Wnuk poprosił o pieniądze na rok podróży przed studiami - rodzice zawyrokowali: „marnacja życia". Dałam połowę od razu: „drugą zarobisz - wtedy podróż będzie twoja, nie moja". Wyjechał po ośmiu miesiącach zmywaka. Kartki przychodzą z miejsc, których nie umiem wymówić - czyta mi je sąsiadka, po angielsku.

Wczoraj przyszła kolejna. Krysia z trzeciego piętra zapukała koło południa, jak zwykle z okularami na czubku głowy i z tą swoją miną pełną ciekawości.

- Halina, znowu od twojego Marco Polo! - powiedziała, machając kopertą. - Tym razem ze znaczkiem z jakimś kwiatem, ładny.

Usiadłyśmy przy kuchennym stole. Krysia wzięła kartkę, przekrzywiła głowę i zaczęła czytać po angielsku, powoli, z akcentem, który pewnie przyprawiłby Bartka o uśmiech. Potem tłumaczyła mi, słowo po słowie.

Że jest w Laosie. Że płynął łodzią po jakiejś rzece. Że ludzie tam jedzą ryż na śniadanie, obiad i kolację, i że on też się przyzwyczaił. Że tęskni za moim sernikiem.

Odłożyłam kartkę do pudełka po czekoladkach, gdzie trzymam wszystkie poprzednie. Jest ich już jedenaście. Jedenaście karteczek z całego świata, pisanych tym jego drobnym pismem, które ledwo mieści się między liniami. Każdą znam na pamięć, chociaż nie rozumiem z nich ani słowa bez Krysi.

Mam na imię Halina, za trzy miesiące skończę siedemdziesiąt dwa lata i od pięciu lat jestem wdową. Ale ta historia nie jest o mnie. Jest o Bartku, moim wnuku, i o tym, co zrobiłam za plecami jego rodziców.

Bartek zawsze był inny niż reszta rodziny. Moja córka Ewa i jej mąż Dariusz - ludzie porządni, pracowici, oboje na etatach w urzędzie miasta w Poznaniu - wychowali trójkę dzieci według jasnego schematu. Szkoła, studia, praca, stabilność. Starszy syn Michał poszedł na prawo, skończył, dostał posadę. Środkowa Kasia jest pielęgniarką, właśnie wzięła kredyt na mieszkanie.

A Bartek, najmłodszy, ten z głową w chmurach, po maturze oznajmił, że chce rok podróżować.

Pamiętam tę kolację. Byłam u nich na niedzielnym obiedzie, Ewa podała rosół i schabowe, wszystko jak zawsze. Bartek odłożył widelec i powiedział spokojnie, jakby prosił o dosolenie ziemniaków:

- Chciałbym wziąć rok przerwy przed studiami. Pojechać do Azji. Potrzebuję pieniędzy na start.

Cisza. Dariusz przestał kroić mięso. Ewa popatrzyła na syna jak na kogoś, kto właśnie oznajmił, że zamierza polecieć na Marsa.

- Marnacja życia - powiedział Dariusz, odkładając nóż. - Wszyscy twoi rówieśnicy idą na studia, a ty chcesz latać po świecie? Za czyje pieniądze?

- Za swoje. Będę pracować, uzbierać.

- I co potem? Wrócisz z niczym, rok starszy, a reszta będzie już na drugim roku - Ewa kręciła głową, a głos jej drżał między złością a strachem. - Bartek, my ci nie damy pieniędzy na takie pomysły. To nie dyskusja.

Bartek nie odpowiedział. Zjadł resztę obiadu w milczeniu i wyszedł. A ja siedziałam ze swoją herbatą z cytryną i patrzyłam na córkę, która była pewna, że postąpiła słusznie. I na zięcia, który wrócił do krojonego schabowego z miną człowieka, który zamknął temat.

Tylko że ja wiedziałam, że tematu nie zamknął nikt.

Bartek zadzwonił do mnie trzy dni później. Nie prosił o pieniądze - opowiadał. O tym, jak czytał o chłopaku, który objechał Azję Południowo-Wschodnią za grosze. O wolontariacie na farmach ryżowych. O hostlach za osiem złotych za noc. Mówił tak, jak mój Henryk mówił kiedyś o rybkach akwariowych - z tym samym ogniem w głosie, którego nie da się udawać.

- Babciu, ja to zrobię - powiedział. - Z ich pomocą albo bez.

Długo nie mogłam zasnąć tamtej nocy. Leżałam w swoim mieszkaniu na Ratajach, słuchałam, jak za ścianą sąsiad ogląda telewizję, i myślałam o Henryku. O tym, jak czterdzieści lat temu chciał rzucić pracę na kolei i otworzyć własny warsztat. Odwiodłam go od tego. „Nie teraz, za ryzykowne, mamy małą Ewę". Posłuchał. Został kolejarzem do emerytury. Nigdy mi tego nie wypomniał, ale widziałam czasem, jak staje przed garażem sąsiada, który prowadził swój zakład mechaniczny, i patrzy z taką dziwną miną. Jakby widział życie, które mogło być jego.

Henryk umarł pięć lat temu. Spokojnie, we śnie, z ręką na mojej poduszce. Zostały mi po nim dwie rzeczy - emerytura z ZUS-u i świadomość, że ostrożność nie zawsze jest mądrością.

Następnego dnia zadzwoniłam do Bartka.

- Ile potrzebujesz?

- Babciu, ja nie dzwoniłem po to, żebyś...

- Ile?

Powiedział sumę. Niemałą, ale nie astronomiczną. Policzyłam w głowie to, co odłożyłam z emerytury przez ostatnie lata - Henryk nie żył, rachunki były mniejsze, a ja nie potrzebowałam dużo.

- Dam ci połowę - powiedziałam. - Drugą zarobisz sam. Wtedy ta podróż będzie twoja, nie moja.

Milczał chwilę. Potem usłyszałam, jak wciąga powietrze, szybko, jakby powstrzymywał płacz.

- Babciu...

- Ale jest warunek. Będziesz do mnie pisać. Kartki. Prawdziwe, papierowe, ze znaczkami. Żadnych esemesów, żadnych internety. Kartki.

Zaśmiał się. Obiecał.

Przez osiem miesięcy Bartek zmywał naczynia w restauracji na Starym Rynku. Chodził na dodatkowe zmiany w weekendy. Ewa wiedziała, że pracuje, ale myślała, że zbiera na nowy laptop. Dariusz chwalił go - „wreszcie chłopak zrozumiał wartość pieniądza". Ja milczałam i czekałam.

Kiedy Bartek uzbierał swoją połowę, przyszedł do mnie z wydrukowanym planem trasy. Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Laos, może Indie, jeśli starczy. Pokazywał mi miejsca na mapie w telefonie, a ja udawałam, że widzę bez okularów.

- Kiedy powiesz rodzicom? - spytałam.

- W przyszłym tygodniu.

- Powiedz im też, skąd masz pieniądze. Nie chcę kłamstw w tej rodzinie.

Powiedział. Ewa zadzwoniła do mnie tego samego wieczoru.

- Mamo, jak mogłaś? Za moimi plecami? - głos miała taki, jakby ją ktoś uderzył. - Podważyłaś nasz autorytet. Daliśmy mu jasną odpowiedź, a ty...

- Dałam mu szansę - odpowiedziałam cicho. - Taką, jakiej kiedyś nie dałam twojemu ojcu.

Ewa się rozłączyła. Przez dwa tygodnie nie odzywała się do mnie. Potem napisała SMS-a: „Jak mu się coś stanie, to będzie na twoim sumieniu". Nie odpisałam. Nie dlatego, że nie miałam co - ale dlatego, że sama się tego bałam.

Bartek wyjechał w kwietniu. Na lotnisku byłam tylko ja i jego kumpel Maciek, który go podwiózł. Ewa i Dariusz nie przyjechali. Bartek przytulił mnie mocno, pachniał nowym kremem z filtrem i kawą z automatu, i powiedział mi do ucha:

- Babciu, nie zawiodę cię.

- Mnie nie musisz. Siebie nie zawiedź - odpowiedziałam i poprawiłam mu kołnierz kurtki, chociaż był maj i kurtka była mu niepotrzebna.

Pierwsza kartka przyszła po trzech tygodniach. Z Bangkoku. Poprosiłam Krysię, żeby przeczytała - sama rozumiałam tylko „Babciu" i „love". Od tamtej pory Krysia jest moją tłumaczką, powiernicą i, chyba po raz pierwszy w życiu, prawdziwą przyjaciółką.

Mija piąty miesiąc. Ewa odezwała się do mnie na Wielkanoc - przyszła ze świeconką, wypiliśmy herbatę, rozmawiałyśmy o pogodzie i o Kasi, i o wszystkim oprócz Bartka. Dopiero przy drzwiach, zakładając buty, spytała cicho:

- Pisze do ciebie?

- Kartki - powiedziałam.

- Do nas nie pisze.

Stała w progu i wyglądała nagle nie jak pięćdziesięcioletnia urzędniczka, ale jak mała Ewka, która kiedyś płakała, bo koleżanka nie chciała się z nią bawić. Chciałam ją przytulić. Chciałam powiedzieć: „Bo wy mu nie pozwoliliście marzyć". Ale nie powiedziałam. Są zdania, które matka nie powinna wypowiadać głośno do córki, nawet jeśli są prawdziwe.

- Napisz do niego pierwsza - powiedziałam tylko.

Wzruszyła ramionami i wyszła.

Siedzę teraz przy stole, ta laotańska kartka leży przede mną obok filiżanki z niedopitą herbatą. Pudełko po czekoladkach jest już prawie pełne. Czasem się boję - w nocy, kiedy jest cicho i głowa zaczyna sama produkować scenariusze. Że zachoruje. Że go okradną. Że wróci inny, taki, którego nie poznam.

Ale potem biorę którąś z kartek i proszę Krysię, żeby przeczytała ją jeszcze raz. I słyszę w tych słowach coś, czego Henryk nigdy nie miał - radość człowieka, który robi to, co wybrał sam.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Może Ewa ma rację i powinnam była się nie wtrącać. Może Bartek wróci i nie pójdzie na żadne studia. Może te pieniądze to były ostatnie, które mogłam odłożyć.

Ale kartki przychodzą. I na razie mi to wystarczy.