Synową mam jak córkę - to ona wozi mnie do lekarzy, nie syn. W czwartek zobaczyłam go w galerii z inną, trzymał ją za rękę. Wczoraj Kasia przywiozła mi obiad i nie spytała, czemu nie patrzę jej w oczy.
Stałam na pierwszym piętrze galerii Mokotów, przy balustradzie, z reklamówką z apteki w ręce. Szłam po leki na ciśnienie, bo w przychodni znów nie było mojego Enalaprilu. Spojrzałam w dół, na parter, tam gdzie fontanna i te ławeczki koło kawiarni. I zobaczyłam Tomka.
Mój syn szedł powoli, rozluźniony, z takim uśmiechem, jakiego nie widziałam u niego od lat. Obok niego szła kobieta - szczupła, ciemnowłosa, w jasnym płaszczu. Tomek trzymał ją za rękę. Nie tak, jak się prowadzi koleżankę z pracy. Tak, jak się trzyma kogoś, kogo się pragnie.
Cofnęłam się o krok. Oparłam plecami o ścianę między sklepami. Reklamówka z lekami uderzyła o kolano. Oddychałam głęboko, bo wiedziałam, że jak tego nie zrobię, to zaraz dostanę kolejnego skoku ciśnienia, a kardiolog powiedział wyraźnie - pani Bożeno, żadnych emocji.
Łatwo mu mówić.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt siedem lat i od czterech jestem wdową. Mąż, Stanisław, odszedł po rozległym zawale - nagle, w niedzielę, przy śniadaniu. Jednego dnia smarował chleb masłem, drugiego go nie było. Zostałam w naszym trzypokojowym mieszkaniu na Ursynowie z emeryturą po mężu, albumem ze zdjęciami i synem, który teoretycznie mieszka piętnaście minut jazdy samochodem.
Teoretycznie - bo w praktyce Tomek jest typem mężczyzny, który kocha, ale nie potrafi tego okazać codziennością. Dzwoni raz w tygodniu, pyta „mamo, wszystko dobrze?", słyszy „dobrze", odkłada słuchawkę. Na święta przychodzi z rodziną, je bigos, mówi, że pyszny, ogląda mecz. Standardowy syn.
Ale Kasia - Kasia to co innego. Synowa od jedenastu lat, matka moich dwóch wnuczek, Zuzi i Oli. Kasia pracuje w księgowości w firmie spedycyjnej na Służewcu, biega od rana do nocy, a mimo to - to ona dzwoni codziennie. To ona wozi mnie na wizyty do kardiologa na Lindleya, bo powiedzmy sobie szczerze, autobusem z przesiadką przez centrum to droga krzyżowa dla kogoś z moim kolanem. To ona przywozi mi obiad w czwartek, bo wie, że w czwartki mam najgorzej - Staszek odszedł w czwartek.
I to jej mąż trzymał za rękę obcą kobietę.
Przez cały piątek chodziłam po mieszkaniu jak duch. Myłam naczynia, które były czyste. Prasowałam poszewki, których nie trzeba było prasować. Stałam przy oknie i patrzyłam na osiedle, na plac zabaw, na którym kiedyś Zuzia spadła z huśtawki i trzeba było jechać po szwy. Kasia wtedy przyjechała pierwsza, szybciej niż Tomek.
Myślałam o tym, co widziałam. Może to siostra? Nie, Tomek nie ma sióstr. Koleżanka? Nie trzyma się koleżanki za rękę w taki sposób, pochylając się do jej ucha, z ręką na jej plecach. Nie jestem naiwna. Mam sześćdziesiąt siedem lat, byłam żoną przez czterdzieści i wiem, jak wygląda mężczyzna, który ma kogoś nowego.
Wieczorem zadzwoniła Kasia.
- Mamo, jutro przywiozę obiad, dobrze? Zrobiłam żurek, wiem że lubisz. I przywieźlibyśmy dziewczynki, bo Zuzia chce pani pokazać rysunek z lekcji plastyki.
Głos miała normalny. Ciepły, lekko zmęczony, taki jak zawsze po piątkowej zmianie. Pomyślałam - ona nie wie. Albo wie i udaje. Albo ja się mylę.
- Przyjedź - powiedziałam. - Zrób dużo tego żurku.
W sobotę Kasia przyjechała o dwunastej. Wnuczki wbiegły do mieszkania z krzykiem, Zuzia pokazała rysunek - namalowała babcię z wielkim sercem na piersi, takim czerwonym, jak te na walentynkowych kartkach. Ola, sześć lat, od razu poszła do szuflady szukać cukierków, bo wie, że trzymam michałki w szufladzie pod telewizorem.
Kasia postawiła garnek na kuchence, wyjęła chleb, masło, słoik ogórków. Robiła to tak naturalnie, jakby to było jej mieszkanie. W pewnym sensie było. Przez te jedenaście lat spędziła tu więcej czasu niż Tomek.
- Mamo, wszystko w porządku? - zapytała, nie patrząc na mnie, zajęta nalewaniem żurku.
- W porządku - odpowiedziałam.
I nie spytała więcej. A ja nie patrzyłam jej w oczy.
Siedziałyśmy przy stole, dziewczynki jadły, ja mieszałam łyżką w talerzu. Kasia opowiadała o pracy, o tym, że szef znów kazał zostać po godzinach, o zebraniu w szkole Zuzi, o tym, że Ola potrzebuje nowych butów na wiosnę. Ani słowa o Tomku. To było normalne - Kasia rzadko o nim mówi przy mnie. Ale teraz ta cisza brzmiała inaczej.
Kiedy dziewczynki poszły do drugiego pokoju rysować, Kasia zaczęła zmywać. Ja stałam w drzwiach kuchni i patrzyłam na jej plecy - drobne ramiona, kucyk związany gumką, bluzka z poprzedniego sezonu, bo Kasia na siebie nie wydaje. Pomyślałam, że ta kobieta w galerii miała nowy płaszcz. Jasny, elegancki. Taki, na jaki Kasia nie miałaby czasu ani pieniędzy.
- Kasiu - powiedziałam.
Odwróciła się z talerzem w ręce.
- Tak, mamo?
Milczałam. Bo co miałam powiedzieć? „Widziałam twojego męża z inną"? A jeśli to zniszczy wszystko? Jeśli Kasia zabierze dziewczynki, odejdzie, a ja stracę nie syna - bo syna dawno nie miałam na co dzień - ale ją? Tę jedyną osobę, która pamięta o moich lekach, o czwartkach, o żurku?
Albo gorzej - jeśli Kasia wie, i świadomie to znosi, bo nie ma wyjścia, bo mieszkanie jest na Tomka, bo sama nie da rady z dwójką dzieci?
- Nic, dziecko - powiedziałam. - Chciałam podziękować za obiad.
Uśmiechnęła się. Ale tak jakoś na pół, jakby uśmiech nie doszedł do oczu.
Wieczorem, kiedy już odjechała, usiadłam w fotelu Staszka. Włączyłam telewizor i wyłączyłam dźwięk. Myślałam o tym, że mój mąż przez czterdzieści lat nigdy - przenigdy - nie trzymał innej kobiety za rękę. Przynajmniej tak mi się wydaje. Przynajmniej tyle mi zostało.
Wzięłam telefon. Wybrałam numer Tomka. Trzy sygnały, cztery, pięć.
- Cześć, mamo, co jest? Wszystko dobrze?
- Wszystko dobrze - powiedziałam. - Tomek, wpadnij do mnie w tym tygodniu. Sam. Musimy porozmawiać.
Cisza. Krótka, ale wystarczająca.
- Jasne, mamo. O czym?
- Przyjdź, to się dowiesz.
Odłożyłam słuchawkę i siedziałam w ciemności, bo nie chciało mi się wstawać zapalić światła. Na komodzie stało zdjęcie ze ślubu Tomka i Kasi. Kasia w białej sukni, z bukietem, uśmiechnięta tak, jakby cały świat należał do niej. Tomek obok, dumny, młody, z krawatem przekrzywionym na lewo, bo zawsze mu się przekrzywiał.
Nie wiem, co mu powiem. Nie wiem, czy mam prawo. Nie wiem, czy chronię Kasię, czy ją skrzywdzę. Wiem tylko, że ta kobieta zmywa moje talerze, wozi mnie na Lindleya i pamięta, że czwartki są złe. I że nie zasługuje na to, żeby babcia jej dzieci udawała, że nic nie widziała.
Ale może się mylę. Może to wszystko ma jakieś wyjaśnienie. Może w poniedziałek Tomek usiądzie przy tym stole, wypije herbatę i powie coś, co sprawi, że odetchnę.
A może nie powie.