Po siostrze została mi kawalerka w Radomiu - smutny spadek, jeszcze pachnie jej lawendą. Tydzień po pogrzebie syn przysłał mi link: „wystawiłem ogłoszenie, ceny dobre, dołożysz Kubie". Wystawił moje. Zdjęłam ogłoszenie jednym telefonem - pośrednik był szczerze zdziwiony, że „właścicielka żyje".
Siedziałam z tym telefonem jeszcze długo po zakończeniu rozmowy. Herbata stygła, za oknem tramwaj szedł Wolską jak co pięć minut, a ja patrzyłam na ekran i próbowałam zrozumieć jedno - skąd mój syn miał zdjęcia mieszkania Teresy. Zdjęcia wnętrza.
Łóżko zasłane tą samą narzutą w drobne kwiaty, którą siostra kupiła na bazarze w Kozienicach. Firanki. Półka z książkami. Ktoś tam był. Ktoś tam wszedł.
Zadzwoniłam do Marka. Mój syn odebrał po czwartym sygnale, znudzonym głosem, jakby dzwoniła telemarketerka.
- Marek, co to za ogłoszenie?
- A, widziałaś? Dobra cena, nie? Radom to nie Warszawa, ale za kawalerkę dwieście siedemdziesiąt dadzą. Kuba potrzebuje na wkład własny, wiesz, że z Olą biorą kredyt.
- Marek. To jest moje mieszkanie.
- No właśnie, twoje. I stoi puste. Teresa nie żyje, mamo. Przepraszam, że tak mówię, ale stoi puste i generuje koszty.
Generuje koszty. Siostra leżała w ziemi od dziesięciu dni, a moje dziecko mówiło językiem biura nieruchomości. Zamknęłam oczy. Poczułam, jak coś we mnie się zaciska - nie złość, nie jeszcze. Raczej zdumienie tak wielkie, że nie mieściło się w jednym oddechu.
Teresa była ode mnie młodsza o trzy lata. Urodziłyśmy się obie w Radomiu, na osiedlu Gołębiów, w bloku, gdzie ściany były tak cienkie, że słyszeliśmy, jak sąsiad z dołu kroi cebulę. Ojciec pracował w fabryce łożysk, mama sprzedawała w sklepie mięsnym na Żeromskiego. Byłyśmy z Teresą jak dwie połówki tego samego jabłka - ja ta bardziej kwaskowata, ona ta słodsza.
Kiedy w osiemdziesiątym dziewiątym wyszłam za Władka i przeprowadziłam się do Warszawy, Teresa została. Całe życie w Radomiu. Najpierw z mamą, potem sama. Pracowała w bibliotece miejskiej, potem w szkolnej. Nigdy nie wyszła za mąż, nie miała dzieci. Ludzie mówili: szkoda takiej dziewczyny. A Teresa się uśmiechała i odpowiadała, że nie jest jej szkoda siebie wcale. Hodowała lawędę na balkonie, czytała po dwie książki w tygodniu, jeździła autobusem nad Zalew. Była spokojna w sposób, którego ja nigdy nie umiałam osiągnąć.
Zachorowała w listopadzie. Rak trzustki. W lutym już jej nie było.
W testamencie - bo Teresa, taka systematyczna, miała testament - zostawiła mi kawalerkę. Trzydzieści dwa metry na trzecim piętrze, z widokiem na park. Napisała w liście dołączonym do dokumentów: „Grażynko, nie sprzedawaj od razu. Przyjedź, posiądź, napij się herbaty z moich filiżanek. Potem zdecyduj".
Pojechałam tydzień po pogrzebie. Otworzyłam drzwi i mnie ścisnęło - w środku pachniało lawendą. Na parapecie stały suche bukieciki, które Teresa wiązała co lato. Filiżanki stały w szafce, dwie - zawsze dwie, bo „a jak ktoś wpadnie". Usiadłam na jej kanapie i płakałam tak, że sąsiadka zapukała, czy wszystko w porządku.
Wróciłam do Warszawy. Trzy dni później Marek przysłał link.
Mój syn ma czterdzieści lat, pracuje w firmie logistycznej, zarabia przyzwoicie. Kuba, mój wnuk, ma dwadzieścia trzy lata i właśnie skończył politechnikę. Z narzeczoną Olą szukają mieszkania w Warszawie. Rozumiem to. Rozumiem, że ceny są kosmiczne, że młodzi muszą mieć wkład własny, że dwieście siedemdziesiąt tysięcy to dla nich ratunek.
Ale Marek nie zapytał. Nie powiedział: „mamo, co myślisz?". Nie powiedział: „wiem, że to trudne, ale może porozmawiamy". Wystawił ogłoszenie. Z moimi danymi, bo przecież jestem właścicielką - a on jakoś zdobył akt notarialny, pewnie z dokumentów, które zostawiłam na komodzie, kiedy u niego nocowałam po pogrzebie. Sfotografował je, jak spałam? Czy wcześniej, kiedy pakowałam rzeczy Teresy?
- Marek, kto ci dał prawo wchodzić do tego mieszkania i robić zdjęcia?
- Mamo, miałem zapasowy klucz. Teresa mi dała, pamiętasz? Jak była w szpitalu, to podlewałem jej kwiaty.
Pamiętałam. Teresa prosiła go o pomoc, a Marek pojechał do Radomia dwa razy. Dwa razy na pięć miesięcy choroby. Ale klucz zachował.
- Nie będę tego sprzedawać - powiedziałam.
- Jesteś niepoważna. Naprawdę. Będziesz trzymać puste mieszkanie w Radomiu, bo co? Bo pachnie lawendą? Mamo, Teresa by zrozumiała.
- Teresa napisała, żebym nie sprzedawała od razu.
- Od razu! Od razu, a nie nigdy! Mamo, Kuba potrzebuje pieniędzy teraz, bo za pół roku ceny będą jeszcze wyższe.
Władek, mój mąż, nie żyje od sześciu lat. Zawału dostał w warsztacie, między oplem a fordem, z kluczem nasadowym w ręce. Po jego śmierci Marek powiedział: „mamo, sprzedaj warsztat, dołożysz Kubie na studia". Sprzedałam. Pieniądze poszły na studia wnuka, na jego akademik, na laptopa. Nie żałuję. Ale teraz, siedząc w kuchni z zimną herbatą, policzyłam. Warsztat Władka - oddałam. Oszczędności z emerytury - dorzuciłam, kiedy Marek wymieniał samochód. Działkę ROD po rodzicach - zapisałam Markowi, kiedy prosił, bo chciał „gdzieś grillować z rodziną".
Ani razu na tej działce nie grillowaliśmy razem.
A teraz kawalerka Teresy. Ostatnie, co mi zostało po kimś, kogo kochałam.
W sobotę pojechałam do Radomia. Otworzyłam drzwi - klucz zamieniam, postanowiłam od razu - i usiadłam na kanapie siostry. Zadzwoniła Krysia, sąsiadka Teresy z drugiego piętra.
- Grażynka, wpadnij na herbatę. Teresa by chciała.
Poszłam. Krysia postawiła filiżanki, nalała herbatę z cytryną, dała sernik z blachy. I powiedziała rzecz, która mną wstrząsnęła:
- Wiesz, twój syn był tu w zeszłym tygodniu z jakimś panem. Chodzili po mieszkaniu, mierzyli ściany. Myślałam, że ty wiesz.
Nie wiedziałam. Marek nie tylko wystawił ogłoszenie. Marek już pokazywał mieszkanie kupcom.
Wróciłam do kawalerki. Stałam przy oknie i patrzyłam na ten park, na który Teresa patrzyła przez trzydzieści lat. Widziałam matkę z wózkiem, starszego pana z jamnikiem, kwitnące kasztany. Czułam lawendę. I wiedziałam już, co zrobię.
W poniedziałek poszłam do notariusza w Radomiu. Zmieniłam zamki i zamówiłam wycenę mieszkania - nie na sprzedaż, na wynajem. Zadzwoniłam do Marka.
- Kawalerki nie sprzedam. Będę ją wynajmować. Pieniądze z wynajmu mogę odkładać na fundusz dla Kuby, ale mieszkanie zostaje moje.
Cisza. Długa, ciężka cisza.
- Więc wolisz martwą siostrę od żywego wnuka - powiedział Marek.
Rozłączył się. Od tamtego dnia minęły trzy tygodnie. Marek nie dzwoni. Kuba napisał raz - krótko, grzecznie, że rozumie, ale widać było, że tekst dyktował ojciec. Ola nie odezwała się wcale.
Siedzę w kawalerce w Radomiu. Wieczór, maj, przez otwarte okno wchodzi zapach kwitnących lip z parku. Na półce stoją książki Teresy - Tokarczuk, Myśliwski, Herbert. W szafce dwie filiżanki, i z obu piłam już herbatę. Z jednej ja, z drugiej Krysia z dołu.
Może Marek ma rację. Może jestem sentymentalną starą kobietą, która trzyma się lawendy i wspomnień zamiast pomóc wnukowi wejść w dorosłe życie. Może Teresa naprawdę by zrozumiała.
Ale Teresa napisała: „posiądź". I ja siedzę. I nie jestem pewna, czy to, co trzymam, to mieszkanie - czy ostatni kawałek siebie, którego jeszcze nikomu nie oddałam.