Syn rozwiódł się z Kasią dawno temu - rodzina orzekła, że „nie wypada się z nią zadawać". Ale Kasia była mi synową szesnaście lat, przy niej urodziły się moje wnuki. Spotykamy się co miesiąc na kawie - syn się krzywi. Powiedziałam jej kiedyś: „ty się ze mną nie rozwiodłaś". Popłakałyśmy się przy stoliku.

To zdanie wróciło do mnie wczoraj wieczorem, kiedy Grzegorz zadzwonił i powiedział, że nie przyjedzie z dziećmi na moje imieniny, bo - cytuję - „zaprosiłaś pewnie i ją". Odłożyłam słuchawkę, usiadłam na fotelu w salonie i przez długą chwilę patrzyłam na zdjęcie na komodzie. Moje sześćdziesiąte urodziny, dziesięć lat temu. Grzegorz, Kasia, mała Zuzia na rękach i Bartek trzymający się maminej spódnicy. Rodzina. Cała, jeszcze wtedy.

Mam na imię Halina, mieszkam w bloku na Ratajach w Poznaniu od trzydziestu ośmiu lat. Na trzecim piętrze, z widokiem na skwerek z kasztanami, które pamiętają jeszcze czasy, kiedy to osiedle było nowe. Całe życie przepracowałam w księgowości w fabryce mebli - teraz od czterech lat jestem na emeryturze. Mąż Tadeusz odszedł dwanaście lat temu, zawał serca na działce. Zostałam z synem Grzegorzem, z synową Kasią i z wnukami. A potem zostałam z wyborem, którego nikt za mnie nie mógł podjąć.

Grzegorz i Kasia pobrali się, kiedy on miał dwadzieścia trzy lata, ona dwadzieścia jeden. Pamiętam, jak przyszli z wiadomością o ciąży - Tadeusz sięgnął po wódkę, ja po nerwy, a potem oboje po czapeczkę na drutach. Ślub był skromny, w urzędzie, ale wesele u nas w domu na Ratajach trwało do rana. Kasia tańczyła w białej sukience pożyczonej od koleżanki i wyglądała jak z obrazka. Była z prostej rodziny, ojciec kolejarz, matka sprzedawczyni w Społem. Ale miała w sobie coś ciepłego, spokojnego. Gdy Tadeusz chorował pod koniec, to ona przychodziła z obiadem. Nie ja prosiłam. Sama przychodziła.

Rozwód przyszedł pięć lat temu. Grzegorz zakochał się w koleżance z nowej pracy - przeniósł się z warsztatu samochodowego do salonu dealerskiego i tam poznał Monikę. Młodszą, energiczną, bezdzietną. Nie mnie oceniać syna za uczucia. Ale sposób, w jaki to zrobił - to mnie bolało. Wyniósł się w tydzień, zostawił Kasię z dwójką dzieci w wynajętym mieszkaniu na Wildzie. Bartek miał wtedy jedenaście lat, Zuzia sześć.

Rodzina stanęła murem. Tylko nie za Kasią.

Moja siostra Lucyna pierwsza powiedziała: „Halina, trzymaj się syna, bo syn to krew". Szwagier Bogdan dodał, że „facet ma prawo szukać szczęścia". A bratowa Renata, ta od Bogdana, oświadczyła na Wigilii, że Kasia „pewnie sama sobie winna, bo za mało dbała o siebie". Patrzyłam na nich i miałam wrażenie, że mówią o obcej osobie. Nie o kobiecie, która przez szesnaście lat siedziała z nami przy tym samym stole, która lepiła pierogi na święta, która pakowała prezenty dla Lucyny córki na komunię.

Grzegorz oczekiwał, że się dostosuję. Nie powiedział tego wprost - nigdy nie mówił wprost. Ale zaczął dzwonić rzadziej. Na pytanie o Kasię reagował milczeniem. Kiedy zapytałam, czy wnuki mogą przyjechać do mnie na ferie, odpowiedział: „Pogadaj z Kasią, skoro tak dobrze się dogadujecie". I się rozłączył.

Więc pogadałam z Kasią. Zadzwoniłam do niej pewnego wtorkowego wieczoru, w lutym, pięć miesięcy po rozwodzie. Spodziewałam się żalu, pretensji, może nawet krzyku. Usłyszałam ciszę. A potem cichy głos: „Proszę pani... to znaczy, mamo... ja myślałam, że pani też..."

Nie dokończyła. Obie wiedziałyśmy, co miała powiedzieć.

Od tamtego dnia spotykamy się raz w miesiącu. Zawsze w tej samej kawiarni przy Święcickiego - mała, z drewnianymi stolikami, serwują przyzwoity sernik i dobrą kawę zbożową, bo Kasia od nerwów ma problemy z żołądkiem. Rozmawiamy o dzieciach, o jej pracy - jest fryzjerką, prowadzi mały zakład na Jeżycach. Rozmawiamy o niczym i o wszystkim. Czasem milczymy. I to milczenie jest dobre, naturalne, takie jak między ludźmi, którzy się naprawdę znają.

To właśnie na jednym z tych spotkań, chyba trzecim albo czwartym, powiedziałam to zdanie. Kasia opowiadała, że Bartek pytał, dlaczego babcia Halina nie przychodzi już na obiady, i nagle jej oczy się napełniły łzami. „Przepraszam - powiedziała - nie chcę pani stawiać w trudnej sytuacji. Rozumiem, że to pani syn i pani musi..."

„Kasia - przerwałam jej - ty się ze mną nie rozwiodłaś."

Kelnerka pewnie pomyślała, że coś się stało. Dwie kobiety płaczące przy kawie o jedenastej rano we wtorek. Ale nic złego się nie stało. Po prostu powiedziałam na głos to, co czułam od miesięcy.

Grzegorz się dowiedział, oczywiście. Na Ratajach trudno cokolwiek ukryć - sąsiadka z czwartego piętra widziała mnie z Kasią w kawiarni i zdążyła powiedzieć Lucynie, Lucyna zadzwoniła do Grzegorza. Przyszedł do mnie w sobotę, stał w przedpokoju w kurtce i nawet butów nie zdjął.

„Mamo, ludzie gadają."

„Jacy ludzie, Grzesiu?"

„Wszyscy. Myślą, że stoję po złej stronie, skoro moja własna matka zadaje się z moją byłą żoną."

Zaparzyłam mu herbatę, choć nie prosił. Postawiłam na stole, obok cukierniczki po Tadeuszu. Usiadł wreszcie, buty zostawił przy drzwiach. Patrzył na kubek i nie pił.

„To jest matka twoich dzieci - powiedziałam spokojnie. - Szesnaście lat mojego życia. Nie potrafię jej wymazać, bo ty podpisałeś papiery w sądzie."

Milczał. A potem powiedział coś, co mnie zabolało bardziej niż wszystko inne: „Monika uważa, że to niestosowne".

Monika. Znałam ją od roku. Widziałam ją cztery razy. Uśmiechała się ładnie, mówiła mało, za każdym razem przynosiła jakieś drogie ciastka z cukierni, których nie lubiłam, ale grzecznie jadłam. I teraz Monika miała mi powiedzieć, z kim mogę pić kawę.

Nie odpowiedziałam synowi tego wieczoru. Wypiłam herbatę, poczekałam, aż wyjdzie. Potem długo stałam przy oknie, patrząc na kasztany na skwerku. Myślałam o Tadeuszu - co by powiedział? Pewnie by mruknął: „Halina, rób swoje, ale spokojnie". Zawsze tak mówił. Spokojnie. Tylko że ja nie czułam spokoju. Czułam, że stoję na granicy, i każdy krok w jedną stronę oznacza stratę po drugiej.

Nie zrezygnowałam z kaw z Kasią. Ale nie powiedziałam o tym synowi. Po prostu dalej chodziłam - w drugi wtorek każdego miesiąca, o jedenastej, stolik przy oknie. Kasia przynosiła mi czasem zdjęcia wnuków ze szkoły, bo Grzegorz zapominał wysyłać. Zuzia rysowała mi laurki - na jednej napisała: „Babciu, kocham cię do księżyca i jeszcze kawałek".

Teraz, przed imieninami, stoję znowu na tej granicy. Zaprosiłam Kasię - bo jak miałam nie zaprosić? Zaprosiłam Grzegorza z Moniką - bo to mój syn. Grzegorz postawił ultimatum: albo ona, albo on. Nie powiedział tego tymi słowami, ale sens był jasny.

Siedzę przy kuchennym stole, przede mną lista gości napisana na kartce wyrwanej z notesu. Dziesięć imion. Jedno skreślone, potem odpisane, potem znów skreślone. Na kuchence stygnie herbata. Za oknem kwitną kasztany.

Wiem, że którykolwiek wybór zrobię, kogoś stracę. Nie wiem tylko, czy ten ktoś kiedykolwiek wróci.