Krysia poprosiła o alibi: „jakby moje dzieci pytały - gramy u ciebie w karty". Naprawdę chodzi na tańce z panem Edwardem; dzieci orzekły, że „w jej wieku to obciach". Kryję ją co czwartek - dwie filiżanki stoją na stole dla pozoru. Krysia wraca o dziesiątej, odmłodzona o taniec. Alibi trzyma się mocno. My też.
Zaczęło się w marcu, kiedy pogoda jeszcze nie wiedziała, czy jest zimą, czy wiosną, a ja siedziałam sama w kuchni, słuchając, jak kaloryfer pyka swoje. Krysia zadzwoniła o siódmej wieczorem - nienormalna pora, bo zwykle dzwonimy w niedzielę po obiedzie, od trzydziestu lat z zegarową regularnością.
- Bożena, muszę cię prosić o przysługę - powiedziała takim tonem, jakby chciała pożyczyć dwieście złotych na czynsz. - Ale obiecaj, że nie będziesz się śmiać.
Nie obiecałam. Krysia mówi tak od lat i nigdy jeszcze nie było powodu do śmiechu. Rozwód, choroba matki, problemy Agnieszki ze szkołą. Ale tym razem głos miała inny. Lżejszy. Jakby ktoś odkręcił w niej jakiś kurek, który był zakręcony od lat.
Znamy się z Krysią od technikum ekonomicznego w Poznaniu. Obie kończyłyśmy w osiemdziesiątym trzecim, obie wylądowałyśmy w księgowości - ja w spółdzielni mieszkaniowej, ona w fabryce mebli na Wildzie.
Obie miałyśmy mężów, którzy za dużo pracowali i za mało mówili. Z tą różnicą, że mój Tadeusz umarł osiem lat temu na zawał, a jej Zbyszek po prostu odszedł do sprzedawczyni z Biedronki, kiedy Krysia skończyła pięćdziesiąt trzy lata. Od tamtej pory mieszka sama na osiedlu Rusa, drugie piętro, balkon na zachód. Ja - trzy przystanki autobusem dalej, na Piątkowie.
- Poznałam kogoś - powiedziała Krysia tamtego wieczoru. - Na imię mu Edward. Chodzi do tej samej apteki co ja, bo ma to samo na ciśnienie. Zaprosił mnie na tańce. W czwartki, w domu kultury na Grunwaldzkiej.
Milczałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Krysia ma sześćdziesiąt dwa lata, nosi ortopedyczne wkładki do butów i raz w tygodniu robi sobie maść z arniki na kolana. Tańce?
- Bożena, słyszysz mnie?
- Słyszę. To wspaniale, Krysia. Naprawdę.
- Ale jest problem.
Problem miał na imię Agnieszka i Marek. Dzieci Krysi. Czterdziestoletnia córka, nauczycielka w szkole podstawowej, i trzydziestosiedmioletni syn, kierowca w firmie kurierskiej. Oboje z rodzinami, oboje mieszkają w Poznaniu, oboje uważają, że mama w ich wieku powinna siedzieć cicho, robić na drutach skarpety dla wnuków i nie robić z siebie pośmiewiska.
- Powiedziałam im miesiąc temu, że chodzę na zajęcia taneczne - Krysia ściszyła głos, jakby ktoś mógł podsłuchiwać. - Agnieszka się roześmiała, ale takim śmiechem, wiesz, niedobrym. A Marek powiedział: „Mamo, w twoim wieku to obciach. Ludzie pomyślą, że ci odbiło".
Zacisnęłam zęby. Znałam Marka od małego. Zawsze był taki konkretny, praktyczny. Jak ojciec.
- A potem Agnieszka zadzwoniła jeszcze wieczorem i powiedziała, że jeśli chodzę z jakimś mężczyzną, to żeby pamiętała o tatusiu. O tatusiu. Bożena, Zbyszek odszedł dziewięć lat temu do innej kobiety. Jaki tatuś?
Więc umówiłyśmy się. Co czwartek o szóstej wieczorem Krysia wchodzi po schodach do mojego bloku z torebką, w której ma złożoną sukienkę i buty na niskim obcasie. Przebiera się u mnie w łazience, wkłada kolczyki - takie małe, złote, które kupiła sobie sama na sześćdziesiąte urodziny. Potem wychodzi tylnym wejściem i jedzie tramwajem na Grunwaldzką. A ja zostawiam na stole dwie filiżanki, talię kart i czekam.
Czasem dzwoni Agnieszka. - Ciociu Bożena, mama u pani? - Tak, kochanie, gramy w remika. - A, to dobrze. Przynajmniej nie siedzi sama.
To „przynajmniej" mnie za każdym razem ukłuwa. Bo co to znaczy? Że Krysia powinna być wdzięczna, że ktokolwiek chce z nią spędzić czas? Że kobieta po sześćdziesiątce to problem, który trzeba gdzieś zaparkować?
Krysia wraca o dziesiątej. Wchodzi cicho, zdejmuje buty w przedpokoju, siada przy stole i mówi: „Herbaty mi zrób, Bożena". I opowiada. Że Edward prowadzi miękko, ale pewnie. Że ma takie duże ręce, ciepłe. Że tańczyli walca i że ona zapomniała, ile ma lat. Że śmiała się tak, że bolał ją brzuch.
Patrzę na nią i widzę kobietę, którą znałam w technikum. Oczy jej się świecą. Plecy wyprostowane. Nawet inaczej chodzi - jakby nie miała tych kolanowych problemów.
Pan Edward ma sześćdziesiąt pięć lat, jest emerytowanym elektrykiem z PKP, wdowcem od czterech lat. Ma dwóch synów, którzy - jak mówi Krysia - nie mają z tym żadnego problemu. Powiedzieli: „Tato, żyj, póki możesz".
A ja siedzę w tej kuchni co czwartek i myślę o tym, co robię. Bo przecież kłamię. Kłamię Agnieszce, która mi ufa, bo jestem jej matką chrzestną. Kłamię Markowi, którego nosiłam na rękach, kiedy miał trzy lata i Krysia leżała w szpitalu. Patrzę im w oczy i mówię: „Remik, jak zwykle, nic ciekawego".
Ale potem patrzę na Krysię i widzę coś, czego te dzieci nie chcą zobaczyć. Że ich matka żyje. Naprawdę żyje - nie odlicza tabletek, nie ogląda telewizji do północy, nie dzwoni do nich co wieczór, żeby usłyszeć czyjś głos.
W zeszłym tygodniu było inaczej. Krysia wróciła o wpół do jedenastej - późno, jak na nią. Usiadła w kuchni i powiedziała: - Edward chce, żebym powiedziała dzieciom. Mówi, że nie chce się z nikim chować. Że ma sześćdziesiąt pięć lat i nie zamierza być czyimś sekretem.
Zrobiłam herbatę i nic nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że ma rację? Ma. Że się boję? Też.
- Bo wiesz, Bożena - ciągnęła, mieszając łyżeczką w filiżance - ja się boję, że Agnieszka przestanie do mnie dzwonić. Że Marek powie wnukom, że babcia zwariowała. Że zostanę sama. Naprawdę sama, nie tak jak teraz.
Chwyciłam ją za rękę. Miała ciepłą dłoń, lekko wilgotną od tańca.
- A jeśli ich stracę? - szepnęła.
Nie powiedziałam: „Nie stracisz". Nie jestem pewna. Znam Agnieszkę. Znam Marka. Potrafią milczeć tygodniami. Potrafią ranić tą ciszą bardziej niż krzykiem.
Ale nie powiedziałam też: „To się schowaj". Bo patrzę na Krysię w czwartki, kiedy wraca z tych tańców, i wiem, że gdybym ją tego pozbawiła - nawet dobrą radą, nawet z miłości - to bym jej coś odebrała, czego nikt z nas nie ma za dużo.
Jutro jest czwartek. Filiżanki stoją już na stole. Karty są rozłożone. Krysia napisała mi SMS-a: „Jutro dam radę. Przyjdę wcześniej, porozmawiamy".
Nie wiem, czy to znaczy, że powie dzieciom. Czy że powie Edwardowi, że nie jest gotowa. Czy że poprosi mnie o jeszcze jeden czwartek kłamstw.
Wiem tylko, że będę siedziała w tej kuchni, z dwiema filiżankami na stole, i że cokolwiek postanowi - nie powiem jej, jak ma żyć. Dosyć ludzi już jej to mówi.