasypiała przy bajce. Wiedziałam, że Jasiek nie je skórek od chleba, a Zosia potrzebuje trzech minut ciszy po drzemce, zanim można się do niej odezwać. Znałam ich tak, jak zna się kogoś, z kim dzieli się codzienność.

I nagle - pustka. Trzy weekendy bez zapachu dziecięcego szamponu w łazience, bez klocków pod stopą o szóstej rano, bez tego zdyszanego „babciu, patrz!" po raz siedemnasty z rzędu.

Nie jestem kobietą, która się rozpada. Przeżyłam śmierć męża Andrzeja siedem lat temu - nagły udar, nawet się nie pożegnaliśmy. Przeżyłam ciszę po pogrzebie, kiedy przyjaciele przestali dzwonić po dwóch miesiącach, bo ich zdaniem powinnam już „wrócić do normalności". Nauczyłam się sama naprawiać cieknący kran i sama jeździć na cmentarz w Dzień Wszystkich Świętych. Nie rozpaczałam więc i teraz. Ale czułam coś gorszego od rozpaczy - zbędność.

W środę trzeciego tygodnia zadzwoniłam do Tomka do pracy. Odebrał dopiero za trzecim razem.

- Mamo, nie mogę teraz, jestem na spotkaniu.

- Tomek, ja nie dzwonię w sprawie pogody. Powiedz mi, co się dzieje.

Westchnął tak, jak wzdychał jego ojciec, kiedy nie chciał o czymś mówić - długo, przez nos, z tym lekkim mlaśnięciem na końcu. Identycznie.

- Mamo, siedzieliśmy z Dorotą i z Agnieszką... - Agnieszka to moja córka, starsza od Tomka o trzy lata, bezdzietna, mieszka w Poznaniu - ...i doszliśmy do wniosku, że za dużo na siebie bierzesz. Widzieliśmy, jak po ostatnim weekendzie ledwo stałaś na nogach. Dorota powiedziała, że wyglądałaś na wykończoną. Chcemy cię oszczędzać.

Stałam w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyłam na lodówkę. Na lodówce wisiał rysunek Jasia - dom z kominem, z którego lecą kolorowe serca zamiast dymu. Podpisany drżącą ręką sześciolatka: „Babcia Hala".

- Tomek - powiedziałam bardzo spokojnie - po którym weekendzie ledwo stałam na nogach?

- Mamo, Dorota zauważyła...

- Tomek, odpowiedz na moje pytanie.

Cisza. Potem: - Tym, kiedy byliście w parku i potem robiliście gofry.

Pamiętam ten dzień. Byłam zmęczona, tak. Bolały mnie kolana po dwóch godzinach chodzenia za Zosią, która odkryła, że szyszki są fascynujące i każdą - każdą jedną - trzeba podnieść, obejrzeć i wręczyć babci. Wróciłam do domu z kieszeniami pełnymi szyszek i z bólem kolan. I z takim szczęściem w środku, że nie mogłam zasnąć do północy.

- Tomek, to zmęczenie było najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła w tamtym tygodniu. Rozumiesz to?

- Mamo, my się po prostu martwiliśmy.

- Martwiliście się i podjęliście decyzję beze mnie. O mnie. Bez jednego telefonu.

To był ten moment, który bolał najbardziej. Nie to, że się martwili - w końcu to ich prawo. Bolało, że usiedli do obiadu - Tomek, Dorota i Agnieszka, która na co dzień nie dzwoni częściej niż raz w miesiącu - i uchwalili, co jest dla mnie dobre. Jakbym była pacjentką, o której dyskutuje konsylium. Jakby moje sześćdziesiąt cztery lata oznaczały, że nie jestem już stroną we własnym życiu.

Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy stole. Na stole leżała serwetka szydełkowa, po mamie, i pęk kluczy. Jeden klucz był dorobiony specjalnie dla Tomka, żeby mógł przywozić dzieci, kiedy ja jeszcze wracam z porannego spaceru.

Wieczorem zadzwoniłam jeszcze raz. Tym razem do Doroty.

- Dorota, ja rozumiem, że chcieliście dobrze. Ale posłuchaj mnie uważnie, bo powiem to raz. Zmęczenie po wnukach to najlepsze zmęczenie, jakie znam. Oszczędzajcie mi kolejek w ZUS-ie i wizyt w przychodni o szóstej rano po numerek. Oszczędzajcie mi noszenia zakupów na trzecie piętro. Ale wnuków mi nie oszczędzajcie. Nigdy.

Dorota milczała, a potem powiedziała cicho: - Halina, ja nie chciałam... po prostu widziałam, jak pani ciężko oddycha po schodach, i pomyślałam...

- Ciężko oddycham, bo winda znowu nie działa, a nie dlatego, że się starzeję na tyle, żeby nie pilnować własnych wnuków.

Usłyszałam, że pociąga nosem. Dorota to dobra dziewczyna. Naprawdę. Nie zrobiła tego ze złośliwości. Zrobiła to z tego samego strachu, który kiedyś kazał mi zabraniać Tomkowi jeździć na rowerze po deszczu - bo „ślisko, zabijesz się". Strach ubiera się w dobre intencje i wygląda jak troska. Ale zabiera wolność.

W sobotę Tomek zaparkował pod blokiem o dziesiątej. Jasiek wyskoczył z samochodu, zanim silnik zgasł, i wpadł do klatki schodowej - winda dalej nie działała, więc usłyszałam tupot jego butów na schodach, piętro po piętrze. Otworzył drzwi - miałam niezamknięte, jak zawsze w soboty - i rzucił mi się na szyję z taką siłą, że musiałam złapać się framug.

- Babciu, miałem ci tyle do opowiedzenia, a ty się schowałaś!

Nie schowałam się, chciałam powiedzieć. To was ode mnie schowali. Ale dzieci nie powinny słyszeć takich rzeczy, więc powiedziałam tylko: - Babcia nigdzie się nie chowa. Babcia tu jest i nigdzie się nie wybiera.

Zosia weszła za Dorotą, poważna jak miniatura dorosłej kobiety, i usiadła w swoim bujaku bez słowa. Potrzebowała chwili. Ja też.

Tamtego dnia zrobiliśmy z Jasiem trzy wieże z klocków, upiekłam z Zosią szarlotkę - krzywo pokrojoną, z za dużą ilością cukru, najlepszą na świecie - i wyszliśmy na podwórko szukać biedronek, bo Jasiek gdzieś wyczytał, że przynoszą szczęście. Wróciliśmy o siódmej. Bolały mnie kolana, plecy i ten punkt między łopatkami, który boli zawsze, kiedy się za długo pochyla nad sześciolatkiem. Zmęczyłam się wspaniale.

Ale kiedy Tomek zapakowywał dzieci do samochodu, Dorota zatrzymała się w drzwiach i powiedziała:

- Halina, ja nadal uważam, że powinniśmy to jakoś regulować. Może co drugi weekend? Żeby pani miała czas dla siebie.

Patrzyłam na nią i widziałam kogoś, kto naprawdę się stara. Kto ma swoje racje. Kto patrzy na mnie i widzi sześćdziesięcioczteroletnią kobietę z bolącymi kolanami, a nie babcię, która żyje od piątku do piątku. I pomyślałam, że może obie mamy trochę racji. A może żadna nie ma jej do końca.

Powiedziałam: - Dorota, przyjeżdżajcie, kiedy chcecie. Ale nie decydujcie za mnie, kiedy jestem zmęczona. To wciąż ja o tym decyduję.

Zamknęłam drzwi. W mieszkaniu pachniało szarlotką i dziecięcym szamponem. Na podłodze w przedpokoju leżała jedna mała skarpetka w biedronki - Zosia znowu gubiła. Podniosłam ją i położyłam na szafce przy kluczach. Będzie czekać do następnego razu.

Tylko kto właściwie decyduje, kiedy babcia jest jeszcze babcią, a kiedy staje się obowiązkiem?