Turnus w sanatorium z NFZ przesunęłam na prośbę synowej - przedszkole było zamknięte, ktoś musiał być ze Stasiem. Drugi termin przepadł. W sierpniu polecieli do Chorwacji. Stasia zabrali ze sobą.
Dowiedziałam się o tym z Facebooka. Siedziałam wieczorem na kanapie z herbatą, bolało mnie kolano - to samo, na które miałam jechać do Ciechocinka - i przewijałam tablicę. Zdjęcie Agnieszki w słomkowym kapeluszu, za nią turkusowe morze. Podpis: "Chorwacja, nadchodzimy! ☀️ Rodzinne wakacje, najlepszy skład 💛". Na kolejnym zdjęciu Staś, mój pięcioletni wnuczek, z nadmuchiwanym krokodylem. A obok niego Marcin, mój syn, z tym swoim uśmiechem, którego nie widziałam od maja.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Herbata wystygła. Siedziałam tak chyba z pół godziny, bo kiedy się ocknęłam, za oknem było już ciemno, a w bloku naprzeciwko paliły się tylko trzy okna. Ktoś musiał być ze Stasiem. Tak powiedziała Agnieszka w czerwcu. Ktoś. I ten ktoś byłam ja.
Na sanatorium czekałam czternaście miesięcy. Czternaście miesięcy z tym kolanem, z tymi schodami na trzecie piętro, bez windy, bo nasza klatka na Gocławiu windy nigdy nie miała. Skierowanie dał mi doktor Wieczorek, który patrząc na zdjęcie RTG powiedział wprost: "Pani Halinko, tu jest poważna sprawa, bez rehabilitacji za rok nie zejdzie pani po tych schodach bez laski". Termin wypadł na przełom czerwca i lipca. Idealnie.
A potem zadzwoniła Agnieszka.
"Mamo, mamy problem" - zaczęła tym swoim tonem, który zawsze oznaczał, że zaraz o coś poprosi. Znałam ten ton. Słyszałam go, kiedy potrzebowała, żebym odebrała Stasia z przedszkola trzy razy w tygodniu, bo ona "nie wyrabia z grafikiem". Kiedy potrzebowała, żebym ugotowała obiad na imieniny teściowej Marcina - czyli swoje własne - bo ona "nie czuje się najlepiej". - Przedszkole zamykają na dwa tygodnie, remont czy coś. Marcin nie weźmie urlopu, a ja mam deadline w pracy. Mogłabyś przesunąć ten turnus?
Mogłabym. Mogłam zawsze. Taka byłam - Halina od "oczywiście, nie ma problemu". Sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w księgowości, trzy lata na emeryturze i całe życie na usługach. Zadzwoniłam do sanatorium następnego dnia. Pani w rejestracji westchnęła. "Przesunąć można, ale nowy termin to wrzesień, może październik. I nie gwarantuję, bo kolejka się przesuwa". Zgodziłam się.
Dwa tygodnie ze Stasiem - to akurat była czysta przyjemność. Lepiliśmy ludziki z plasteliny, chodziliśmy do parku Skaryszewskiego, on biegał za gołębiami, a ja siedziałam na ławce i ruszałam tym kolanem, bo sztywniało po dwudziestu minutach siedzenia. Robiłam mu naleśniki z dżemem truskawkowym, czytałam "Muminki" trzeci raz od początku, bo zawsze zasypiał w tym samym miejscu i potem nie pamiętał. Agnieszka odbierała go wieczorami, czasem o szóstej, czasem o ósmej. "Dzięki, mamo" - rzucała od drzwi, już patrząc w telefon.
Pod koniec lipca zadzwoniłam do sanatorium sprawdzić nowy termin. Pani powiedziała, że we wrześniu nie ma miejsca. Październik - może. Musi potwierdzić. Tydzień później oddzwoniła: niestety, skierowanie traci ważność, trzeba nowe od lekarza. Doktor Wieczorek był na urlopie do końca sierpnia. Nowy termin? Nowe skierowanie? Nowe czternaście miesięcy? Usiadłam w kuchni i pierwszy raz od dawna poczułam, że zaraz się rozpłaczę.
Nie rozpłakałam się. Zrobiłam sobie herbatę, jak zawsze. Dwie łyżeczki cukru, plasterek cytryny. Usiadłam przy stole i pomyślałam, że powinnam zadzwonić do Marcina. Nie żeby się żalić. Żeby po prostu usłyszeć, jak się tłumaczy, bo jakoś musiał wiedzieć, że ten turnus przepadł przeze mnie - przez nich.
Nie zadzwoniłam. Marcin się nie odezwał. Agnieszka też nie. Cisza trwała do tego sierpniowego wieczoru z Facebookiem.
Chorwacja. Rodzinne wakacje. Najlepszy skład.
Stasia zabrali ze sobą. To zdanie krążyło mi po głowie jak zacięta płyta. Kiedy potrzebowali kogoś do opieki, Staś nie mógł lecieć z rodzicami, bo "nie ma z kim go zostawić na lotnisku, za mały na tyle godzin lotu, ciężko z nim podróżować". Tak Agnieszka tłumaczyła mi w maju, kiedy planowali jakiś wyjazd. A teraz - najlepszy skład, z krokodylem nadmuchiwanym i turkusowym morzem.
Następnego dnia zadzwoniła moja siostra Krysia z Radomia. Gadałyśmy o różnych sprawach i jakoś samo wyszło - opowiedziałam jej wszystko. O sanatorium, o Stasiu, o Chorwacji.
Krysia milczała chwilę. Potem powiedziała: "Halina, ty jesteś dobra jak chleb, ale ten chleb to oni kroją jak chcą i ile chcą. A ty się jeszcze przepraszasz, że okruszki lecą".
Chciałam jej powiedzieć, że to nie tak, że Agnieszka miała naprawdę trudno z tym grafikiem, że Marcin pracuje na dwie zmiany, że Staś potrzebował babci. Ale nie powiedziałam. Bo nagle usłyszałam swoje własne tłumaczenia i zabrzmiały jak wyuczone formułki.
W piątek wrócili z Chorwacji. Marcin zadzwonił w niedzielę. "Cześć, mamo, jak tam? Przywieźliśmy ci magnes na lodówkę, wpadniemy w tygodniu". Normalny ton, lekki, letni. Jakby nic. I wtedy coś we mnie pękło - cicho, bez trzasku, jak pęka nitka w swetrze, którego nikt nie widzi.
"Marcin" - powiedziałam. - "Mój turnus przepadł".
Cisza. Słyszałam, jak w tle Agnieszka mówi coś do Stasia. Potem Marcin odchrząknął. "Jaki turnus? A, do sanatorium? To przepadł? Czemu?"
"Bo przesunęłam termin. Bo siedziałam ze Stasiem, kiedy przedszkole było zamknięte".
Znowu cisza. Dłuższa. "No tak, ale... mamo, mogłaś powiedzieć, że to takie ważne. Dalibyśmy radę jakoś inaczej".
Mogłam powiedzieć. Pewnie mogłam. Ale czy ktoś zapytał? Agnieszka zapytała "mogłabyś przesunąć", nie "czy to ci nie zaszkodzi". Marcin nie zapytał nic, bo Marcin o tym sanatorium chyba w ogóle nie wiedział. I to właśnie było najgorsze. Nie złośliwość. Nie celowe lekceważenie. Zwykła, codzienna nieuwaga. Byłam dla nich jak mebel - stoi w kącie, zawsze jest, można postawić na nim rzeczy, a on się nie skarży.
W poniedziałek poszłam do przychodni po nowe skierowanie. Zastępca doktora Wieczorka, młoda lekarka, spojrzała na moje kolano, pokiwała głową. "Będzie pani czekać pewnie rok, może dłużej" - powiedziała przepraszającym tonem. Wyszłam z przychodni na ciepły sierpniowy chodnik, stanęłam przed blokiem i wzięłam głęboki oddech.
Zadzwoniłam do Marcina wieczorem. Powiedziałam mu krótko, spokojnie, bez wyrzutów: "Synu, kolejny termin to pewnie za rok. Chcę, żebyś wiedział, że następnym razem, kiedy Agnieszka zadzwoni z prośbą, będę musiała się zastanowić. Nie mówię nie. Mówię - będę się zastanawiać".
Marcin powiedział "okej, mamo, rozumiem". Ale w jego głosie słyszałam zdziwienie. Jakby usłyszał, że meble potrafią mówić.
Magnes z Chorwacji leży na lodówce. Mały, ceramiczny, z napisem "Dubrovnik". Codziennie na niego patrzę, kiedy robię sobie herbatę. Codziennie myślę o tym, czy kiedy za rok dostanę nowy termin i znowu zadzwoni Agnieszka - naprawdę powiem "nie".
Bo wiecie, łatwo jest postanowić. Trudniej jest to zrobić, kiedy po drugiej stronie słuchawki mówi twój wnuczek: "Babciu, to ty nie przyjdziesz?".