W banku założyłam subkonto i nazwałam je po swojemu: „Zachcianki Weroniki". Odkładam dwieście miesięcznie - na kino, gerbery i pociąg nad morze. Przy świątecznej składce rodzina zobaczyła nazwę odbiorcy. Telefony były trzy: „mamo, jakie znowu zachcianki?!". Takie. Moje.

Pierwszy zadzwonił Tomek. Najstarszy, więc uważa, że odpowiedzialny. „Mamo, czy ty masz jakieś problemy finansowe? Bo widzieliśmy przelew na jakieś dziwne konto. Zachcianki Weroniki? Co to jest?" - mówił takim tonem, jakby dzwonił do ZUS-u z reklamacją.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo już dzwoniła Kasia. A potem Ola. Trzy telefony w ciągu kwadransa, w Wigilię, kiedy miałam ręce po łokcie w cieście na makowiec.

Mąż - to znaczy były mąż, Ryszard - umarł sześć lat temu. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Trzydzieści cztery lata małżeństwa i pięć miesięcy, które zmieniły wszystko. Ryszard był dobrym człowiekiem, ale porządek w domu wyznaczał on.

Ile odkładamy, na co wydajemy, gdzie jedziemy na wakacje. Ja pracowałam całe życie jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Mokotowie, zarabiałam swoje, ale pieniądze szły na wspólne konto i Ryszard decydował. Nie dlatego, że był despotą. Po prostu tak było. Ja się zgodziłam. Albo raczej - nigdy nie zaprotestowałam.

Po pogrzebie zostałam z mieszkaniem w bloku, emeryturą z ZUS-u i rentą po Ryszardzie. Trójka dorosłych dzieci rozjechała się po kraju: Tomek w Poznaniu, prowadzi mały zakład elektroinstalacyjny. Kasia w Krakowie, uczy w liceum polskiego. Ola, najmłodsza, we Wrocławiu - farmaceutka. Wszyscy mają swoje życia, swoje kredyty, swoje dzieci. Dzwonią w niedziele, przyjeżdżają na święta. Kochają mnie, nie mam co do tego wątpliwości. Ale gdzieś po drodze zdecydowali, że mama to osoba, która czeka. Czeka na telefon, na odwiedziny, na wnuki, na święta. I nic więcej nie potrzebuje.

Subkonto założyłam półtora roku temu, w marcu. Stałam wtedy przy kwiaciarni na Puławskiej i patrzyłam na gerbery. Pomarańczowe, takie wyzywająco radosne. Ryszard nigdy nie kupował kwiatów, uważał to za głupotę. Dzieci kupują mi kwiaty na Dzień Matki - zawsze róże, bo „mama lubi róże". Nie lubię róż. Lubię gerbery. I wtedy pomyślałam - sześćdziesiąt dwa lata, emerytura, rachunki zapłacone, a ja stoję przed kwiaciarnią i waham się, czy wydać dwadzieścia złotych na kwiaty dla siebie.

Kupiłam pięć gerber. W domu wstawiłam je do słoika po ogórkach, bo nie miałam wazonu na takie krótkie łodygi. Usiadłam przy stole z herbatą i patrzyłam na nie. I coś we mnie pękło. Nie dramatycznie, nie ze łzami - raczej jak zamek w drzwiach, który w końcu ustąpił po latach rdzy.

Następnego dnia poszłam do banku i założyłam subkonto. Pani w okienku zapytała o nazwę. „Zachcianki Weroniki" - powiedziałam, i sama się zdziwiłam, że to wyszło tak naturalnie. Dwieście złotych miesięcznie. Nie dużo, nie mało. Tyle, żebym mogła raz w miesiącu pójść do kina, kupić kwiaty, a raz na kwartał - wsiąść w pociąg i pojechać nad morze. Sama. Bez okazji, bez pozwolenia, bez tłumaczenia komukolwiek.

Przez rok nikt nic nie wiedział. Jeździłam do Kołobrzegu w listopadzie, kiedy plaża jest pusta i wiatr taki, że trzeba się pochylić, żeby iść.

Chodziłam na poranki filmowe w kinie na Ursynowie - same starsze panie i studenci na wagarach. Kupowałam gerbery co tydzień. Zaczęłam czytać książki, które chciałam przeczytać, a nie te, które Kasia mi podsuwała. Zapisałam się na kurs ceramiki w domu kultury.

Czułam się winna. To chyba najgorsze. Że dwieście złotych na siebie wywoływało we mnie poczucie winy, jakbym kradła z rodzinnego budżetu - a nie ma żadnego rodzinnego budżetu, bo rodzina mieszka w trzech różnych miastach i radzi sobie sama.

A potem była Wigilia. Co roku robimy składkę na wspólne prezenty - każdy przelewa na konto Tomka, bo Tomek „ogarnia". Zrobiłam przelew z głównego konta, ale bank pokazał historię, a w niej regularne przelewy na „Zachcianki Weroniki". Nie wiem, jak to zobaczyli. Może Tomek miał dostęp do potwierdzeń. Może system bankowy coś podpowiedział. Faktem jest, że zobaczyli.

„Mamo, jakie znowu zachcianki?" - powtórzył Tomek, kiedy wreszcie oddzwoniłam. W tle słyszałam głos jego żony Agnieszki, która mówiła coś o „oszustach od kont inwestycyjnych".

„To moje konto oszczędnościowe" - powiedziałam spokojnie, chociaż ręce mi się lekko trzęsły.

„Ale dlaczego zachcianki? Mamo, to brzmi, jakbyś... Nie wiem. Jakbyś miała problem."

„Jaki problem, Tomku?"

„No... Kasia mówi, że to może być uzależnienie od zakupów. A Ola pytała, czy ktoś cię nie namówił na jakąś piramidę finansową."

Zaśmiałam się. Pierwszy raz od dawna zaśmiałam się tak, że musiałam usiąść. Moje dzieci - wykształcone, dorosłe, z kredytami hipotecznymi i leasingami na samochody - nie mogły pojąć, że ich matka odkłada dwieście złotych miesięcznie na gerbery i kino.

„Tomku - powiedziałam, kiedy złapałam oddech - to są moje pieniądze. Odkładam je na rzeczy, które lubię. Kino, kwiaty, pociąg nad morze."

Cisza. Długa, taka wigilijna cisza, kiedy ktoś nie wie, co powiedzieć.

„Ale mamo... Dwieście złotych? Miesięcznie? Nie lepiej odłożyć to na jakiś fundusz albo... no nie wiem, na remont łazienki?"

I wtedy zrozumiałam. Dla nich dwieście złotych na mamę - to strata. Na remont - to inwestycja. Na wnuki - to obowiązek. Ale na gerbery? Na pociąg donikąd? Na seans o drugiej w środę? To zachcianki. Dosłownie.

Na Wigilię przyjechali wszyscy. Zasiedliśmy przy stole, opłatek, barszcz, uszka, karp - jak zawsze. Ale wisiało coś w powietrzu. Kasia pochyliła się do mnie przy zmywaniu i powiedziała cicho: „Mamo, my się po prostu martwimy. Tata nigdy by nie...".

„Tata nie żyje od sześciu lat, Kasiu" - odpowiedziałam i sama się zdziwiłam, jak twardo to zabrzmiało.

Kasia cofnęła się o krok. Zobaczyłam w jej oczach coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość, nie oburzenie. Strach. Moje dorosłe dziecko bało się, że mama się zmienia. Że mama chce czegoś dla siebie. Że mama przestaje być tą mamą, którą znali.

Wieczorem, kiedy wszyscy rozjechali się do swoich dawnych pokoi - bo nocowali u mnie, jak co roku - weszłam do kuchni. Na stole stał słoik z gerberami, które kupiłam rano. Pomarańczowe, wyzywająco radosne, takie same jak te pierwsze. Usiadłam, zrobiłam herbatę i otworzyłam aplikację bankową. Saldo subkonta: trzy tysiące czterysta dwadzieścia złotych. Półtora roku zachcianek.

Myślałam o tym, żeby zmienić nazwę konta. Na coś neutralnego, żeby dali spokój. „Oszczędności", „Rezerwa", „Fundusz". Coś, co nie budzi pytań. Palec zawisł nad przyciskiem edycji.

Nie zmieniłam. Zamknęłam telefon, dopiłam herbatę i poszłam spać. Na stoliku nocnym leżał rozkład jazdy pociągów do Kołobrzegu.

Następnego dnia rano, przy śniadaniu, Ola zapytała: „Mamo, a kiedy jedziesz nad to morze?". Powiedziała to lekko, jakby od niechcenia, ale patrzyła mi prosto w oczy.

„W lutym" - odpowiedziałam.

„Sama?"

„Sama."

Ola skinęła głową. Nic więcej nie powiedziała. Tomek udawał, że nie słyszy, pochłonięty smarowanie chleba masłem. Kasia mieszała herbatę tak intensywnie, jakby chciała wywiercić dziurę w kubku.

Nie wiem, czy moje dzieci kiedykolwiek zrozumieją, że matka też ma prawo do zachcianek. Że te dwieście złotych to nie jest fanaberia starszej pani, tylko pierwsza rzecz w życiu, którą robię wyłącznie dla siebie, bez pytania nikogo o zgodę. Może się przyzwyczają. Może nie. A może pewnego dnia same założą subkonto i nazwą je po swojemu.

Pociąg do Kołobrzegu odjeżdża o siódmej czterdzieści. Bilet już kupiony. Z zachcianek, oczywiście.