Wnuczka studiuje w Lublinie i mieszka w mojej kawalerce po ciotce. Za darmo - przecież rodzina. Wczoraj przy herbacie westchnęła, że ciężko, bo mama podniosła jej czynsz o dwieście złotych. „Babciu, mama mówiła, że ty tak chcesz."
Herbata mi stanęła w gardle. Dosłownie - zakrztusiłam się tak, że Ola musiała mi podać serwetki. Patrzę na nią, a ona siedzi przede mną ze spuszczonymi oczami i kręci łyżeczką w szklance, i widzę, że jest jej wstyd. Nie za siebie. Za mnie. Bo myśli, że to babcia postanowiła ciągnąć z niej pieniądze.
- Olenko, poczekaj. Jaki czynsz? Kto ci każał płacić czynsz?
- No, mama. Od października przelewam pięćset złotych na twoje konto, babciu. Mama powiedziała, że tak ustaliliście, że to na opłaty za mieszkanie i że to i tak dużo mniej niż na rynku.
Pięćset złotych. Potem siedemset. A ja nie widziałam ani grosza, bo od dwóch lat nawet nie zaglądam na tamto konto. To konto mojej siostry Heleny - ciotki Oli - które odziedziczyłam razem z kawalerką. Numer znam na pamięć, ale po co sprawdzać? Leżało tam trochę oszczędności Helenki, które przeznaczyłam na nowy piec i okna w tej kawalerce, żeby Ola miała ciepło. Resztę zostawiłam na wszelki wypadek.
Ale hasło do bankowości elektronicznej. Hasło zna moja córka Renata. Bo to ona mi pomagała wszystko przepisywać po śmierci Helenki. Ja z komputerami sobie nie radzę, więc Renata się zalogowała, ustawiła, a ja jej zaufałam. Przecież to moja córka.
Mam siedemdziesiąt dwa lata. Nazywam się Krystyna, mieszkam w Lublinie na Czubach od czterdziestu lat - od kiedy Staszek, mój mąż, dostał tu przydział. Staszek nie żyje od ośmiu lat, Helena od trzech. Z rodzeństwa zostałam sama. Mam jedną córkę - Renatę - i jedną wnuczkę - Olę, dwudziestoletnią studentkę farmacji. Ola jest moim oczkiem w głowie. Zawsze była. Może dlatego, że jest taka cicha i pracowita, jak ja w jej wieku. Albo jak Helenka.
Renata jest inna. Renata jest energiczna, konkretna, zawsze wie lepiej. Jak ojciec. Kiedy Staszek żył, to oni we dwoje decydowali - co na obiad, gdzie na wakacje, kiedy remontować łazienkę. Ja się z tego cieszyłam, bo nie lubię się kłócić. Po śmierci Staszka Renata przejęła pałeczkę. „Mamo, podpiszesz tu. Mamo, dam ci numer do hydraulika. Mamo, ja się zajmę." I ja podpisywałam. I byłam wdzięczna.
Kiedy Helena odeszła i zostawiła mi kawalerkę na Bronowicach, od razu wiedziałam, co z nią zrobię. Ola właśnie zdawała maturę i celowała w farmację na lubelskim medycznym. Kawalerka mała, ale czysta, po remoncie - Helenka dbała o wszystko do końca, mimo choroby. Powiedziałam Renacie: „Ola dostaje mieszkanie na studia, za darmo, bo rodzina. Opłaty biorę na siebie z emerytury." Renata powiedziała: „Dobrze, mamo." Tak mi się przynajmniej wydawało.
Teraz siedzę i patrzę na Olę, i widzę, jak liczy w głowie. Pięćset od października, to osiem miesięcy, to cztery tysiące. A teraz siedemset - bo „babcia podniosła". Ola dorabia w aptece na pół etatu za tysiąc sześćset złotych. Stypendium ma czterysta. Z tego siedemset na czynsz do babci, która nigdy tego czynszu nie chciała.
- Olenko, posłuchaj mnie uważnie. Ja nigdy, przenigdy nie kazałam ci płacić za to mieszkanie. Ani złotówki.
Ola podnosi głowę. Ma oczy jak Helenka - duże, ciemne, pełne zaufania. I teraz w tych oczach widzę, jak zaufanie zmienia się w coś innego. W niepokój.
- Ale, babciu... mama mi pokazywała wiadomości od ciebie.
- Jakie wiadomości?
- Na telefonie. Że prosisz o opłaty, bo ci nie wystarcza z emerytury.
Ręce mi się trzęsą. Nie z zimna, nie ze starości - z czegoś, na co nie mam jeszcze nazwy. Biorę telefon. Dzwonię do Renaty. Trzy sygnały, cztery, pięć.
- Cześć, mamo, nie mogę teraz, jestem w pracy.
- Renata, co to za czynsz, który Ola ci płaci na moje konto?
Cisza. Długa. Słyszę, jak w tle ktoś mówi coś o fakturach, jak szumi ekspres do kawy. Wreszcie Renata odzywa się innym tonem - tym swoim spokojem, który zawsze oznaczał, że już ułożyła sobie wersję w głowie.
- Mamo, to nieporozumienie. Rozmawiałyśmy o tym, pamiętasz? Że Ola powinna się dokładać, bo dorosła, bo nie może mieć wszystkiego za darmo. Ja ci to tłumaczyłam w grudniu.
- Tłumaczyłaś. A ja powiedziałam, że nie.
- Mamo, powiedziałaś „zobaczymy".
- „Zobaczymy" to nie jest „tak", Renata.
Znowu cisza. Ola siedzi naprzeciwko i patrzy to na mnie, to na telefon. Widzę, że drżą jej usta. Nie z powodu pieniędzy - ona w tym momencie rozumie, że mama ją okłamywała. Przez osiem miesięcy. Systematycznie.
Renata zaczyna mówić szybciej. Że to dla dobra Oli, bo dziecko musi się uczyć odpowiedzialności. Że emerytura to nie jest worek bez dna. Że ona, Renata, sama ledwo wiąże koniec z końcem po rozwodzie z Darkiem, i że nikt o niej nie myśli. Że kawalerka mogłaby iść na wynajem i przynosić dwa tysiące miesięcznie - „ale ty wolisz ją oddać za darmo, bo Ola to święta, a ja to co?"
I nagle rozumiem. To nie jest kwestia siedmiuset złotych. To jest kwestia całego życia, w którym Renata czuła, że Helenka była moją ulubioną siostrą, a Ola jest moją ulubioną wnuczką - choć Ola jest jedyna. Renata czuła, że kawalerka, opieka, pieniądze na remont - to wszystko szło nie dla niej, tylko obok niej.
Nie mówię tego na głos. Odkładam telefon. Ola ma mokre oczy.
- Babciu, ja mogę płacić, naprawdę. Nie chcę, żebyście się przez mnie kłóciły.
- Nie będziesz płacić. To moje mieszkanie i moja decyzja.
Mówię to twardo, choć wewnątrz nic nie jest twarde. Wewnątrz jestem jak ta herbata w szklance - letnia, mętna i gorzka.
Wieczorem siadam przy kuchennym stole sama. Wyciągam zeszyt, w którym zapisuję wydatki - tak po staremu, długopisem. Liczę. Emerytura dwa tysiące osiemset. Opłaty za swoje mieszkanie, za kawalerkę, leki, jedzenie - zostaje mi trzysta złotych. Renata ma rację w jednym: to nie jest worek bez dna. Ale Ola ma dwadzieścia lat i serce do nauki, i ja obiecałam Helence, że się nią zaopiekuję. Obiecałam, gdy Helena leżała w szpitalu i trzymała mnie za rękę tak mocno, jakby chciała mi tę obietnicę wcisnąć w skórę.
Następnego dnia rano jadę do banku. Proszę o zmianę hasła i przeniesienie dostępu wyłącznie na mnie. Młody chłopak za okienkiem tłumaczy mi krok po kroku. Notuję w zeszycie. Na koncie Helenki leży sześć tysięcy czterysta złotych - pieniądze od Oli, które Renata nie wypłaciła. Może nie zdążyła. A może zostawiła, żeby mieć alibi.
Wracam do domu. Na telefonie mam cztery nieodebrane od Renaty. Nie oddzwaniam. Siedzę z kubkiem kawy i myślę o tym, jak ją kąpałam w wanience, jak zaplatałam jej warkocze, jak cieszyłam się, gdy dostała pracę w księgowości. Myślę o tym, że może gdzieś po drodze - między rachunkami za prąd a pogrzebem Staszka, między rozwodem Renaty a śmiercią Helenki - zgubiłam moment, w którym powinnam była powiedzieć córce: „Widzę cię. Jesteś ważna." A może mówiłam, tylko ona nie słyszała.
Telefon wibruje po raz piąty. Patrzę na wyświetlacz. „Renata". Palec zawisa nad zieloną słuchawką. Wiem, że jeśli odbiorę, usłyszę albo przeprosiny, albo pretensje - i nie jestem pewna, co byłoby trudniejsze.
Odkładam telefon ekranem do stołu. Herbata stygnie. Za oknem kwitną kasztany na Czubach, jakby nic się nie zmieniło. A ja siedzę i nie wiem, czy chronię wnuczkę - czy tracę córkę.