Za boazerią w przedpokoju znalazłam książeczkę PKO męża i karteczkę: „Anielce na Wenecję, o której gada od wesela. Nie zdążyłem - pojedź sama, tylko nie oszczędzaj na gondoli". Oszczędzał na nią dwadzieścia dwa lata. W maju lecę z Ireną. Na gondoli nie zaoszczędzę.

Boazerię zrywałam, bo córka powiedziała, że trzeba. Że to kurz, roztocza, że wnuczka Hania ma alergię i nie może się bawić w przedpokoju. Stałam z łomem w ręku - ja, Aniela, sześćdziesiąt dwa lata, metr pięćdziesiąt osiem wzrostu i ręce, które ostatnio łom trzymały chyba nigdy. Pierwsza deska poszła łatwo. Za drugą posypał się tynk i stary kurz. A za trzecią - koperta.

Szara, zwykła koperta, taka jakich Zbyszek miał setki w biurku. Zbyszek był listonoszem czterdzieści lat. Koperty nosił, koperty kochał, koperty zbierał. Żartowałam, że kiedyś go pochowamy w kopercie zamiast w trumnie. Nie żartowałam długo, bo Zbyszek odszedł półtora roku temu - cicho, we śnie, jakby po prostu zapomniał się obudzić. Dwudziestego trzeciego listopada, w środę. Na kuchence została jego kawa - czarna, bez cukru, wystygła do rana.

W kopercie była książeczka oszczędnościowa PKO i karteczka. Pismo Zbyszka - te jego małe, pochyłe literki listonosza, który całe życie zapisywał adresy. Przeczytałam raz. Drugi raz. Trzeci raz już na podłodze, bo kolana mi odmówiły.

Wenecja. Powiedziałam o niej pierwszy raz na naszym weselu, w osiemdziesiątym dziewiątym. Koleżanka Halina wróciła właśnie z wycieczki zakładowej do Włoch i pokazywała zdjęcia. Na jednym stała na moście, za nią kanał, gondole, zachodzące słońce. Powiedziałam wtedy do Zbyszka: „Pojedziesz ze mną kiedyś na taką gondolę?". Zbyszek zaśmiał się i powiedział: „Jak będzie nas stać na gondolę, to będzie nas stać na wszystko".

Nigdy nas nie było stać na wszystko. Zbyszek roznosił listy, ja pracowałam jako krawcowa - najpierw w spółdzielni, potem na swoim. Dwie córki, blok na Gocławiu, działka ROD pod Otwockiem. Życie normalne, zwykłe, polskie. Wakacje nad Bałtykiem albo u mojej mamy pod Radomiem. O Wenecji nie gadałam, bo po co gadać o czymś, na co cię nie stać? Gadałam o rachunkach za prąd, o nowym plecaku dla Ireny, o tym, że Jola potrzebuje aparatu na zęby.

Ale Zbyszek zapamiętał. Dwadzieścia dwa lata odkładał. W książeczce były wpisy - regularne, co miesiąc, po pięćdziesiąt, po siedemdziesiąt, raz nawet sto pięćdziesiąt złotych. Liczyłam potem z kalkulatorem. Z odsetkami uzbierało się prawie osiemnaście tysięcy.

Nie wiedziałam. Przez dwadzieścia dwa lata nie wiedziałam. Były momenty, kiedy kłóciliśmy się o pieniądze - bo Irena chciała na studia do Krakowa, bo pralka się zepsuła, bo samochód trzeba było naprawić. Pamiętam, jak krzyczałam na niego w kuchni, że nigdy nie mamy na nic. Że inne rodziny jadą do Turcji, a my na działkę. Że oszczędza na papierosach, a na życie nie ma. Zbyszek stał wtedy przy oknie, milczał i obracał w palcach zapalniczkę. Nic nie powiedział. Nawet się nie bronił.

A on w tym czasie odkładał na moją Wenecję.

Kiedy Irena przyjechała wieczorem i zobaczyła mnie na podłodze w przedpokoju wśród desek boazerii, z kopertą w ręku, to myślała, że coś mi się stało. „Mamo, karetka? Mamo, co jest?". Podałam jej karteczkę. Przeczytała. Usiadła obok mnie na podłodze i powiedziała cicho: „Jezus Maria, tata".

Potem długo milczałyśmy. Irena jest taka jak Zbyszek - nie gada, jak czuje za dużo.

Jola zadzwoniła następnego dnia. Jola jest starsza, mieszka w Poznaniu z mężem Grzegorzem, ma dwóch synów. Powiedziałam jej o książeczce. Jola milczała chwilę, a potem powiedziała: „Mamo, te pieniądze to chyba powinny iść na remont łazienki. Masz pęknięty syfon, tata sam mówił przed śmiercią, że trzeba zrobić".

Ścisnęło mnie w środku. Nie ze złości - bo Jola to Jola, praktyczna do bólu, taka jak ja kiedyś. Tylko że ja już nie chciałam być praktyczna. Przez sześćdziesiąt dwa lata byłam praktyczna. Rachunki, naprawy, składki ZUS, wizyty na NFZ, obiady na niedzielę, pranie, sprzątanie, oszczędzanie. Całe życie oszczędzanie.

„Jola" - powiedziałam - „tata zostawił to na Wenecję. Nie na syfon".

„Mamo, tata nie żyje. A ty masz sześćdziesiąt dwa lata i lecisz sama do Włoch? Kto cię wyśle na lotnisko? Kto będzie tłumaczył po włosku? Bądź poważna".

Bądź poważna. Ile razy w życiu to słyszałam. Od mamy, od koleżanek, od Zbyszka nawet, choć Zbyszek mówił to z uśmiechem. Bądź poważna, Aniela. Nie marz, nie planuj, nie wyobrażaj sobie - bądź poważna.

Irena zadzwoniła godzinę po Joli. „Mamo" - powiedziała tym swoim spokojnym głosem nauczycielki, bo Irena uczy biologii w liceum na Mokotowie - „mamo, ja lecę z tobą".

„Córka, nie musisz".

„Tata napisał, żebyś nie oszczędzała na gondoli. Sama nie wsiądziesz, bo się będziesz bała. Lecę z tobą".

I coś we mnie pękło. Ale nie tak jak pęka, kiedy jest źle. Tak jak pęka lód na Wiśle w marcu - nagle, z trzaskiem, i pod spodem jest woda, która płynie.

Jola się obraziła. Powiedziała, że wyrzucam pieniądze, że tata by się nie zgodził, że remont jest ważniejszy. Nie zadzwoniła przez dwa tygodnie. Potem napisała SMS: „Rób jak chcesz". Trzy słowa, bez emotikon, bez kropki na końcu. Znam Jolę. To jej wersja białej flagi.

Bilety kupowałyśmy z Ireną w lutym, wieczorem, przy herbacie z cytryną, na moim starym laptopie. Irena klikała, ja patrzyłam na cenę i powtarzałam sobie w głowie: „Nie oszczędzaj na gondoli". Hotel znalazłyśmy niedaleko Placu Świętego Marka. Na zdjęciach wyglądał jak z filmu - okiennice, kwiaty na balkonie, kanał pod oknem. Drogi. Bardzo drogi.

„Tata by chciał ten" - powiedziała Irena.

Kliknęła „zarezerwuj".

Jest kwiecień. Za trzy tygodnie lecę do Wenecji. W szafie wisi nowa sukienka - pierwsza od pięciu lat, kwiecista, w kolorze, który Zbyszek nazywał „twój brzoskwiniowy". Na komodzie leży paszport, który wyrabiałam pierwszy raz w życiu. Sześćdziesiąt dwa lata i nigdy nie miałam paszportu.

Karteczkę Zbyszka włożyłam do portfela, do przegródki, w której on trzymał moje zdjęcie z wesela. Noszę ją ze sobą. Czasem wyciągam i czytam, kiedy stoję w kolejce w Biedronce albo czekam na tramwaj. Te pochyłe literki. „Nie zdążyłem".

Jola dzwoniła wczoraj. Pytała, czy zabrałam adapter do ładowarki i czy mam ubezpieczenie podróżne. Nie powiedziała „przepraszam" ani „dobrze robisz". Ale słyszałam w jej głosie coś miękkiego, czego zwykle nie ma. Na końcu powiedziała: „Zrób zdjęcie na tej gondoli. Tata by chciał zobaczyć".

Rozłączyłam się i stałam w przedpokoju, tym bez boazerii, z gołą ścianą i śladem kleju, i myślałam o jednej rzeczy. Że Zbyszek dwadzieścia dwa lata chował te pieniądze, a ja dwadzieścia dwa lata narzekałam, że ich nie ma. Że może gdybym wiedziała - nie pozwoliłabym mu. Kazałabym wydać na pralkę. Na aparat Joli. Na remont łazienki.

Może Zbyszek dobrze wiedział, dlaczego mi nie powiedział.