O pierwszej w nocy telefon - obcy numer, młody głos: „mama?...". Pomyłka. Nie odłożyłam: „nie mama, ale słucham". Płakał pół godziny - o pracy, o dziewczynie, o mamie, której nie ma od marca. Na koniec: „przepraszam, że nie tam trafiłem". Może właśnie tam. Zadzwonił jeszcze raz, w Wigilię. Już nie przez pomyłkę.
Ale po kolei.
Tamtej nocy nie mogłam spać. Wrzesień, ciepły jeszcze, okno uchylone, z osiedla dochodził śmiech jakichś nastolatków. Leżałam w ciemności i robiłam to, co robiłam od dwóch lat - liczyłam oddech. Wdech na cztery, wydech na sześć. Tak mi kazała psycholog po śmierci Wojtka, mojego syna. Dwadzieścia osiem lat miał. Wypadek na budowie w Niemczech, w grudniu dwa lata temu. Zadzwonili do mnie o szóstej rano, po niemiecku, potem po polsku, potem już nic nie słyszałam.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu pracuję jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Mąż Andrzej odszedł nie wtedy, kiedy umarł Wojtek - wcześniej, sześć lat temu, do koleżanki z pracy. Została mi córka Kasia, trzydzieści pięć lat, swoje życie w Krakowie, dzwoni w niedziele. I to mieszkanie na trzecim piętrze w bloku, gdzie ściany pamiętają głos Wojtka, kiedy o szóstej rano krzyczał „mamo, jajecznicę!", jakby cały świat zaczynał się od jajecznicy.
Więc leżałam i liczyłam oddech, kiedy telefon na szafce nocnej zawibrował. Obcy numer, warszawski. Pierwsza w nocy. Normalnie bym nie odebrała. Ale wiecie - odkąd człowiek straci dziecko, każdy telefon w nocy to jest ta sekunda, kiedy serce staje, zanim rozum powie: to niemożliwe, jego już nie ma.
Odebrałam.
- Mama?...
Głos młody. Chłopak, dwadzieścia kilka lat. Łamiący się, jakby mówił przez ściśnięte gardło.
- Nie mama - powiedziałam. - Ale słucham.
Cisza. Długa. Myślałam, że się rozłączy. A on nagle zaczął płakać. Nie tak, jak płaczą mężczyźni w filmach - cicho, z godnością. Nie. Płakał jak dziecko, które się zgubiło w supermarkecie i nie może znaleźć wyjścia. Głośno, z czkawką, z tym strasznym wciąganiem powietrza, jakby za chwilę miał się udusić.
- Przepraszam - wydukał wreszcie. - Pomyliłem numer. Przepraszam.
- Nic się nie stało - powiedziałam. - Płacz, jak potrzebujesz.
Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Może dlatego, że miałam w uszach głos Wojtka z jego ostatniego telefonu, trzy dni przed wypadkiem: „Mamo, tu taki ziąb, że człowiek myśli po polsku, a oddycha po niemiecku". Śmiał się wtedy. Ja też. I tego mi brakowało najbardziej - nie wielkich rozmów, nie wyznań, ale tego, że ktoś dzwoni i nic ważnego nie mówi, a i tak jest to najważniejsza rozmowa dnia.
Chłopak mówił przez pół godziny. Nazywał się Damian, miał dwadzieścia cztery lata, pracował jako kurier, od trzech miesięcy nie mógł zapłacić za kawalerkę. Dziewczyna go zostawiła w sierpniu, powiedziała, że jest za smutny, że ją ciągnie na dno. A mama - mama umarła w marcu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Ojca nigdy nie znał.
- Chciałem zadzwonić do mamy - powiedział. - Głupie, co? Wiem, że ona nie odbierze. Ale miałem jej numer w telefonie, pod „Mama" i... wczoraj go skasowałem. Przypadkiem. I teraz nawet tego numeru nie mam. I próbowałem go odtworzyć z pamięci i...
- I trafiłeś do mnie - dokończyłam.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj.
Siedzieliśmy w ciszy. Ja na łóżku, z kolanami podciągniętymi pod brodę, on gdzieś w Warszawie, może dziesięć kilometrów stąd, może trzy. Słyszałam, jak oddycha. Spokojniej już. I pomyślałam o Wojtku, o tym, że może gdzieś w Niemczech, tamtej ostatniej nocy, też chciał zadzwonić i nie zadzwonił. Może też płakał. Nie wiem. Nigdy się nie dowiem.
- Idź spać, Damian - powiedziałam wreszcie. - Jutro będzie trochę lepiej. Nie dużo, ale trochę.
- Skąd pani wie?
- Bo znam to.
Rozłączył się. Leżałam potem z telefonem w ręce chyba godzinę. Zastanawiałam się, czy powinnam coś zrobić. Zadzwonić na jakiś telefon zaufania, powiedzieć komuś. Ale komu? I co? Że obcy chłopak płakał, a ja słuchałam?
Minął tydzień. Dwa. Październik, listopad. Byłam na cmentarzu pierwszego listopada, zapaliłam znicz Wojtkowi, potem mamie, potem ojcu. Kasia przyjechała na jeden dzień, stałyśmy nad grobem syna i brata, i żadna z nas nie płakała, bo już nie umiałyśmy przy sobie. Każda osobno, w domu, po cichu. Tak to działa w naszej rodzinie.
Myślałam o Damianie czasem. Czy je kolację, czy ma w mieszkaniu ciepło, czy ktoś do niego mówi inaczej niż „paczka do dostarczenia". A potem złościłam się na siebie, że myślę o obcym chłopaku, zamiast o Kasi, która dzwoni coraz krócej i coraz rzadziej, która w niedzielę mówi „u mnie dobrze, mamo, a u ciebie?" i czeka, aż powiem „u mnie też", żebyśmy obie mogły odłożyć słuchawkę z poczuciem, że obowiązek spełniony.
Wigilia przyszła jak zawsze za szybko. Nakryłam stół dla dwóch osób - Kasia miała przyjechać. Trzecie miejsce zostawiłam puste, jak co roku. Andrzej nie pytał, czy może wpaść. Dobrze.
Barszcz stygł w garnku. Kasia spóźniała się, pociąg z Krakowa miał opóźnienie. Siedziałam w kuchni, przy radiu, leciały kolędy, a ja patrzyłam na ten pusty talerz i myślałam: trzeci rok. Trzecia Wigilia bez niego. Nie jest łatwiej. Jest inaczej. Ból nie jest mniejszy, tylko przesunął się gdzieś głębiej, pod żebra, skurczył się do rozmiaru pestki śliwki i siedzi tam na stałe.
Telefon zadzwonił o osiemnastej trzydzieści. Ten sam numer.
- Pani Halino? - powiedział Damian. Zapamiętał moje imię. - Ja wiem, że to Wigilia, i pani pewnie ma rodzinę, ale... chciałem złożyć pani życzenia.
Głos miał inny niż we wrześniu. Cichszy, ale bardziej twardy. Jakby przez te trzy miesiące nabrał pięć lat.
- Dziękuję, Damian - odpowiedziałam. - Wesołych świąt.
- Pani Halino... mogę zapytać?
- Pytaj.
- Komu pani zostawiła ten pusty talerz?
Nie wiedział o Wojtku. Nie opowiadałam mu we wrześniu, nie zdążyłam, bo to on mówił, a ja słuchałam. Ale teraz pytał, jakby czuł, że to mieszkanie jest za duże na jedną osobę i że cisza w nim ma inny kolor niż zwykła cisza.
- Synowi - powiedziałam.
Przez chwilę żadne z nas się nie odezwało. Kolęda w radiu się skończyła, zaczęła następna. „Bóg się rodzi".
- Przyjechałaby pani kiedyś na kawę? - zapytał. - Znaczy... nie wiem, to głupie, ale nie mam nikogo, z kim mógłbym... normalnie porozmawiać. Nie przez telefon. Tak po ludzku.
Kasia akurat pisała SMS-a: „Mamo, będę za godzinę, nie czekaj z opłatkiem". Patrzyłam na ekran i myślałam o tym, że mam córkę, która jedzie do mnie z obowiązku, i obcego chłopaka, który dzwoni z potrzeby. I że jedno nie wyklucza drugiego. I że Wojtek miał dwadzieścia osiem lat i może gdzieś jest ktoś, kto dla niego zrobił to, czego ja nie zdążyłam - odebrał telefon o pierwszej w nocy.
- Przyjadę - powiedziałam.
Kasia weszła dwadzieścia minut później, zmęczona, z torbą prezentów. Usiadłyśmy do stołu. Podzieliłyśmy się opłatkiem. Nie powiedziałam jej o Damianie. Nie dlatego, że to tajemnica. Raczej dlatego, że nie wiedziałam jeszcze, co to jest - to, co robię. Ratowanie? Zastępstwo? Zwykła ludzka przyzwoitość? A może coś, o co Kasia miałaby prawo mieć pretensje - że obcy chłopak dostaje ode mnie to, czego jej nie daję?
Barszcz był dobry. Uszka trochę rozgotowane. Kasia powiedziała „pyszne, mamo" i ja wiedziałam, że kłamie, ale doceniłam kłamstwo, bo przynajmniej coś powiedziała.
Wieczorem, kiedy Kasia zasnęła w swoim dawnym pokoju, wyjęłam telefon i zapisałam numer Damiana pod imieniem. Długo myślałam, co wpisać. W końcu napisałam po prostu: „D."
Nie wiem, czy dobrze robię. Nie wiem, czy to ja mu pomagam, czy on mnie. Nie wiem, co powie Kasia, kiedy się dowie. Wiem tylko jedno - tamtej wrześniowej nocy ktoś wybrał zły numer i trafił tam, gdzie powinien. Albo tak mi się wydaje, bo bardzo chcę, żeby cokolwiek w tym życiu miało sens.
A może po prostu boję się odłożyć słuchawkę.