Przed śmiercią mąż wziął syna za rękę: „obiecaj, że będziesz opiekował się mamą". Obiecał, płakał. Od pogrzebu minęły trzy lata - był u mnie cztery razy, zawsze po coś: po wiertarkę, po namiot, po mój podpis. Wiertarki do dziś nie oddał.
Pamiętam tamten moment tak dokładnie, jakby ktoś wcisnął pauzę i już nigdy nie puścił dalej. Sala w szpitalu na Banacha, połowa marca, za oknem szary deszcz. Ryszard leżał podłączony do kroplówki, a jego dłoń - ta, która przez czterdzieści lat naprawiała wszystko, od cieknącego kranu po moje złamane serce - wyglądała jak z pergaminu. Grześ klęczał przy łóżku i płakał tak, jak nie płakał nawet jako dziecko, gdy spadł z roweru i złamał obojczyk. „Obiecuję, tato" - powiedział. A Ryszard na to: „Dobrze, synku. Teraz mogę spokojnie".
Trzy dni później go nie było.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Grochowie, gdzie kiedyś mieścił się cały nasz świat. Ryszard był elektrykiem, dobrym elektrykiem - takim, do którego sąsiedzi dzwonili nawet w Wigilię, bo coś się spięło w instalacji. Ja przez trzydzieści lat pracowałam w księgowości w fabryce kabli na Kamionku, aż fabrykę zamknęli i przeszłam na emeryturę dwa lata przed czasem. Grześ to nasz jedyny syn. Ma trzydzieści osiem lat, żonę Patrycję i dwóch chłopców - Kubusia i Filipa. Mieszkają na Białołęce, dwadzieścia minut autobusem. Dwadzieścia minut. Tyle potrzebuję, żeby to powtórzyć, bo czasem sama nie wierzę, że ta odległość może być tak nie do pokonania.
Pierwszy raz przyszedł miesiąc po pogrzebie. Zrobiłam rosół, nakryłam do stołu dla dwóch osób - bo już nie dla trzech, do tego się jeszcze nie przyzwyczaiłam. Grześ wszedł, pocałował mnie w policzek, usiadł. Zjadł talerz zupy. Powiedział: „Mamo, Patrycja remontuje łazienkę, mogę wziąć tę wiertarkę taty?". Serce mi zadrżało na słowo „taty", ale powiedziałam: „Jasne, synku, bierz".
Wiertarkę zabrał. Rosół zostawił w połowie. Na klatce jeszcze krzyknął: „Wpadnę w przyszłym tygodniu, mamo!".
Nie wpadł.
Drugi raz zjawił się cztery miesiące później - po namiot kempingowy. Jechali z Patrycją nad Solińskie. „Mamo, pamiętasz, tata miał taki zielony, rozkładany, dwuosobowy?". Pamiętałam. Ryszard kupił go w dziewięćdziesiątym szóstym, przed naszym jedynym urlopem nad morzem, w Łebie. Grześ miał wtedy jedenaście lat i budował zamek z piasku, a Ryszard mówił: „Halinka, popatrz, jaki majsterkowicz rośnie". Wyciągnęłam namiot z szafy w przedpokoju. Pachniał kurzem i tym specyficznym zapachem starego brezentu, który natychmiast cofnął mnie o ćwierć wieku. Grześ wziął, pocałował mnie, powiedział: „Zadzwonię". Nie zadzwonił.
Za trzecim razem potrzebował mojego podpisu. Coś związanego z działką ROD, którą Ryszard miał na Zielonce - przepisywanie. Grześ przyjechał z gotowym formularzem, z Patrycją, która czekała w samochodzie i nawet nie weszła na herbatę. Podpisałam. Chciałam go zatrzymać, postawić czajnik, wyciągnąć sernik, który piekłam specjalnie od rana. „Synku, zostańcie chociaż na godzinę". A on na to: „Mamo, nie mogę, muszę odebrać Kubusia z treningu o szesnastej". Była trzynasta.
Po czwartej wizycie - po stary komplet kluczy do garażu, który Ryszard wynajmował - zaczęłam prowadzić rachunek. Nie z zemsty. Z potrzeby udowodnienia sobie, że to się naprawdę dzieje, a nie że sobie wymyślam.
Cztery wizyty w trzy lata. Za każdym razem po coś. Ani razu - do kogoś.
Próbowałam dzwonić. Na początku często, potem rzadziej, bo każda rozmowa wyglądała tak samo. „Cześć, mamo, wszystko u nas dobrze, Kubuś dostał piątkę z matmy, Filip ma angielski, Patrycja przeziębiona, muszę lecieć, pogadamy". Pogadamy. To słowo stało się pustą obietnicą, jak ta, którą złożył ojcu.
Pewnego razu, w niedzielę, w październiku - wiem, że to był październik, bo wracałam z cmentarza, z grobu Ryszarda - zadzwoniłam do Grzesia i powiedziałam wprost: „Synku, jest mi samotnie. Czy mogłabym wpaść do was na obiad?". Cisza. Potem: „Mamo, dzisiaj akurat nie bardzo, Patrycja ma migrenę, może w przyszłą niedzielę?". W przyszłą niedzielę telefon odebrała Patrycja. „Halina, Grześ pojechał z chłopakami na piłkę, ale przekażę mu, że dzwoniłaś".
Nie przekazała. Albo przekazała, a on nie oddzwonił. Nie wiem, co gorsze.
Pani Krysia z trzeciego piętra - jedyna osoba, z którą naprawdę rozmawiam, bo reszta sąsiadów albo się wymieniła, albo pozdrawia tylko w windzie - powiedziała mi kiedyś: „Halina, a może ty do nich jedź bez zaproszenia? Matka nie potrzebuje zaproszenia". Pomyślałam o tym. Ale potem wyobraziłam sobie, jak stoję pod ich drzwiami na Białołęce, a Patrycja otwiera z taką miną, jakbym jej przywlokła na dywan błoto z podwórka. I zostałam w domu.
Bo widzicie, ja nie wiem, co zrobiłam źle. Przewracam to w głowie nocami, kiedy mieszkanie jest tak ciche, że słyszę zegar w kuchni i szum lodówki. Czy byłam złą teściową? Może. Na ich ślubie powiedziałam Patrycji, że biały nie jest jej kolorem - ale to był żart, głupi żart po dwóch kieliszkach wina, i przeprosiłam jeszcze tego samego wieczoru. Czy kiedyś skrytykowałam, jak wychowują chłopców? Może raz, kiedy Kubuś w wieku czterech lat jadł kolację przed telewizorem i powiedziałam, że u nas się jadło przy stole. Grześ wtedy spojrzał na mnie tak, że zamarłam. Ale czy to wystarczy, żeby wymazać matkę z życia?
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł. Kupiłam dwa bilety do kina na nowy polski film - taki, o którym mówili w radiu, że śmieszny i wzruszający. Zadzwoniłam do Grzesia. „Synku, a może byśmy poszli razem? Jak kiedyś, pamiętasz, chodziliśmy z tatą na niedzielne seanse?". Pauza. „Mamo, to fajny pomysł, ale teraz mam naprawdę dużo w pracy. Może po świętach?".
Po świętach. Po których? Wielkanoc minęła. Boże Narodzenie za pół roku. Zawsze jest jakieś „po".
Wczoraj wieczorem, kiedy zmywałam po kolacji swój jeden talerz i jeden kubek, zadzwonił telefon. Numer Grzesia. Serce mi stanęło. Odebrałam, starając się nie brzmieć zbyt ochoczo. „Cześć, mamo. Słuchaj, bo jest taka sprawa - pamiętasz tę walizkę dużą, szarą, na kółkach? Tata kupił kiedyś na targu? Lecimy z Patrycją do Grecji, a nasza się zepsuła".
Stałam przy zlewie z mokrymi rękami i miałam wrażenie, że podłoga pode mną się lekko przechyliła. Jak w starym bloku, kiedy tramwaj przejeżdża za blisko.
„Mamo? Jesteś tam?".
Wytarłam ręce w ścierkę. Odetchnęłam. I powiedziałam coś, czego sama się nie spodziewałam.
„Grzegorzu, walizkę ci dam. Ale przyjdź po nią sam. Usiądź ze mną w kuchni. Wypij herbatę. I porozmawiaj ze mną jak z człowiekiem, nie jak z magazynem. Bo ja jeszcze żyję, synku. I to nie jest prośba - to warunek".
Cisza trwała może pięć sekund. Może wieczność.
„Okej, mamo" - powiedział cicho. „Przyjadę w sobotę".
Odłożyłam telefon. Usiadłam na taborecie w przedpokoju, tym samym, na którym Ryszard zawsze wiązał buty. Nie płakałam. Powinnam chyba płakać, ale nie płakałam. Patrzyłam na puste miejsce po wiertarce na półce i myślałam, że w sobotę upiekę sernik. Albo nie upiekę. Może postawię tylko czajnik i dwa kubki. I zobaczę, czy mój syn potrafi jeszcze siedzieć przy stole z matką dłużej niż trzy minuty.
A może znowu weźmie tylko to, po co przyszedł, i powie „muszę lecieć".
Tego nie wiem. I to mnie boli bardziej niż samotność - to, że po sześćdziesięciu dwóch latach życia nie potrafię odpowiedzieć na jedno proste pytanie: czy mój syn mnie jeszcze kocha, czy tylko pamięta, gdzie u mnie leżą rzeczy.