Zegar po dziadku - szafkowy, z biciem - syn „wypożyczył" do swojej kancelarii: „klientom się podoba, dodaje powagi". Trzeci rok dodaje powagi obcym. U mnie po zegarze została jaśniejsza plama na tapecie i cisza o pełnych godzinach. Najgorsza jest ta o północy.
Budzę się wtedy, choć nie powinnam. O dwunastej w nocy zegar bił dwanaście razy - głęboko, miarowo, jakby ktoś odliczał coś ważnego. Przez czterdzieści lat to bicie wyznaczało rytm mojego domu. Teraz budzę się w ciszy i leżę, nasłuchując czegoś, czego już nie ma.
Mój mąż, Tadeusz, umarł pięć lat temu. Zegar odziedziczył nasz syn Marcin, jedynak - tak postanowił Tadeusz na miesiąc przed śmiercią, kiedy już wiedział, że trzeci zawał będzie ostatnim. „Marcin go dostanie, ale niech stoi u ciebie, Bożeno, dopóki żyjesz. Potem niech robi z nim, co chce." Tak powiedział. Ja to zapamiętałam. Marcin najwyraźniej - nie.
Marcin ma czterdzieści dwa lata i kancelarię prawną we Wrocławiu, na Rynku, w kamienicy z windą i sekretarką, która mówi do mnie „proszę pani" zamiast po imieniu, choć prosiłam. Mój syn robi rozwody. Dużo rozwodów. Dobrze mu idzie. Kupił mieszkanie na Krzykach, jeździ nowym samochodem. Nie mam do niego pretensji o pieniądze - ma prawo żyć po swojemu. Ale ten zegar.
Przyszedł po niego trzy lata temu, w marcu. Pamiętam, bo za oknem kwitły krokusy na trawniku pod blokiem, a ja akurat wróciłam z cmentarza - rocznica śmierci Tadeusza wypadała dwudziestego trzeciego. Marcin przyjechał z jakimś chłopakiem od transportu. Mieli folię bąbelkową i paski do mocowania.
- Mamo, pożyczę zegar do biura. Na chwilę. Klienci wchodzą, widzą takie cacko, od razu inaczej patrzą. Dodaje powagi.
- Marcin, tata mówił, że ma stać u mnie.
- No stoi u ciebie, mamo, ja tylko pożyczam. Oddam, jak zmienię wystrój.
Patrzył na mnie tym wzrokiem, który ma od dziecka - ciepły, trochę rozbawiony, jakby to ja nie rozumiałam czegoś oczywistego. Zawsze tak robił, kiedy chciał ode mnie coś dostać. W podstawówce - rower, w liceum - pieniądze na wycieczkę do Pragi, na studiach - „mamo, pożyczę samochód taty, oddam w piątek". Piątek zamieniał się w miesiąc. Miesiąc w pół roku.
Zgodziłam się. Pomogłam nawet owinąć wahadło gazetami, żeby się nie porysowało. Kiedy wynieśli zegar na klatkę schodową, usłyszałam, jak ten chłopak od transportu mówi do Marcina: „Ciężki skurczybyk". A Marcin odpowiedział: „Dziadek robił na solidnie". Przynajmniej tyle pamięta.
Zegar zrobił mój teść, Stanisław, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku. Był stolarzem w Oleśnicy, miał warsztat przy domu, a obok warsztatu sad z jabłoniami. Szafkę wyrzeźbił z orzecha, mechanizm kupił od zegarmistrza z Wrocławia - ponoć niemiecki, jeszcze przedwojenny. Na wewnętrznej ściance szafki wypalił swoje inicjały: S.K. Stanisław Kowalski. Mój Tadeusz mówił, że ojciec budował ten zegar pół roku, wieczorami, po pracy, przy lampie naftowej. Że mama - moja teściowa Halina - chodziła do niego z herbatą o dziesiątej i mówiła: „Stasiu, chodź spać, zegar poczeka". A on odpowiadał: „Zegar nie poczeka, Halinko, czas nie czeka".
Tego zegara nie da się kupić. Nie da się zamówić u stolarza. Nie da się odtworzyć. Można go tylko mieć albo stracić.
Przez pierwszy rok dzwoniłam do Marcina ostrożnie.
- Synku, jak tam zegar? Chodzi dobrze?
- Świetnie, mamo. Klienci pytają, skąd mam. Mówię, że rodzinna pamiątka. Jeden adwokat z Opola chciał kupić - wyobrażasz sobie?
- Nie sprzedawaj - powiedziałam ostrzej, niż chciałam.
- Mamo, no co ty. Oczywiście, że nie sprzedam. To dziadka.
Drugiego roku przestałam pytać o zegar. Zaczęłam pytać o Marcina. Przyjeżdżał rzadziej - święta, moje imieniny w lutym, czasem majówka, jeśli nie miał rozpraw. Przywoził ciasto z cukierni, kwiaty ze stacji benzynowej, pocałunek w policzek. Wchodził do mieszkania, siadał na kanapie i patrzył w telefon. Jedliśmy rosół, którego nie lubił, ale jadł, bo wiedział, że mi na tym zależy. Potem mówił: „Muszę jechać, sprawa na poniedziałek".
Ani razu nie powiedział: „Mamo, zabiorę ci zegar z powrotem".
Ja ani razu nie powiedziałam: „Marcin, oddaj mi zegar".
Bo to nie wypada. Bo matka nie powinna prosić syna o rzeczy, które syn powinien wiedzieć sam. Bo jeśli muszę prosić, to znaczy, że coś się zepsuło głębiej niż wahadło w szafce z orzecha.
Moja sąsiadka Krystyna z czwartego piętra - wdowa jak ja, troje dzieci, dwanaście lat starsza - powiedziała mi kiedyś przy herbacie: „Bożena, ty się za bardzo cackasz z tym Marcinem. Powiedz mu wprost: oddaj zegar, bo to moje. I już". Łatwo jej mówić. Jej syn Darek mieszka w tym samym bloku, piętro niżej. Przychodzi codziennie.
W zeszłym miesiącu byłam u Marcina w kancelarii. Pierwszy raz od dwóch lat. Pojechałam pociągiem, bo nie prowadzę - Tadeusz zawsze jeździł. Marcin nie wiedział, że przyjadę. Chciałam go zaskoczyć, zabrać na obiad, porozmawiać normalnie, nie przez telefon.
Wszedłam do kancelarii i od razu go zobaczyłam - mojego zegara. Stał w poczekalni, między skórzaną kanapą a fikusem. Szafka lśniła, ktoś ją pastował, może ta sekretarka. Wahadło chodziło. Wskazówki pokazywały za kwadrans dwunasta. Usiadłam na kanapie i czekałam.
O dwunastej zegar zaczął bić.
Siedziałam i słuchałam. Raz, dwa, trzy - aż do dwunastu. Ten sam dźwięk, głęboki, miarowy. Rozpoznałabym go w tłumie tysiąca zegarów. Przy szóstym uderzeniu zaczęły mi lecieć łzy. Przy dziewiątym weszła sekretarka i zapytała, czy wszystko w porządku. Przy dwunastym wyszedł Marcin.
- Mamo? Co ty tu robisz?
Patrzyłam na niego i chciałam powiedzieć: „Przyjechałam po zegar. Pakuj go. Wracamy". Ale zobaczyłam jego twarz - zaskoczoną, trochę przestraszoną, jakby złapany na czymś - i powiedziałam tylko:
- Przyjechałam do syna na obiad. Masz czas?
Zabrał mnie do restauracji obok. Przez godzinę rozmawialiśmy o niczym - o pogodzie, o mojej emeryturze, o tym, że powinnam zbadać kolano. O zegarze nie padło słowo. Kiedy odprowadzał mnie na dworzec, pocałował w czubek głowy i powiedział: „Przyjedź częściej, mamo".
W pociągu myślałam o dziadku Stanisławie, który budował ten zegar pół roku wieczorami. O teściowej Halinie, która nosiła herbatę o dziesiątej. O Tadeuszu, który prosił, żeby zegar stał u mnie, dopóki żyję. I o Marcinie, który mówi „pożyczę" i nie oddaje. Nie dlatego, że jest zły. Dlatego, że nie słyszy ciszy, która została w moim mieszkaniu.
W przyszłym tygodniu jadę do niego znowu. Nie uprzedzam. W torebce mam klucze od samochodu Tadeusza, który stoi w garażu od pięciu lat, i kartkę z jednym zdaniem, które napisałam wczoraj w nocy, o dwunastej, kiedy znów się obudziłam w ciszy: „Marcin, zegar wraca do domu albo ja przestaję udawać, że nic się nie stało".
Nie wiem jeszcze, czy mu ją dam.